wtorek, 31 stycznia 2017

Styczeń żegna się z Państwem oraz plany i ambicje młodego indywidualisty.


Naprawdę trudno uwierzyć, że oto styczeń się wyprowadza… W nocy termometr pokazuje 6 stopni, a w ciągu dnia, kiedy wychodzi słońce, można znów drzwi tarasowe trzymać otwarte na oścież. Jeszcze wiosna się nie daje zobaczyć, ale mam nadzieję, że taka aura szybko sprowokuje pierwsze kwiaty do wychylenia łebków spod uśpionej ziemi. Widziałam wczoraj pąki magnolii, jeszcze małe, nieśmiałe, mechate, ale już są, już badyle nie takie smutno gołe.  
Dziś szaro i dżdżyście i bardzo byle jak, ale na myśl o lutym od jutra nam panującym, w ogóle tymi burościami się nie martwię.

***

- Mamusiu, ile osób śledzi cię na instagramie?
- Nie wiem, nie dużo, około sto pięćdziesiąt?
- A wiesz ile obserwujących ma A.?
- Ile?
- 7000!!! 
- Dużo! 
- A wiesz ile F.?
- Nie mam pojęcia.
- 70.
- Nie martw się, w przyszłym roku też będziesz miał telefon.
- A kto ci powiedział, że się martwię? Dlaczego już w przyszłym roku?
- Tak mniej więcej, jak będziesz szedł do liceum.
- To wiem.
- Będziesz mógł mieć swoje fejsbuki, instagramy czy co tam jeszcze wymyślą.
- A po co?
Dobre pytanie! Pewnie z czasem, wraz z nastaniem nowej epoki, nowego towarzystwa i Tomek stanie się bardziej nowoczesny, ale dziś zazdroszczę mu tej jego indywidualności (choć czasem dającej nam do wiwatu), tego życia dla siebie, a nie "bo inni tak to i ja".

Siadamy razem przy komputerze i oglądamy liceum, do którego Tomek ma zamiar za rok startować. Jestem dumna z jego wyborów i konsekwencji. Widzę w nim trochę siebie samą, te same ambicje, chęci, zapał. O liceum czytam, że jedno z najstarszych w całej Italii, oby tylko nic nie stanęło na przeszkodzie. I choć sama w dorosłe życie poniosłam szkolną traumę, to patrząc na te zdjęcia, na te komnaty i korytarze..., do takiej szkoły chętnie na krótką chwilę  bym wróciła. 

LICEUM to po włosku LICEO (wym. liczeo)

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Na drodze do wiosny i karnawałowe debaty


Tak piękny i ciepły dzień, że gdyby człowiek zamknął oczy i nie widział białych łat zestarzałego śniegu, powiedziałby, że oto wiosna przysiada na progu. A może to rzeczywiście ona? 
Niektórzy mnie pewnie zganią za brawurę i pośpiech, ale musiałam choć dwa kroki zrobić. Gdyby pogoda nie sprzyjała, siedziałabym pewnie przy kominku razem z kosami, a tak z twarzą do słońca wystawioną, krokiem wolnym, wolniuteńkim, z częstymi przystankami niedzielny spacer, prawie wiosenny wszystkim humor poprawił. 
- To teraz co? Carnevale? Pasqua?
- Carnevale tak, Pasqua jeszcze daleko, po drodze mamy Lume a merz!
- To prawda! Oby tylko nie było tak jak w zeszłym roku!
- Gdzie pojedziemy? Do Popolano, czy do Colombai?
- A może rozpalimy własny ogień?



Karnawał… Muszę dzieciom zrobić jakieś słodkości - myślę sobie, kiedy reszta wycieczki obrzuca się białą breją. - Muszę się znów kulinarnie popisać! Na pewno wrócą na stół frittelle z jabłkami! Ale trzeba też coś nowego, koniecznie!



