środa, 5 października 2016

Wzdłuż granicy. Akt 3. Wielki most i odrobina folkloru po sąsiedzku.


W naszym niedzielnym wojażowaniu wyjątkowo nie dopuściliśmy do głosu zwariowanej skrzyneczki. Wojażowaliśmy w stylu vintage z mapą papierową na kolanach. Jedynym nawigatorem byłam ja. 
Po malowniczych zakrętach wśród dzikich, skromnie zaludnionych wzgórz dotarliśmy do Castel del Rio. Tu miał znajdować się wyjątkowy most, którego zdjęcia wpadły mi przypadkiem w oko kilka tygodni wcześniej. 


Wznoszący się ponad rzeką Santerno il Ponte Alidosi to prawdziwe inżynieryjne dzieło sztuki. Zaprojektowany na kształt oślego grzbietu z jedną tylko 42-metrową arkadą. Most liczy sobie pięć wieków, a jego budowa trwała 20 lat. Miał być symbolem umocnienia się rodziny Alidosi i jej stabilizacji po okresie stagnacji. Choć mostów kamiennych widziałam w Italii już wiele, to muszę przyznać, że rozmiary tego robiły wrażenie. 




W murach mostu znajduje się pięć sal, ale niestety tych nie udało nam się obejrzeć. Zostawiliśmy też na inny czas zwiedzanie zamku, choć otwarte wrota kusiły i zapraszały do wnętrza. Miałam ochotę zaplątać się jeszcze w wąskie uliczki Castel del Rio, ale czas uciekał, a my chcieliśmy dotrzeć do domu przed nocą.



Przeprawiliśmy się przez jedno passo i zjechaliśmy do sąsiedniej doliny. W Palazzuolo przywitał nas niecodzienny gwar i ożywienie, członkowie orkiestry z instrumentami pod pachą rozpierzchnięci w tłumie ludzi, kobieta strzelająca z bicza, stragany, zatrzęsienie samochodów i motorów. Coś się w Palazzuolo świętowało. 



- Mamusiu! Mercatini di Natale!
- Oszalałeś! Jeszcze tyle czasu!
- No mówię ci, tam było nawet napisane!
- Widziałeś pewnie reklamę tego, co będzie, ale dziś to nie natale, przed nami jeszcze marroni!  
- Natale, natale!



Oczywiście Mikołaj wypatrzył tylko reklamę mercatini bożonarodzeniowych, a tymczasem miasteczko zawrzało "przedkasztanowo". Na straganach rzemiosło i sery i miody i wędliny, ubrania, torebki i inne klamoty. Ludzie sunący we wszystkich kierunkach. Jak tu się cudnie żyje - pomyślałam - sezon letni już dawno się skończył, kasztanowy jeszcze nie zaczął, ale ludzie muszą wyjść z domu, potrzeba festowania jest tak silna, że nikt na pory roku się nie ogląda. A kiedy  jeszcze pogoda sprzyja
W rzeczy samej - niedziela była iście wiosenna!



GRZBIET, PLECY to po włosku SCHIENA (skiena)

1 komentarz:

Drukuj