piątek, 18 listopada 2016

Przejście przez most



To zawsze Tata robił zdjęcia, on był rodzinnym fotografem, a fotografował nas namiętnie. Sam rzadko stawał przed obiektywem i mało mam zdjęć, na którym jesteśmy razem. Niektóre, te nieliczne już na blogu publikowałam, ale jest takie jedno … niby nieszczególne, ale dla mnie stało się symboliczne. Nie mam go ze sobą w Toskanii, zostało w warszawskich archiwach u Mamy. To nasze ostatnie wspólne zdjęcie. Zrobione zostało w pewien jesienny, szary dzień. Musiała to być niedziela, bo byliśmy razem na spacerze, "nad kanałkiem" na warszawskim Gocławiu. Dziś wybudowali tam bloki i trasę szybkiego ruchu. To pewnie był koniec października, a może już listopad..?



Zdjęcie utrwaliło najzwyklejszą chwilę, zupełnie niemalowniczą, chwilę, kiedy próbowaliśmy  razem przejść przez mostek, a raczej coś, co go udawało. Byłam przestraszona, pamiętam to dobrze. Wiedziałam jednak, że nic się nie stanie, bo przecież On był blisko. Asekurował mnie tak, jak tylko Ojciec potrafi. To był ostatni moment, kiedy czułam się naprawdę bezpieczna… Kilka tygodni później - wstrętny 18 listopada - już go nie było, a ja od tamtej pory już przez wszystkie mosty musiałam przechodzić sama. Przez góry, stromizny, przeszkody, kładki i wyrwy w bezpiecznym gruncie przeskakuję sama, a nawet jeśli nie sama, to jednak... trochę sama. Bo dziecko tak wcześnie osamotnione zostaje w człowieku na zawsze …  




Tak czy inaczej, już niejeden trudny moment za mną, niejedna przeszkoda pokonana, może jednak gdzieś tam jest, może nawet zza światów w jakiś sposób dba o to, by nie stała mi się krzywda. A trudności? Też są potrzebne, On dobrze to wiedział i umiał z nimi walczyć. To dzięki nim i ja staję się dziś silniejsza.




3 komentarze:

  1. Pięknie Kasiu. Jesteśmy z Tobą i wspieramy.
    muzien

    OdpowiedzUsuń
  2. Mój listopad jest podobny. Nikt nas już potem nie kocha bezwarunkowo. Zawsze , przewaznie za coś ....
    Marta

    OdpowiedzUsuń

Drukuj