I jak co roku zaczyna się debata: 

- Mamusiu, a spodnie może te? 
- Mogą być, trzeba je tylko odrobinę jeszcze sponiewierać. Buty masz. Perukę trzeba kupić.
- I cylinder!
- Ja mu zrobię sztucznego papierosa! - dorzuca od siebie Tomek. 
- No i ramoneska oczywiście!   
- Wszystko dla Mikołaja, a mi obiecałaś szalik! Jest mi potrzebny!
- A czy ja powiedziałam, że nie będzie szalika? Cierpliwości!
Oto wskazówki, kim w tym roku będą chłopcy! Mikołaj to chyba dosyć oczywiste, Tomek - no cóż pozostaje enigmą, jednak przyznam, że będzie to najmniej oryginalny strój w całej jego karierze. 



A dziś poniedziałek… Życie wraca na stare tory, choć ja mam zamiar pędzić trochę wolniej...
Dobrego tygodnia!
SPODNIE to po włosku PANTALONI (wym.pantaloni)

niedziela, 29 stycznia 2017

Kosy nie muszą się chować.


Dni Kosa w tym roku chyba będą łaskawe. I giorni della merla, czyli końcówka stycznia - jak mówi legenda - uważane są za najzimniejsze w roku. Na szczęście 2017 w tę tradycję raczej się nie wpisze, a już na pewno nie w Marradi. Styczeń cały był zimny, więc być może sam się już tym zimnem zmęczył i zawstydził. Szczęśliwe kosy nigdzie nie muszą się chować… 
Dmuchnęło powietrze z południa. Słońce przygrzewa. Oby mrozy i śniegi nie wróciły! 


Ja natomiast odzyskuję siły i mam się już całkiem dobrze. Oczywiście potrzeba jeszcze czasu, żeby odzyskać formę, bo słabeusz jestem straszny, ale idzie zdecydowanie ku dobremu. Przez ostatnie dni mój świat to były cztery ściany sypialni, oglądane z pozycji horyzontalnej. Widziałam jaskrawe słońce wdzierające się przez niedomknięte okiennice i nie mogłam się doczekać, by znów wyjść i usiąść przed domem, poobserwować co się dzieje przed barem i odetchnąć świeżym biforkowym powietrzem. 
Początkowo sobota nie obiecywała wiele, jednak już przed obiadem zagościło słońce … Tego potrzebowałam! Kapota na grzbiet, kocyk, czapa i … jak w sanatorium. Choć oczywiście mój strój to strój rekonwalescentki - mocno przesadzony jak na taką aurę.
- Kosy w tym roku bezpieczne. Tradycji nie stało się za dość.
- Powietrze z południa.
- Jeszcze tylko ten miesiąc, a potem zacznę konstruować moje ławki z palet i stoliczek i znów po sadzonki pojedziemy i kwiaty wyciągnę z cantiny… Uwielbiam ten czas! I glicine zakwitnie i tulipany, fiołki, prymulki i kwiaty san Giuseppe, żonkile, stokrotki i magnolie… 
Tak naprawdę niektóre z nich to może już za chwilę…
Zadzieram głowę. Pod dachem jeszcze cisza. Tęsknię za moimi jaskółkami…

ODZYSKAĆ to po włosku RECUPERARE (wym. rekuperare)

sobota, 28 stycznia 2017

Moja Wielka Włoska Grypa


Oto jestem znów! Mogłabym zacytować znany przebój Vasco Rossi: Io sono ancora qua! Eh, già… 
Nigdy w całym moim czterdziestoletnim już życiu nie byłam tak chora jak teraz i nigdy bym nie pomyślała, że mnie człowieka z odpornością, którą chwaliłam się na lewo i prawo dopadnie takie diabelstwo. Dostałam nauczkę, po łapach, żeby nie powiedzieć gorzej i być może ostrzeżenie, żeby trochę zwolnić…

