wtorek, 21 lutego 2017

Diable wybryki i odbicie nieba


- Campigno?
- Niech będzie Campigno.
Po kilkuset metrach Mario jednak zawrócił przekonany, że tam może być zbyt chłodno na wiosenny spacer. Potem padła propozycja łąk ponad S. Adriano, ale wtedy ja przypomniałam sobie o pewnym krótkim szlaku…
- A to "coś tam" diabła? Na Tramazzo, pamiętasz?
- Dobra myśl!
I tak pojechaliśmy w stronę Passo della Peschiera...


Okazało się, że obawy Mario co do tego, że wysoko w górach będzie bardziej zimowo były niepotrzebne, bo to właśnie tam znalazłam pierwsze prymulki i dywany zawilców…
Byliśmy tu nie tak dawno, kiedy szukałam pobielonych szczytów, ale też dużo wcześniej jesienią 2015 roku, kiedy to w mojej chuście przytargaliśmy do domu dziwne grzyby, o zjedzenie których się w końcu nie pokusiliśmy


Zostawiliśmy samochód w tym samym co zwykle miejscu i ruszyliśmy szlakiem przez sosnowy las w kierunku Cozzo del Diavolo. Jak informował drogowskaz, potrzeba było 20 minut aby dojść do celu, jednak jak się szybko przekonaliśmy było to bardzo męczące, dyszące, z trudem łapiące oddech 20 minut. Dopingowaliśmy się tym, że na końcu musiała na nas czekać zapierająca dech panorama! Byliśmy o tym wprost przekonani, jakby to było w nazwie zapisane.  


Szliśmy przez las uśpionych jeszcze buków, las zdrowy i czysty, mchem przeplatany, słońcem złocony. Magiczny, mistyczny, poetycki - cisnęła mi się na usta cała litania epitetów…
Sapiąc coraz mocniej dotarliśmy w końcu na szczyt. 
A tam? 
A tam ...
Całe szczęście, że pokusiliśmy się o ten spacer w sezonie bezlistnym. Okazało się, że Cozzo del Diavolo nie miał panoramicznego widoku, ani żadnej ławeczki, o której w mojej śmiałości zamarzyłam, obrośnięty gęsto bukami, jakby przekornie po wielkim wysiłku nie chciał podzielić się widokiem. Diable nasienie…
- To nie jest Cozzo del diavolo tylko Ca…o del diavolo - ironicznie, żartobliwie, niecenzuralnie sparafrazował nazwę Mario. 
Tylko dzięki gołym gałęziom coś tam zdołaliśmy wypatrzyć. Właściwie nie jakieś "coś tam", a całkiem "wielkie coś", aż serce mocniej zabiło.   



- Widzisz swój dom?
- Ale jak mój dom? Przecież nie można stąd zobaczyć Biforco!
- Popatrz tam. Poznajesz?
Przez chwilę wytężałam wzrok i próbowałam złapać azymut. 
- Matko! To przecież Casaluccio!!!!! Nie wierzę! 
- I Gamogna.
- Tak, tak Gamogna!!!
- A tam szałas i drugi na Valandrone
- Cały świat stąd widać. 


- Do jeziora stąd daleko? 
- Mamy czas, podjedziemy.
Szutrowa droga prowadziła wzdłuż lasów mrugających prymulkami, obok skalnych urwisk jak toporem ciachanych, a potem zaczęła opadać coraz niżej i niżej, aż na samym dole pojawił się drogowskaz: Lago di Ponte.


Kolory oszalały i słońce oszalało, jezioro pstrokate z niebem w sobie odbitym i zawilców dywany i cisza zmącona tylko dyskretnym szemraniem wody...


Ostatnim razem, a było to kilka ładnych lat temu obiecaliśmy sobie, że wrócimy tu na piknik. Nigdy jednak planu nie zrealizowaliśmy, a przecież tak blisko, tak wygodnie, tak bardzo niezwykle…  


Między jednym obowiązkiem, a drugim, mimo zmartwień i trosk, mimo problemów mniejszych i większych, życie wypełnia mi dni takimi oto cudami… Koloruje codzienność najpiękniej jak umie...



- A tamta droga? Dokąd poprowadzi?
- Któż to wie… Przekonajmy się następnym razem.

BODNIĘCIE, UDERZENIE to po włosku COZZO (wym. kocco)



3 komentarze:

  1. Witam, niezwykłe i cuuudddowneee zdjęcia i miejsce. Trafiłam do Pani szukając informacji o Toskanii, w związku z tym, że wybieram się do Florencji w maju. Gratuluję pięknych zdjęć i ciekawych tekstów. Podglądam pogodę u Pani i pierwsze wiosenne kwiaty. Pozdrawiam serdecznie. Ewa

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten niebieski skromny kwiatuszek to przylaszczka, są również w kolorze jasno i ciemnoróżowym, fioletowym i białym. Oznacza to, że prawdziwa wiosna u Ciebie. Pozdrawiam. Hanka

    OdpowiedzUsuń

Drukuj