niedziela, 13 listopada 2016

Niechęć moja, radość dzieci.


O mojej niechęci do zimy i śniegu wiedzą już chyba wszyscy. Nie lubię i koniec, nie lubię tak bardzo, jak tylko można nie lubić. I nawet odrobinę na święta, żeby białe były, nie interesuje mnie nic a nic. Nie mam nic przeciwko ciepłemu, zielonemu Natale! I tak jak wielka jest ta moja niechęć do białego puchu, tak wprost proporcjonalna jest radość z niego moich dzieci. Radość tak nieokiełznana i wrzaskliwa, jakby urodzili się na równiku, a nie w kraju raczej północnym!
Jak tylko w sobotni ranek rozeszły się głosy, że w górach spadł śnieg, zaraz zaczęli prosić Mario, by ten zawiózł ich na jedną z przełęczy, to choć bałwana ulepią! Tomek podekscytowany szukał rękawiczek i przebierał nogami z niecierpliwości.


Ruszyliśmy na Sambukę wczesnym popołudniem, jednak mimo kilku godzin słońca, śniegu ocalało jeszcze całkiem sporo. Bielą pokryte było pobocze już od Passo della Colla. Miejscami widać było nawet ślady po przejechaniu pługów. Chłopcy z nosami przyklejonymi do szyb wykrzykiwali tylko co chwilę - tu, tu się zatrzymajmy! 
W końcu dojechaliśmy do przełęczy Sambuca, a ci jak nie wyskoczą, jak się nie zaczną tarzać w tym śniegu wstrętnym, rzucać bryłami i sobie wrzucać gdzie popadnie….
Stałam tylko z boku zastrzegając, że nie mam ochoty do zabawy być wciągnięta, bo generalnie nawet bez dotykania wstrętnego białego, powoli przechodziłam w stan hibernacji. Zrobiłam więc kilka zdjęć przestępując nerwowo z nogi na nogę i szczękając zębami niemiłosiernie, aż w końcu doprowadzając swoją wytrzymałość na zimno do granic niemożliwości, czyli po około 10 minutach zarządziłam powrót. 


Oczywiście góry piękne, nawet w śniegu, Sambuca wzrusza mnie niezmiennie, ale przenikliwe zimno zdecydowanie ogranicza moją radość. Musiałabym się chyba ubrać jak na polarną wyprawę, może jakieś skóry foki, czy sama nie wiem co, żeby móc normalnie funkcjonować. Teraz kiedy liście opadły, można wędrować graniami ciesząc oczy panoramą, widać Toskanię, Romanię i Apuany, a jak słońce jaskrawe to i morze w oddali… Poszłabym na wyprawę z termosem, z plecakiem, poszłabym chętnie, ale na to pewnie szybko czasu nie znajdę.


I na koniec jeszcze słońce i księżyc, jakby nagroda pocieszenia dla mnie, że zimno upiorne przez chwilę musiałam znosić. Mugello chowa się powoli w mroku, a nad Casaglią wstaje księżyc, ponoć wyjątkowo wielki tym razem. Oto moje małe cudowności dnia powszedniego.


POKRYWAĆ to znaczy COPRIRE (wym. koprire)

3 komentarze:

  1. Snieg jest piękny z daleka z bardzo daleka kiedy w oddali widać ośnieżone szczyty Alp a tu gdzie ja jestem jest piękna złota jesien to tak mi sie podoba. Podoba mi sie tez kiedy spadnie snieg ,zakryje ogród i tak moze poleżeć nawet ze 2 godziny a potem zniknąć ważne żebym w tym czasie nie musiała wychodzić z domu.

    OdpowiedzUsuń
  2. Juz myślalam ,że jestem jakieś dziwadło. Jak to dobrze usłyszeć ,że są osoby które tak jak ja po prostu NIE CIERPIĄ zimy i okrutnie marzną! Żadne tam sporty zimowe tylko wtedy marzy mi sie piec kaflowy , grzane winko , książka i czekanie na nowy rok , bo wtedy to już wydaje sie że z górki...
    Marta

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja również nienawidzę śniegu, zimy, źle się wtedy czuję, ogarnia mnie melancholia. W ostatnie Boże Narodzenie we Wrocławiu było 16 stopni, bardzo liczę na powtórkę, chociaż straszą ostrą zimą.

    OdpowiedzUsuń

Drukuj