piątek, 30 grudnia 2016

Kolory Romanii na zakończenie świąt


Nigdy nie widziałam Dozzy tak zatłoczonej jak w dzień Santo Stefano. Na parkingu, na którym zwykle stały dwa, może trzy samochody, tym razem były jedynie dwa, a może trzy wolne miejsca. Malowanymi uliczkami snuły się całe rodziny najwyraźniej zmęczone już biesiadowaniem. Niektóre twarze wyglądały odrobinę znajomo i to chłopcy zwrócili uwagę, że kilkoro spacerowiczów spotkaliśmy wcześniej przy Sasso di San Zanobi.  


Dozza piękna tak jak zawsze, ale w świątecznej szacie zdawała się jeszcze bardziej kolorowa niż zwykle. Nie mogło zabraknąć tradycyjnych szopek i ulicznych iluminacji, choć szczerze mówiąc na włączenie światełek już nie czekaliśmy. Głód kazał nam przyspieszyć kroku i skierować się znów w stronę naszego Appennino Tosco - Romagnolo. 
Już na początku wyprawy Mario zadeklarował, że jeśli zejdzie nam się długo na wojażowaniu (całkiem PRZYPADKIEM zeszło), to na kolację zjemy pizzę w Palazzuolo, w naszej ulubionej pizzerii. I kiedy już zmęczyliśmy nogi, a dzień zaczął chylić się ku końcowi myśl o przysmakach w Cinghiale Bianco podsycała tylko nasze i tak już zaostrzone apetyty.


W drodze powrotnej Mario próbował przeforsować pomysł na dłuższą drogę, ale po całym dniu wojażowania i skromnej kanapkowej diecie, ochota na dalszą włóczęgę nieco w nas ostygła. Skierowaliśmy się więc w stronę Imoli, by stamtąd przez Riolo Terme dostać się do Palazzuolo. 
Imola …
Całkiem przypadkiem niemal pod samym nosem znalazłam cel kolejnej wyprawy. Po raz pierwszy przejechaliśmy przez ścisłe centrum miasteczka i okazało się, że Imola to coś więcej niż - wyjście z autostrady (tym jest dla turystów), centrum handlowe Leonardo (tym jest dla znajomych marradyjczyków) czy tor wyścigowy (tym jest dla fanów kółek). Zdaje się, że Imola ma do zaoferowania coś więcej, ale to sprawdzę wnikliwie już następnym razem..


Kolorowa Dozza, pomarańczowa od świateł Imola i na koniec niebo… Jechaliśmy na zachód, w stronę Palazzuolo, tam gdzie słońce żegnało się z dniem, a niebo przed nami zdawało się być rozżarzone do czerwoności. Niebo, które wieczorami w ten świąteczny czas malowało dla nas wyjątkowe obrazy, a za dnia było pięknym tłem dla oślepiającego słońca…
Święta się skończyły, a my mimo zarzekania się, że teraz to musimy odpocząć i posiedzieć spokojnie w domu, już następnego dnia ruszyliśmy na kolejną wyprawę, ale o niej opowiem Wam już chyba w przyszłym roku, bo jutro w ostatni dzień 2016 roku zapraszam Was na sentymentalne podsumowanie tych wyjątkowych dwunastu miesięcy. 

TŁO to po włosku SFONDO (wym. sfondo)


1 komentarz:

  1. "całkiem PRZYPADKIEM zeszło" nie mogłam przestać się śmiać Kasiu. Pozdrawiam. Hanka

    OdpowiedzUsuń

Drukuj