czwartek, 29 grudnia 2016

Cisza zimowych traw - wojażowanie w Santo Stefano


- Jedziemy gdzieś?
- Jedźmy, ale gdzie?
- Gdzieś... Gdzie dokładnie jeszcze nie wiem.
- A może byśmy zrobili objazdówkę znaną trasą? Jeszcze raz w stronę Giogo?
- Dobry pomysł, widok będzie bajeczny w taką pogodę i Paw tam jeszcze nie był. - Zatwierdziłam entuzjastycznie plan wycieczki i przeszłam do ustalania kwestii jedzeniowych. - Zrobię kanapki, zabierzemy czerwony koszyk i zrobimy piknik na przełęczy. Tam będzie wygodnie, nawet stoliki poustawiali
- A może będzie otwarta ta locanda, gdzie ostatnio zjedliśmy za pięć euro…
- Jak otwarta i - co ważniejsze - oferta wciąż będzie aktualna, to zjemy tam, ale kanapki i tak wezmę na wszelki wypadek.

Zima się dopiero zaczęła, a tu wychylają łebki pierwsze prymulki... 

Zapakowaliśmy do koszyka kanapki z pieczoną karkówką, pomarańcze, jabłka, trochę pomidorów, niemieckie słodkości z marcepanem i oczywiście butelkę wina. Dzień aż się prosił o wojażowanie. 


Są takie miejsca nawet w Toskanii, gdzie przez większą część roku leży mgła. Takim miasteczkiem jest na przykład Borgo San Lorenzo. Jego mieszkańcy czasem przez kilka dni nie oglądają słońca. Ale my na szczęście do Borgo się nie wybieraliśmy, zjeżdżając na chwilę do doliny, tylko otarliśmy się o mgłę, po czym zaraz znów zaczęliśmy wspinać się wyżej i wyżej aż znaleźliśmy się ponad mgłą, która z takiej perspektywy wyglądała bajecznie! 


Jechaliśmy radośni jedną z piękniejszych serpentyn Mugello skąd widać i Monte Senario i Monte Falterona, widać też Borgo i Scarperię, o ile oczywiście nie ma mgły… Między jednym zachwytem a drugim snuliśmy plany co do naszego obiadu. Odliczając ostatnie kilometry do Giogo podsycaliśmy nasze apetyty - "Ja tagliatelle z grzybami! Ja z ragu'! A ja ribollitę!"
- Żeby tylko było otwarte! - zaklinał Tomek.


 Jakież było nasze zdziwienie, kiedy po kilku zakrętach dotarliśmy wreszcie na Passo del Giogo…
- Ale to nie tu!!! - krzyknęliśmy zgodnie.
- Byłam przekonana, że ta trattoria była właśnie na Giogo. 
- Ja też.
- I ja.
- Ale to nie ta! 
- W życiu! Tamta była zupełnie inna!
Wyciągnęłam zaraz telefon i otworzyłam stronę Dom z Kamienia. Ironia losu - jak widać sama czasem muszę posiłkować się moim blogiem. Dziękuję Kasiu, że tak skrupulatnie wszystko spisujesz! 
- To było Passo della Futa!!!
- A pamiętam… - zachichotał Tomek - jeszcze żartowaliśmy, że zjemy na F…cie - pamiętasz?
- Pamiętam, pamiętam. To jak? Wytrzymacie jeszcze trochę, czy zjemy nasze kanapki?
- Wytrzymamy! Futa nie tak znowu daleko.
Ruszyliśmy więc w stronę Passo della Futa. Zjechaliśmy do Firenzuoli i zaraz za drogowskazem znów zaczęliśmy się piąć w górę. 
- To nie jest ta droga, którą jechaliśmy ostatnio - ocenił rzeczowo Mario.
- Właśnie widzę, my nią nie jechaliśmy, ale jakby nie było drogowskaz wskazywał, że Futa za 8 km.
- Głodny jestem.
- Umieram z głodu.
- Zaraz jesteśmy.
Istotnie za kilkanaście minut znaleźliśmy się na wspomnianej przełęczy, ale...
  

