środa, 28 grudnia 2016

Comacchio na Boże Narodzenie


Ni to płacz niemowlęcia, ni koty marcowo rozwrzeszczane, to mewy i inne wodne ptactwo tak dziwnym głosem darły się wniebogłosy, że aż dreszcze przechodziły po plecach… Ale poza tym ich wrzaskiem co jakiś czas przerywającym błogą ciszę było pięknie, że słów brak. Nie drgnął nawet listeczek, ostre linie zatarły się w mglistej dali, krajobraz zrobił się miękki i delikatny, jakby welurowy. 
Przez chwilę cisza, a potem znowu - aaa uuaaa aaaaa….



Wyjątkowo nie mogliśmy się zdecydować na żaden kierunek, opuściła mnie wena w kwestii wyszukania celu naszej świątecznej włóczęgi, a przecież gdzieś musieliśmy pojechać!!! Nie mogliśmy siedzieć za stołem, kiedy na zewnątrz panowały słońce, jakiego dojrzały marzec by się nie powstydził i ciepło wiosenne, z którym grudniowi nie wiem czy wypadało się obnosić.
Ostatecznie, po długich debatach - "a tu? a tam? no to gdzie?" - nasz wybór padł na Valli di Comacchio. Pomyślałam, że o tej porze roku muszek ani komarów nie będzie, ludzie na pewno będą siedzieć jeszcze za stołem, więc przy odrobinie szczęścia całe rozlewisko będzie przez krótką chwilę należało tylko do nas.
I tak w istocie się stało...




Ani żywej duszy, tylko te mewy rozwrzeszczane i kaczorki nurkujące i kormorany … Poza tym nic tylko spokój. Przed nami była droga długa i prosta jak strzała. Droga pośród traw i wód spokojnych. A te wody jak jedwab słońcem grudniowym malowane, znikające na horyzoncie w mglistym bycie - niebycie.  



 Przewędrowaliśmy kilka kilometrów. Kilka kilometrów piękna. Kilka kilometrów prawie ciszy. 

- Podjedźmy do Comacchio… skoro jesteśmy już tu, grzechem byłoby nie zerknąć na szopki pod mostami. 
- Jedźmy na vin brule'.  





 A w Comacchio tak jak się spodziewałam, szopek, szopeczek też zatrzęsienie. Na łodziach i pod mostami jak na miasto "wodne" przystało. Cuda takie, że człowiek by chodził i chodził, do nóg wyczerpania. 

- Węgorz? - Następnym razem! W domu mamy dzika!
- Mamusiu… Instagram?


 W końcu to nasze wiosenne słońce zmęczyło się i postanowiło iść spać. A głowę zmęczoną opierało tak wdzięcznie, tak bajkowo mamiło kolorami, że chciało się to jego zachodzenie śledzić do ostatniej minuty… Ale i my byliśmy zmęczeni, kilometry Comacchio zaostrzyły apetyty, coraz głośniej myśleliśmy o czekającym na nas w domu kociołku z dzikiem …

MIĘKKI to po włosku MORBIDO (wym. morbido)


3 komentarze:

  1. Wspaniała wyprawa, a zdjęcia z tą łódką na horyzoncie gdzie niebo i morze zatracają się w jedno... mistrzostwo świata :) Pozdrawiam serdecznie Aneta G

    OdpowiedzUsuń
  2. Ładne zdjęcia z wypadu. :)
    Też byłam kiedyś we Włoszech, ale nigdy w tej miejscowości.
    Pozdrawiam.

    ---
    www.forteca-dusz.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Ależ tam pięknie u ciebie!
    korzystając z okazji, życzę Wam samych pyszności w Nowym Roku!
    Pozdrawiam...

    OdpowiedzUsuń

Drukuj