wtorek, 3 stycznia 2017

Lampredotto, Medyceusze i Chianti - ostatnia grudniowa retrospekcja


Zaraz zacznę opowiadać o tym, co słychać w nowym roku, ale wcześniej jeszcze jedna krótka retrospekcja. Ostatnia świąteczna migawka nim rozbiorę choinkę i zdemontuję wszelkie pamiątki po minionym Bożym Narodzeniu. 
Kończąc wyprawę na Passo del Giogo, do Sasso di San Zanobi i Dozzy obiecaliśmy sobie, że na chwilę z wojażowaniem pas. Okazało się jednak, że chwila istotnie była tylko chwilą, bo choć poszliśmy spać z myślą o dniu odpoczynku, to już po przebudzeniu zaczęłam przebąkiwać, że dzień ładny i szkoda go marnować na siedzenie w domu, więc może jednak ta Florencja to nie jest zły pomysł… Nie skłamię i nie powiem, że dzieci skakały z radości, marzył im się dzień leniuchowania, niemniej w końcu bez większego wysiłku niczym doświadczona negocjatorka przekonałam ich do mojego pomysłu, zapewniając jednocześnie, że już do Sylwestra posiedzimy w domu. Do Sylwestra na szczęście zostały raptem dwa dni... 


27 grudnia był dniem słonecznym i ciepłym, a Florencja okazała się dosyć wyludniona, oczywiście "wyludniona" na miarę swoich możliwości, taka się zdawała w stosunku do tego co zwykliśmy tu oglądać. Nie pędziliśmy nigdzie, nie gnaliśmy turystycznym szlakiem. To miał być zwykły spacer. Zwykły, najzwyklejszy… Choć być może taki epitet jest poważnym niedopowiedzeniem, bo jakże spacer po Florencji mógłby być zwykły??


Mieliśmy tak naprawdę dwa założenia, dwa punkty do zrealizowania. Jeden - zjeść na ulicy kanapkę z lampredotto albo z porchettą. Dwa - zaprowadzić chłopców do Palazzo dei Medici.  Żadnych innych oczekiwań.
Kiedy jestem we Florencji i mijam wycieczki goniące za przewodnikiem, myślę sobie - jak dobrze, że ja mogę ją smakować powoli, nikt mnie nie pogania, być może wrócę tu jutro albo za tydzień i dalej spokojnie będę odkrywać kawałek po kawałku, smakując ją jak zacne chianti. 


Kanapka była doskonała. Bułka była bezwstydnie mięciutka, nasączona delikatnie bulionem z gotowania mięsa. Kawałki zapakowanego do niej lampredotto - fragmentu krowiego żołądka - polanego salsa verde były mięciutkie i smakowite. Wyobrażam sobie, że właśnie takie dobroci znajdowały się na stole Medyceuszy…
My wprawdzie zjedliśmy na ulicy jak plebs, ale zaraz potem poszliśmy podziwiać Palazzo dei Medici.


 


Tylko jedna rzecz w tym naszym spacerze zgrzytała niemiło. Takie obrazki: 


Jaki smutny robi się świat… Kiedy nawet nie możemy iść spokojnie na spacer, bez strachu pod skórą. Nawet jeśli staramy się nie myśleć, nie widzieć … Wojsko, policja, broń przewieszona przez ramię. Taki oto cudowny świat budujemy naszym dzieciom. Jakież dziwne czasy nastały...


Czas opłacony na parkingu dobiegł końca, jednak za wcześnie było jeszcze wracać do domu. Zaplątaliśmy się więc w prawdziwe bezdroża Chianti. Z dala od zgiełku, w ciszy śpiących winnic zjedliśmy podwieczorek z czerwonego koszyka sycąc jednocześnie oczy krajobrazem. Słońce przygrzewało wiosennie, a my siedzieliśmy na murku otaczającym jakieś toskańskie podere i dojadaliśmy resztki z naszego świątecznego stołu. Takie chwile mogłyby trwać w nieskończoność, ale niestety nic nie trwa wiecznie...  


 Dotarliśmy do domu po zmroku. Przedarliśmy się przez mgły zalegające w dolinie Arno, wspięliśmy się znów na nasze mugellańskie pagórki, gdzie powitała nas bajkowa Casaglia, a chwilę potem z ust dzieci wyrwało się miłe: Casa dolce casa

ŻOŁĄDEK to po włosku STOMACO (wym. stomako)


3 komentarze:

  1. Z Florencji mamy akurat najgorsze wspomnienia :< moze kiedys sie to zmieni, bo piekna jest!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację,ja też Florencję wspominam najgorzej z Włoskich miast !

      Maria z Płocka

      Usuń
  2. Jacie! To już ponad 3 lata. Tam, właśnie w tym okienku zamówiłem i zjadłem pierwszy raz flaczki po florencku! Tylko nie w bułce, jak kanapkę, tylko lane do miski, na pikantno. Kasiu! Zazdroszczę! :)
    C-ó

    OdpowiedzUsuń

Drukuj