 tamtejsza restauracja, wcale nie była tą, której szukaliśmy…
- To wariactwo! Ja już nic nie rozumiem.
- To nie tu, to nie tu - kręcił głową Mario.
- No pewnie, że nie tu! 
Jeszcze raz zerknęłam do mojego własnego artykułu. "PRZED Passo della Futa …" 
- Wszystko jasne! Ta restauracja była przed przełęczą, ale ponieważ dojechaliśmy tym razem jakąś inną drogą, wcale jej nie minęliśmy. Nazywała się "il Sergente!" Zaraz google prawdę nam powie. 
 - To było Monte del Fo!!!! Zawracaj.
Zawracaliśmy jeszcze chyba dwa razy.
- Żeby tylko nie było zamknięte - zaklinał dalej Tomek… 
Ale to jego zaklinanie na nic się zdało. Po wielkich poszukiwaniach wreszcie wyrwało nam się zgodne - TO TU!!!! I niestety zaraz potem - ZAMKNIĘTE!!!
Złośliwość losu!
Wyciągnęliśmy więc nasz niezawodny czerwony koszyk, przysiedliśmy na krawężniku opuszczonego po sezonie parkingu i w ciepłych promieniach grudniowego słońca zjedliśmy nasz drugo - świąteczny obiad.  


Na Futę jednak wróciliśmy, by posiłek dopełnić kawą i zaraz potem ruszyliśmy dalej wzdłuż toskańskiej granicy, bo Paw musiał jeszcze zobaczyć znajdujący się nieopodal Sasso di San Zanobi.


 Chyba nie tylko my wpadliśmy na pomysł, by w Santo Stefano podziwiać legendarną skałę. U jej stóp krążyli inni wycieczkowicze, wspinali się, fotografowali, a komentarzom wyrażającym zdziwienie nie było końca. 
- Chodźmy tam, na szczyt - pokazałam palcem grań po przeciwnej stronie drogi. - Z daleka widać było jakiś obelisk, a jeśli mnie intuicja nie myli powinniśmy zobaczyć stamtąd dużo więcej...


 Ruszyliśmy gęsiego ścieżką wydeptaną wśród zbrązowiałych, zeschłych traw. Byliśmy jak drużyna pierścienia, która jednostajnym krokiem brnie przed siebie. Surowe, targane wiatrem łąki były zupełnie inne od welurowego Comacchio podziwianego dzień wcześniej, a jednak miały z nim coś wspólnego. Cisza, przestrzeń i kolory. Tylko linie były ostrzejsze, a błogą ciszę zamiast ptaków mącił jedynie wiatr. Ciepły grudniowy wiatr...


 Byliśmy jedną nogą w Toskanii i jedną w Emilii - Romanii. Na horyzoncie majaczyło przedgórze Alp, Abetone, nasza Sambuca i morze szczytów, których nazwać nie potrafię. To jest właśnie mój świat. Toskania jaką zachwyca się niewielu. Dzikość gór. Cisza zimowych traw. 

Drużyna Pierścienia - cienie

 To też świat moich dzieci. Świat w jakim rosną. Świat, w którym biegną do utraty tchu. Biegną, ale nie gonią, bo tu za niczym ani za nikim gonić nie muszą. Biegną, bo tak przyjemnie jest ścigać się z wiatrem ...


- Tomek, spójrz! Oto twoje ulubione bezdroża.
- Tu były latem krowy…
- Fontanelice...
- Stąd do Dozzy całkiem blisko, a Paw przecież Dozzy nie widział… 
CDN…

ZIMOWY to po włosku INVERNALE (wym. inwernale)



2 komentarze:

  1. Bardzo rzadko piszę. Dzisiaj nie mogłam się oprzeć zauroczona zdjęciami rodzinnymi - 11 i 12. Mama - śliczna dziewczyna, tata - męski i przystojny oraz chłopcy - beztroscy i szczęśliwi. Ze zdjęć emanuje szczęście i miłość. Niech Wam tego nigdy nie zabraknie!
    Wszystkiego najlepszego na cały Nowy Rok 2017 dla całej Rodziny oraz niezłomnego przyjaciela, Mario.
    Niech Wam Bóg błogosławi w każdej dziedzinie życia.

    Pozdrawiam serdecznie
    Stała czytelniczka bloga
    Uliana

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadzam sie z Pania Uliano. Zdjecia przeurocze, rodzinka jak z obrazka. I pewnie dlatego nie ma zadnych komentarzy :-)Zycze Wam w Nowym Roku abyscie jak najczesciej byli razem. Pozdrawiam praska

    OdpowiedzUsuń

Drukuj