poniedziałek, 21 listopada 2016

Kulinarne diamenty w Brisighelli



Ciepła, słoneczna niedziela końca listopada … Pootwierałam wszystkie okna i drzwi. Gdyby nie ostatnie kolorowe liście, można by było pomyśleć, że oto wiosna rozgościła się na dobre. Tylko nad Brisighellą jak na złość zawisła mgła, a właśnie tam pojechaliśmy na trzecią z serii Quattro sagre per tre colli. Festa dedykowana była truflom … Jakże więc mogło nas zabraknąć??
O truflach już wiele na blogu było powiedziane, bo to jeden z naszych najulubieńszych przysmaków,  a może nawet najulubieńszy z najulubieńszych! O Brisighelli również pisałam sto, a nawet dwieście razy, bo nie dość, że tuż za progiem, to jeszcze nadzwyczaj urodziwie i mimo upływu lat mój zachwyt nad tą perełką Romanii nie stopniał ani trochę.


Sagra del tartufo w Brisighelli to jedna z bardziej obleganych imprez w okolicy. Również i tym razem ludzie dopisali tłumnie. Wąskie uliczki i placyki miasteczka wypełniły się straganami z łakociami przyprawiającymi o zawrót głowy. 


Na straganach piętrzyły się trufle. Czarne i białe, małe i większe, duże, a nawet całkiem ogromne jak na moje laickie oko. Obok trufli, kremy truflowe, aromatyzowana truflami oliwa, kiełbasa z truflami i ser z truflami … co tylko dusza zapragnie. Czyż trufle nie są kulinarnymi diamentami? Takie cuda rodzą się w ziemi...


Oczywiście trufle truflami, ale smaków było o wiele więcej. Stoiska uginające się od serów, pecorino zapakowanych w słomę, w liście orzecha, od pecorino dojrzewających w ziemi, świeżych pecorino i tych bardzo, bardzo starych, od serów kozich i krowich, od szynek, kiełbas i boczków, od granatów, orzechów, oliwek, oliwy i wina… Stragany uginały się dalej od kasztanów, grzybów i słodkich wypieków… Smakowy obłęd!


Nasz truflowy spacer uprzyjemniło spotkanie marradyjskich przyjaciół, muzyka ulicznych grajków i ciepłe caldarroste podjadane z papierowej torebki.


Nacieszyliśmy oczy, kubki smakowe i kiedy mgła zaczęła zlewać się z mrokiem, ruszyliśmy do Popolano na kolejne smakowanie. Myśliwi wracali z gór i w myśliwskim kamiennym domu powoli zaczynało pachnieć kolacją...



POWOLI to znaczy PIANO (wym. piano)

6 komentarzy:

  1. O żywe zwierzątka były :)
    Nicko

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak dobrze że mnie tam nie było. Serce mogłoby nie wytrzymać :)
    Piotrek

    OdpowiedzUsuń
  3. Trufle nie robią na mnie wrażenia:) Trzy lata temu tak się nimi zatrułam, ze mam dość do kończ życia:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ciekawe, że miejscowe przysmaki najbardziej smakują właśnie na miejscu, wprawdzie nie miałam okazji spożywania trufli w Polsce ale np. mój ulubiony drink Aperol przygotowany w domu smakował tak sobie, bez rewelacji a we Włoszech nie było dnia bez niego. Tak samo miałam np. z humusem, w Izraelu jadłam go codziennie a przygotowany w domu wylądował w kuble na śmieci. To na pewno kwestia klimatu, składników, miejsca, ludzi...

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie prawda kawa Mocador smakuje wszędzie :))))))))))))
    Piotrek

    OdpowiedzUsuń

Drukuj