poniedziałek, 20 lutego 2017

Ca' di Cicci - świat do kochania


Jakbyśmy się nagle znaleźli na końcu świata… Cisza i przestrzeń. Nieśmiały szelest natury budzącej się pod zeschniętymi bukowymi liśćmi i oślepiające słońce. Tylko my, góry i mały kamienny domek … I jeszcze dwójka innych wędrowców posilających się przy stole. Gdybyśmy poszli kawałek dalej dotarlibyśmy do opuszczonej osady, a jeszcze dalej do Casetta di Tiara, ale to wszystko zostawiliśmy na inny raz. Dziś miało być tylko kilka kroków, a i tak zrobiła nam się całkiem poważna górska wyprawa… Przecudowna wyprawa... 


Kiedy już ja uporałam się z sadzeniem szalotki, Tomek rozwiązał wszystkie zadania z teorema di Pitagora, a Mikołaj przegrał mecz. Zjedliśmy w pośpiechu obiad i tak jak planowaliśmy wyszliśmy z domu z butelką wody i kilkoma ciasteczkami. Mario już czekał z gotowym pomysłem. 
- Sambuca, a potem zobaczymy, obierzemy któryś ze szlaków. 
Moja ukochana Sambuca. Jako piechur nie zgłębiłam jej jeszcze tak, jak na to zasługuje, ale w tym roku mam zamiar to nadrobić. Chcę poznać każdy kamień i drzewo, każdy jeden malunek na skale, każdy widok, szałas i ławeczkę, każdy metr tutejszych ścieżek. Najbardziej kusił mnie od zawsze miniaturowy kamienny domek przyczepiony do półki skalnej - Ca' di Cicci… I oto w słoneczne lutowe popołudnie całkiem nieoczekiwanie, nieplanowanie dotarłam tu, gdzie chciałam. 


 Szlak z Passo della Sambuca do Ca' di Cicci nie jest trudny. Nie ma gwałtownych różnic wysokości, miejscami szutrowa, miejscami kamienista droga płynie łagodnie, to wznosi się to opada, kręci wśród skał mugellańskich i bukowych lasów. Tu i tam częstuje widokiem, że aż człowiekowi słów zaczyna brakować, aż musi usiąść z wrażenia, kiedy na horyzoncie zaśnieżone Alpy zaczynają majaczyć. Ale i o tym ktoś mądry pomyślał i w wielu miejscach ławeczki ustawił, by spokojnie móc usiąść i to piękno dziko toskańskie kontemplować.


 - Mamusiu daleko jeszcze? - pytał Mikołaj niby zmęczony, ale jednak to tu to tam przystawał, kije nowe zbierał, to czymś w przepaść ciskał, energia w nim była niewyczerpana.
- Za tym zakrętem - powtarzałam kolejny raz, choć nie miałam pojęcia ile jeszcze tych zakrętów przed nami.


 - Mamusiu nie spadnij - powtarzał Tomek przejęty, kiedy z wątpliwą gracją gramoliłam się na wystającą bryłę skalną. Chciałam podyndać nogami ponad światem, wziąć Mugello w ramiona…
- Nie spadnę, nie spadnę - zapewniałam, przekręcając się niegramotnie, bo jednak poczucie wysokości odrobinę mnie paraliżowało.


Jeszcze jeden zakręt, a może dwa albo trzy i w końcu między drzewami dostrzegliśmy coś jakby dach…
- Chyba jest! Albo mam omamy, efekt fatamorgany.
Ca' di Cicci jak malowana! Nie omam, nie sen, oto ona we własnym kamiennym murze, we własnej "nieosobie". Dokładnie taka jaką ją sobie wyobrażałam.
Szkoda tylko, że nie byliśmy sami...
Dwoje wędrowców posilało się przy stole, pewnie długa była droga za nimi, kurtki wietrzyły się na poręczach…
- Salve
- Ciao! Buona sera! - pozdrowiliśmy się serdecznie.
Swoją drogą to jedyni wędrowcy jakich spotkaliśmy na szlaku.


 Nie znam historii Ca' di Cicci, ale dziś jest górskim schroniskiem. Wewnątrz są prycze, piec, stół i krzesła. Można zatrzymać się tu na noc, o ile oczywiście ktoś nas nie ubiegł, prycze są cztery. Przed domem jeszcze jeden stół, a nawet dwa i kamienny ruszt, więc nawet bisteccę można w plecaku przytargać i zjeść jak król z widokiem "da Dio".


 - A tamtych już poniosło, muszą wyżej i wyżej, a im niebezpieczniej tym lepiej … Ej! Zapraszam panów na dół! - nie lubię siebie za to, ale przecież butów nie mieli odpowiednich, a Tomek się nawet w białą koszulę zestroił, nikt z nas nie myślał, że spacer niedzielny w górską wyprawę się zamieni. Wracaliśmy do domu. Teraz zdecydowanie zrobiło się "pod górę". Ściągnęłam puchówkę, bo ciepło, bardzo ciepło, wiatr dmuchał miło w twarz. Wiatr ciepły wiosenny, jakby nie lutowy.  


  To była piękna wyprawa, szlak do Ca' di Cicci to jedna z ciekawszych ścieżek i wyjątkowy punkt docelowy, choć oczywiście można było iść dalej i dalej i taki mamy zamiar następnym razem. Musimy się jednak spieszyć, nim buki w liście się zestroją. Ta trasa wiele zyskuje po sezonie, zieleń na pewno poważnie ogranicza widoczność.
Dotarliśmy do samochodu w ostatnim słońcu, a kiedy zjeżdżaliśmy do Palazzuolo opadłe za góry słońce, ślizgało się ostatnimi promieniami po najwyższych szczytach. Spektakl na zakończenie dnia… Świat do kochania!
CA' - to znaczy CASA czyli DOM (wym. caza)


7 komentarzy:

  1. Uroczy górski domek prawie jak dla pasterzy.

    OdpowiedzUsuń
  2. Pięknie :). Marzą mi się takie wycieczki, bez tłumów, bez szału turystów tylko my i szlak dzięki czemu można w spokoju i ciszy podziwiać prawdziwe piękno przyrody. Zachwyciło mnie to schronisko górskie- w Polsce takich nie spotkałam, tutaj każde schronisko jest komercyjne nastawione na zysk i całe masy turytów a takich pustych, w których można by zanocować w nagłym przypadku, za darmo i bez wcześniejszej rezerwacji jeszcze nie spotkałam...Może gdzieś tam są o ile nie zniszczyli ich pseudoturyści... Pozdrawiam, Karolina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego też zawsze podkreślam że Appennino Tosco Romagnolo, Mugello to wymarzone miejsca dla górskich łazików. Można tak przez kilka dni wędrować i sypiać w takich miejscach. Jest ich tu więcej. W ogóle zadziwia mnie tutaj kultura chodzenia po górach...

      Usuń
  3. no ,uroczo ,tylko sie delektowac ,cisza ,spokojem,

    OdpowiedzUsuń
  4. No pieknie ,cisza spokoj, mozna sie zrelaksowac ,wyciszyc,

    OdpowiedzUsuń
  5. Piękne przestrzenie, aż się do nich serce wyrywa. Piękne foty!

    OdpowiedzUsuń
  6. Booosko! Nie dość że bosko, to jeszcze pogodnie i pięknie. A dalej można ciągnąć te achy i ochy ... niezwykle i naprawdę wyjątkowo :)

    OdpowiedzUsuń

Drukuj