A to było tak:
Najpierw pojawił się dziwny ból w klatce piersiowej, zupełnie jak ten, kiedy zdarzy nam się przełknąć za duży kęs. Rozszerzał się z minuty na minutę i dokuczliwy był momentami do utraty tchu. Moje samopoczucie zaczęło lecieć w dół. Po południu dołączyły dreszcze i nawet siedzenie przy kominku nic nie zmieniało. Zakładając oczywiście, że ja przecież gorączki nie miewam, nawet nie pomyślałam o termometrze. Dalej tkwiłam dzielnie na posterunku moich codziennych obowiązków. Nadgoniłam zaległości z praniem i prasowaniem (intuicja?), podałam kolację i zrobiłam wszystkie zaplanowane lekcje. A potem padłam. Noc była upiorna i nieprzespana, budziły mnie na zmianę dreszcze i oblewający pot. Resztkami sił w środowy ranek zwlekłam się z łóżka, wyprawiłam chłopców do szkoły, poprowadziłam ostatnią lekcję, opublikowałam niedokończony artykuł, a potem się poddałam. Zawinęłam się w koc, zakopałam pod warstwą kilku kołder. Na niewiele się to zdało, bo trzęsło mną niemiłosiernie. Wysłałam wiadomość do Mario: Bardzo źle się czuję, potrzebuję pomocy.
***


