poniedziałek, 2 stycznia 2017

Wielka Noworoczna Wyprawa


Jeśli tak jak Capodanno ma wyglądać cały rok, to ja nie mam nic przeciwko temu. 
Dawniej jeździliśmy nad morze do Milano Marittima, ale z czasem ta tradycja umarła śmiercią naturalną. Może dlatego, że za bardzo lubiliśmy po długim nadmorskim spacerze usiąść w jednej z tamtejszych trattorii na noworoczny obiad, a czasy się zmieniły i już nie było to możliwe. W każdym razie nikt nie rozpacza, bo przecież jest tyle wspaniałych miejsc, tyle do zobaczenia, do zrobienia w Nowy Rok, a dobrze zjeść można też przy własnym stole…


Na żadną dalszą włóczęgę nie pojechaliśmy również z innego powodu. Poranek był zbyt leniwy i po zabawie sylwestrowej u Contessy każdy z nas potrzebował pospać odrobinę dłużej i powylegiwać się w przytulnych pieleszach.
Jednak lenistwo mogłam tolerować do obiadu, a potem, kiedy siły się zregenerowały, nogi same zaczęły upomniać się o spacer. Wymyśliłam, że ruszymy z Pian di Sopra, dojdziemy do miejsca, które pokazał nam Mario zaledwie miesiąc temu, a potem przejdziemy graniami i dotrzemy do doliny, kończąc wyprawę w S. Adriano. Informacja na szlaku podawała czas na przejście - 3 godziny, dystansu się w końcu nie doliczyliśmy, ale myślę, że przeszliśmy dobre sześć albo siedem kilometrów.


Trasa przepiękna, bo idąc szczytami można podziwiać świat na dwie strony - to Romania, to Toskania i tak cały czas… A widoki i w styczniu bajeczne, zimowe ogołocenie nic im urody nie ujmuje. Może nawet w tej surowości tkwi prawdziwe piękno...


Ponieważ byliśmy świeżo najedzeni po obiedzie, kawie i słodkościach, nie pomyślałam w ogóle o najskromniejszym nawet prowiancie. Pisząc "najskromniejszym" mam na myśli nie zabranie podstawowej materii - butelki wody. Oczywiście po pierwszym stromym podejściu dzieci zaczęły przebąkiwać o dokuczającym pragnieniu… Przez chwilę nawet rozważały, ssanie kawałka lodu, ale moje argumenty, że może jakiś dzik albo wilk nim kałuża zamarzła załatwił w niej swoje potrzeby, skutecznie, przynajmniej tymczasowo myśl o piciu przegoniły.




Po długim marszu czekała nas niespodzianka. Oto dotarliśmy do naszej ulubionej polany! Nie pomyślałam, choć jak się nad tym zastanowić - to oczywiste, że szlak poprowadzi właśnie tędy. 
- Poznajesz?
- No pewnie! To nasze samotne drzewo! 
- Zajrzymy do Renzo?
- Tak! Tak! - entuzjastycznie przyklasnęły dzieci.
- Może jeszcze śpi! Nie można tak nikogo nachodzić po Sylwestrze.
- Renzo nigdy nie śpi dłużej niż trzy godziny.
- Tak czy inaczej nie odbiera telefonu, więc pewnie śpi. 



Nasz przyjaciel istotnie bawił się do białego rana, ale był już na nogach i przywitał nas wylewnie. Okazało się, że poza pragnieniem, niektórym też i głód zaczął dawać znać o sobie i postawione na stole pandoro zniknęło w zatrważającym tempie. Wznieśliśmy toast za nowy rok i ruszyliśmy dalej.



Słońce wisiało już nisko nad wzgórzami, a ja ponaglałam grupę, bo na zimową stralunatę nie miałam ochoty. Dzień to jednak zawsze dzień. Szliśmy nieznaną trasą, a ja odkrywałam kolejne kamienne domy. Zarwane sklepienia, łuki, kamienie, rozpadające się i wciąż zachwycające. Daty wyryte nad wejściem bezceremonialnie zdradzały ich wiek...






Droga coraz bardziej stromo opadała do doliny. Miejscami rozmiękła, błotnista ścieżka kazała łapać się małych drzewek, by obronić się przed upadkiem. 
Zupełnie nieoczekiwanie odnalazłam pewną "Madonninę", o której dawno temu opowiadała mi znajoma i już wiedziałam, że nasza noworoczna wyprawa zakończy się na Montebello. 
Bello - taki piękny akcent na koniec… i na początek.




Schodziliśmy nogi i z czystym sumieniem mogliśmy zasiąść do noworocznej kolacji. Tym razem tradycji stało się zadość. Na stole zapachniała soczewica z imbirem i cotechino. Na bogato! Pal sześć dieta, z przesądami nie ma co żartować! Niech się szczęści w Nowym Roku!!   

PRZESĄDNY to po włosku SUPERSTIZIOSO (wym. supersticjozo)

1 komentarz:

  1. Ciekawe to wasze noworoczne danie!:)
    Spacer wyglądał na naprawdę udany.

    OdpowiedzUsuń

Drukuj