Mario zaraz zadzwonił, więc bełkoczącym głosem, bo już nawet samo mówienie było nadludzkim wysiłkiem, zdałam mu relację z tego co się ze mną działo.
- Masz gorączkę?
- Nie, nie mam. A wręcz przeciwnie, termometr pokazuje 35 stopni - rzecz jasna po nocnych potach i dreszczach w końcu postanowiłam zmierzyć temperaturę.
- Zaraz będę.
Rzeczywiście tym razem "zaraz" było prawdziwym "zaraz". 
-Trzymaj - Mario wyciągnął z kieszeni termometr.
- Nie mam gorączki, jest mi tylko strasznie zimno, wszystko mnie boli.
- Zaraz zobaczymy.
Po kilku minutach oddałam go bez patrzenia nawet na wynik, a z ust Mario wyrwało się siarczyste przekleństwo.
- P…o b…a, czym ty wcześniej mierzyłaś temperaturę??? Masz 39!
- Takim elektronicznym termometrem...
- Brałaś coś? Masz tachipirinę?
- Nie.
Mario zniknął i zaraz wrócił z lekami. 
- To zbije gorączkę. Ale tak czy inaczej zrobię ci mleka z miodem, wiem, że nie lubisz, ale potraktuj to jak lekarstwo.
Godziłam się na wszystko, byle tylko lepiej się poczuć.
Gorączka spadła do 38, na chwilę wróciła mi jasność myślenia. Jednak radość nie trwała długo. Gorączka wkrótce powróciła zbliżając się coraz bliżej 40 stopni. Miałam wrażenie, że jestem żywym trupem. Nie miałam siły sięgnąć ręką po szklankę wody… 
I w takich momentach sprawdzają się przyjaciele. Mario był jak doktor Quinn, tak przejęty i zaangażowany, że gdyby zaszła potrzeba to pewnie przeprowadziłby nawet operację na otwartym sercu. 
Znów tachipirina i znów na chwilę lepiej, ale różnica pomiędzy lepiej i gorzej zacierała się coraz bardziej. Nie było chwili ulgi, gorączka nie dawała się już przepędzić, a mnie bolał każdy centymetr ciała. Żadnego kaszlu, kataru, ja sama byłam tylko jednym wielkim bólem.
- Zjesz coś?
- Nie dam rady…
- Odrobinę choć, żebyś nie brała leków na pusty żołądek.
- Kanapkę z prosciutto i pomidorem, ale mikroskopijną.
- I spremutę z pomarańczy ci zrobię.
***
- Ty dymisz!!
- Co?
- Popatrz! Nigdy nie widziałem dymiącego człowieka! To znaczy raz myśliwych na polowaniu, też się nad nimi kłęby pary unosiły, ale tu jesteśmy w domu!
Odsunęłam na chwilę kołdrę. Nad moim ciałem unosiły się "dymki", zupełnie jak te na kreskówkach dla dzieci, dymki nad talerzem gorącej zupy. 
- Myślisz, że wytopi mi się celulitis?
***
- Mamusiu czy ty wyzdrowiejesz? - pyta Tomek, przestraszony obrazkiem jakiego nigdy nie widział.
- Wyzdrowieję, nie martw się.
- Ja się bardzo martwię… Zrobić ci herbatki.
- Tak, poproszę!
- Mamusiu czy ty umrzesz? - pyta Mikołaj.
- Nie mam zamiaru, jeszcze nie teraz! Nie bój się, jestem tylko chora, ale wyzdrowieję.
***
- Ile?
- P….o b….a… 39.9. Trzeba wezwać guardia medica. Nie będę dzwonił, najlepiej do nich pojadę.
Po 20 minutach:
- Muszę wrócić za pół godziny, o 20.00, teraz są tylko ci od wypadków, oni nie mogą wyjechać do gorączki, bo gdyby coś się w tym czasie wydarzyło to mieliby kłopoty.
Między podawaniem mi tachipiryny, wody, poprawianiem koców, kołder, mierzeniem temperatury, jeżdżeniem na pogotowie i do apteki, Mario oczywiście przejmuje też wszystkie inne obowiązki. Odbiera dzieci, podaje podwieczorek, potem kolacje, robi zakupy, rozpala w kominku, ogarnia dom… Nie wiem co by było gdyby … Lepiej nie myśleć.
O 20.00 wraca na pogotowie, ale takich jak ja jest ponoć prawie pół gminy. Nie nadążają z wyjazdami. Nie mogą przyjechać, ale instruują Mario żeby podwoić dawkę leków i koniecznie być w kontakcie telefonicznym, a gdyby gorączka nie spadała dzwonić, jeśli zajdzie potrzeba przyślą ambulans, ale wtedy to już szpital… 
Na samą myśl robi mi się słabo. Piękna trauma dla dzieci, ja o tym sama dobrze wiem. I bez ambulansów są przestraszone.
Podwojenie dawki tachipiriny powoduje, że temperatura spada do… 38,5. Na chwilę oczywiście. Czuję jak pot skrapla mi się na twarzy, jak cała się skraplam i znikam. 
- Musisz coś zjeść.
- Nie dam rady…
- Choć dwa biscotti z herbatą. 
- No dobrze…
***
Z drugiego pokoju, jak zza światów, moja głowa w malignie rejestruje głosy.
- Gdzie idziesz?
- Na chwilę do baru po biscotti dla mamy.
- Tylko nie bierz czekoladowych. Mama lubi naturalne.
***
Około północy.
- Idź już do domu, ty też musisz odpocząć. 
- Może lepiej żebym został?
- Nie. Wolę, żebyś odpoczął, cały dzień się mną zajmujesz.
- Dobrze, rano wrócę, ale pamiętaj gdyby coś się działo dzwoń natychmiast, nie ma że noc, że głupio, to za poważne sprawy, gdyby było gorzej jest ambulans.
Czy może być gorzej? - myślę sobie - strach się bać. 
- Dziękuję za wszystko, nie wiem co bym zrobiła…
*** 
Noc jest koszmarna. Nie śpię. Maligna.
***
Ranek nic nie zmienia. Gorączka prawie 40 stopni i nawet podwójna dawka tachipiryny już sobie z nią nie radzi. Mario wraca na posterunek.   
- Wzywam lekarza. Tu nie ma żartów.
Leonardo potwierdza, że będzie po piętnastej, a tymczasem zaocznie przepisuje nowe leki i inhalacje. Mario znów biega to tu, to tam i dzielnie ogarnia wszystko.
***
Do ostatniej chwili zwlekam z odwoływaniem kolejnych lekcji, zupełnie jakbym liczyła na cud, że nagle ozdrowieję i jakby nigdy nic usiądę do komputera. Przepraszam Uczniów, czuję się winna. Ktoś się umawia, czeka, liczy na mnie… A ja nawalam na całej linii. Nawet teraz nie umiem być dla siebie wyrozumiała. 
W tym czasie przychodzi wiadomość od Ellen. Contessa pisze: "Pamiętaj, że świat idzie na przód, nawet jeśli ty na chwilę się wyłączysz i dobrze odpoczniesz".
Zaraz potem inna wiadomość, która sprawia mi wielką radość: "Zdałam celi!" - pisze A. 
Czy może być piękniejsza nagroda dla nauczyciela? Ogromna satysfakcja! Brava A.! 
***
- Musisz coś zjeść.
- Jogurt, to może przełknę.
Mario wraca zaraz z jogurtami. Podaje mi po łyżeczce jak dziecku. 
Gorączka prawie 40, nic się nie zmienia. Maska, inhalacja, czekanie. 
W końcu zjawia się Leonardo. 
Nie ma zapalenia płuc - to najważniejsze. To TYLKO ostra grypa. Przepisuje niechętnie antybiotyk, ale radzi wytrzymać, poczekać jeszcze jeden dzień.  
Nie zamierzam jednak czekać ani chwili dłużej, Mario zaraz jedzie do apteki i realizuje receptę. Jestem u granic wytrzymałości.
Po dwóch godzinach od antybiotyku temperatura w końcu spada do 38 stopni. Następnego dnia już nawet 37,8! Sukces. Dalej nie śpię, w nocy gorączka wraca, już nie taka wysoka, ale jednak. Natomiast ja zaczynam powoli wracać do żywych. Próbuję coś jeść, wstać z łóżka choć na chwilę, ale jestem tak słaba, że zaraz muszę przysiąść. Najważniejsze, że idzie ku lepszemu. Antybiotyk chyba zadziałał. 
- Zaczniemy świętować kiedy termometr zatrzyma się przed czerwoną strzałką… Szkoda, że nie zrobiliśmy zdjęcia jak "dymiłaś". 
- Powinieneś był zrobić. Materiał specjalny na bloga!
***
I to tyle… Nie wiem czy ktoś dobrnął do końca. Jeśli tak - dziękuję. 
Wiem, że to tylko grypa, że są w życiu większe nieszczęścia, ale … Muszę się bardziej oszczędzać. Muszę znaleźć czas na odpoczynek. Muszę przeorganizować pewne sprawy. Jakoś to będzie. Najważniejsze teraz to wyzdrowieć. 
Dziękuję wszystkim tym, którzy się troszczyli, pytali, pamiętali, niepokoili. Dziękuję moim Uczniom za wyrozumiałość. Dziękuję M, A, N, R, R, A za ciągłe bycie na linii i dodawanie otuchy. I w końcu największe GRAZIE w stronę Mario. Przede wszystkim za poczucie bezpieczeństwa i za opiekę jakiej się nie spodziewałam. Grazie di tutto!
GRYPA to po włosku INFLUENZA (wym. influenca)


 

środa, 25 stycznia 2017

Filozofia życiowa Mikołaja


Mikołaj wpada do domu w podskokach. Ciska plecak w kąt i nie przestaje podskakiwać.
- Coś się wydarzyło?
- Nie.
- Dostałeś dobrą ocenę? 
- Nie.
Tańczy, wywija piruety, uśmiech ma naokoło głowy.
- To czemu jesteś taki zadowolony?
- Po prostu jestem zadowolony!
- ?? - wytrzeszczam oczy i zastanawiam się czy zamiast wody nie podano dzieciom wina do obiadu.
- Bo przecież w życiu trzeba być zadowolonym, prawda?
- Prawda! Święta prawda! 
- I ja jestem dziś bardzo zadowolony!
Takie proste...
Jaki cudowny obrazek! Dziecko zadowolone, szczęśliwe, ot tak, bez powodu! Zadowolone z życia!
Łapie za gitarę i gra, gra, gra … Mettalica, Nirvana, Iron Maiden, Battisti...
Bardzo było mi to potrzebne, Mikołaj jak ciepły wiatr wtargnął ze swoją pozytywną energią, która zadziałała  na mnie jak koło ratunkowe…  Nie wszystko mi idzie jak po maśle, kolejny raz boksuję się z tym czy z tamtym, wracają chwile słabości, a do tego coś co chyba nie jest zwykłym przeziębieniem znów rozłożyło mnie na łopatki. Pozwólcie więc, że dziś z pisaniem dam już sobie spokój, dokończę innym razem, bo naprawdę ledwo żyję. Zostawiam Was z filozofią życiową Mikołaja. Dobrego dnia!


wtorek, 24 stycznia 2017

Zamurowane miasto - Montagnana


Nim na stół wjechały łakocie, Renata i Olivier na zaostrzenie naszych apetytów (ha! nie wiedzieli co czynią!) postanowili zabrać nas na krótki spacer. I tak oto dowiedziałam się o istnieniu Montagnana, która z powodzeniem mogłaby być określona mianem odrobinę skromniejszej siostry francuskiego Carcassonne, a ja z pełną odpowiedzialnością mogę napisać, że to prawdziwa perła Wenecji Euganejskiej!



Mury wspaniale zachowane, ciągnące się bez końca, monumentalne, przywodzące na myśl baśnie i zaczarowane światy. W nich zamknięte miasteczko z placem rozległym, na którym miejscowi zebrani w grupki gawędzą, dyskutują, tworząc klimat jak ze starych włoskich fotografii…  I ten bar maleńki, ciasny pachnący lokalnym folklorem i portyki i fasady jakby weneckie... Cudowna Montagnana!


Kiedy w niedzielny wieczór dotarliśmy do domu, zaraz zaczęłam przekopywać internet w poszukiwaniu informacji. Polskie strony były bardzo ubogie, nie znalazłam nic a nic i tak sobie myślę, że gdyby człowiek układał swe wakacyjne ścieżki opierając się na chociażby wikipedii, to na pewno do Montagnany w ogóle, by się nie pofatygował. Strony włoskie natomiast zarzuciły mnie informacjami, przez które jeszcze nie zdążyłam się przekopać. 
Historia miejsca jest bardzo bogata. Aby zacząć od początku trzeba cofnąć się do epoki rzymskiej, potem wspomnieć o licznych powodziach, przez które okolice były często nawiedzane, trzeba opowiedzieć o Piazza Vittorio Emanuele II i tutejszym Duomo, o palazzi,   o municipio, o pomniejszych kościołach i przede wszystkim o murach otaczających miasteczko, które są jedną z najlepiej zachowanych budowli tego typu w całej Europie i sięgają swą historią 1200 roku. Powinno, się jeszcze wspomnieć o corocznym palio, ale wydaje mi się, że napisanie o Montagnanie powinnam zostawić Renacie. Ja dzielę się tylko widokami i moimi subiektywnymi wrażeniami. Montagnana była jak pyszne antipasto przed wielką ucztą...


 MURY to po włosku LE MURA (wym. le mura)

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Skrzyżowanie blogowych ścieżek.


Kiedy w niedzielny wieczór wracaliśmy do domu, po głowie telepało mi się tysiąc myśli, gdyby nie to, że za oknami panowała ciemność, jeszcze w samochodzie wzięłabym się za pisanie.
Jakie to życie zadziwiające… - myślałam. Są rzeczy, które początkowo wydają się nieważne, nie przywiązujemy do nich wielkiej wagi, są wąskim marginesem codzienności, a potem nagle okazuje się, że ten margines zaczyna zajmować coraz więcej miejsca. Taki blog na przykład…
Pisany początkowo dla garstki, potem dla setki, potem tych czytelników więcej i więcej, że aż statystykom trudno wierzyć. Człowiek pisze coraz bardziej odważnie, coraz chętniej, coraz częściej i już sam bez swojego blogowania żyć nie może. Blog staje się zaczątkiem wielu znajomości. Czytelnicy, uczniowie, ale nie tylko. Nagle okazuje się, że nas piszących, patrzących na wiele spraw podobnie jest więcej. Los jest łaskawy i sprawia, że nasze drogi się przecinają. To już nie pierwsze nasze spotkanie, ale też mam nadzieję, że nie ostatnie. Na jedną niedzielę wskoczyliśmy jak kolorowe szkiełka do Kalejdoskopu Renaty.

Veneto!
Po!
Kto blogowe poczynania Renaty śledzi na bieżąco, ten wie, że zawsze jest smacznie i zawsze jest coś do zobaczenia, zawsze jakieś nowe miejsce, coś co warto zwiedzić, odkryć, sfotografować. I takim pięknym i doskonałym podsumowaniem tych kalejdoskopowych poczynań była nasza niedziela. Powiedzieć przesmacznie - to za mało! Chyba po raz pierwszy poszliśmy spać, nie myśląc nawet o kolacji! Włosi powiedzieliby - zjedliśmy "da Dio"! Ale zanim w ogóle zasiedliśmy do stołu czekała na nas niespodzianka - prawdziwa perła Wenecji Euganejskiej… O tym jednak opowiem już jutro. 
A tymczasem jeśli szukacie inspiracji, rady, informacji albo jesteście tak jak my zakręconymi italofilami zapraszam Was do grupy fejsbukowej założonej przez Renatę: WŁOCHY PO MOJEMU. Dobrego tygodnia!!!
Jeszcze raz wielgachne - Dziękujemy! - za tak wspaniały czas!



Popis kulinarnego geniuszu!


SKRZYŻOWANIE to po włosku INCROCIO (wym. inkroczio)

niedziela, 22 stycznia 2017

Sobota z Bandą Wilka


- Zobacz co mam? - Tomek wyciąga w moją stronę słoik z różowym przysmakiem.
- Mmmm cebulka! Skąd ją wziąłeś? Myślałam, że już całe zapasy wyjedliśmy.
- Giorgio mi dał!
- Ach ten Giorgio!
Będzie mi brakowało tej cebulki i tych wieczorów, kolacji i obiadów, gwaru i niewybrednych żartów, ciepła i wesołego towarzystwa. Dziękujemy myśliwym za ciepłe przyjęcie, za to, że ugościli nas przy swoim stole. Pewnie żaden z nich nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wielka była to dla mnie radość, wyróżnienie, jak bardzo te chwile były wyjątkowe. 
Ostatnia "mangiata" za nami. Myśliwi wracają do swoich domów. Sezon się skończył. 
Spędziliśmy przecudowne południe i wczesne popołudnie przy daniach, o których można napisać poezje. Pasta z ragu', dziczyzna, wino, słodkości bez końca, prawdziwe delicje okraszone żartobliwymi dedykacjami. 
Och, jak nam było cudownie!


Tortelli, cantucci, crostata, torta, basta!!!! - Już nie damy rady - mówiły dzieci, ale zachęcani wciąż ręce wyciągali po łakocie. Oczy by jadły i jadły, a dusza by się śmiała i śmiała…
Przepis na marynowaną cebulkę oczywiście dostałam. Ba! Dostałam nawet worek cebuli i teraz na pewno nie zawaham się jej użyć. Przepis znajdziecie już wkrótce w Kuchni Kamiennego Domu.

GRAZIE A FAUSTO, A GIORGIO, A TUTTI… 

WOREK to po włosku SACCO (wym. sakko)


Drukuj