niedziela, 18 września 2016

Incydent w Castrocaro



Wakacje się skończyły, więc znów z bólem serca wracamy do starego systemu wojażowania. Zostały nam tylko weekendy, a na dłuższe wyprawy niestety już tylko soboty. Tak czy inaczej nie tracimy dobrych przyzwyczajeń i korzystamy z chwil.
W sobotę, tak jak zapowiadali, wypogodziło się jak na prawdziwe lato przystało, więc uwinęliśmy się z obiadem raz dwa, przegadaliśmy kierunki i w końcu padło na Castrocaro.
Nic tym razem nas nie zachwyciło jakoś wyjątkowo, szczególnie nie urzekło, ot taka tam przejażdżka i pewnie nawet nie miałabym o czym pisać, gdyby nie pewien incydent - przemiły incydent, który zapamiętamy na długo. Ale zanim o tym opowiem kilka słów o samym Castrocaro, bo skoro już się tam pofatygowaliśmy niech ślad na blogu zostanie, tym bardziej, że pewnie niektórym, zwłaszcza interesującym się włoską muzyką sama nazwa wyda się znajoma… 



Castrocaro terme i Castrocaro festival - to dwie wizytówki miasteczka. 
Termy znali już Rzymianie, ale dopiero tuż przed drugą wojną światową Principe Umberto di Savoia zainaugurował otwarcie kompleksu z centrum odnowy biologicznej, z basenami, z parkiem, hotelem, a wszystko to na 8 hektarach ziemi niemal w samym centrum miasta. Terme di Castrocaro są w grupie najbardziej znanych miejsc tego typu w całych Włoszech. 



Festival Castrocaro natomiast narodził się w 1957 roku i święcił triumfy zwłaszcza w latach 60 i 70. Jego celem było wypromowanie nowych artystów, nieznanych głosów. Przez pewien czas Castrocaro trampoliną do Festivalu w San Remo. 




A samo miasto? Za dużo "nowej" architektury, bym padła z zachwytu na kolana. Najciekawszym miejscem jest średniowieczna fortezza i odżałować nie mogłam, że trafiliśmy na godziny zamknięcia, bo sądząc po samych zdjęciach wizyta wewnątrz warta była wydania kilku euro na bilet.




Pierwsze wzmianki o fortyfikacji górującej nad miastem pochodzą już z XI wieku. Jednak ludzie osiedlili się tu już w czasach epoki rzymskiej. O tym, że fortezza w dawnych czasach była znaczącym miejscem, świadczy wiele faktów, między innymi ten, że zawitał tu dwa razy Federico Barbarossa, natomiast w XIII wieku na zamku panował Gianciotto Malatesta, mąż Franceski da Polenta, tej samej o której pisał Dante.  




Pokręciliśmy się chwilę, "pocałowaliśmy klamkę" jak mówiła moja Mama i znów zeszliśmy do centrum, a kiedy już byliśmy w samochodzie, niektórzy zaczęli przebąkiwać o lodach. Zawróciliśmy więc, zatrzymaliśmy się na parkingu i ruszyliśmy spacerem w kierunku lokalu oznaczonego kuszącym napisem - gelateria produzione propria. I kiedy to snuliśmy się wolnym krokiem główną arterią miasta, usłyszałam za sobą polskie głosy. Nie zareagowałam, bo żyjąc w kraju, który jest dość popularną metą turystyczną to nic nadzwyczajnego. Jednak zamurowało mnie chwilkę potem, kiedy polskie głosy przeszły we wrzaski…
- Aaaa Dom z Kamienia!! Dom z Kamienia!! To wy!!!! Aaaa…. Mogę cię uściskać?
Stanęliśmy na środku ulicy i serdecznościom nie było końca, tylko Mario zanim wytłumaczyliśmy sytuację, nie mógł pojąć co to się dzieje. 
Jakby mało było samego spotkania, to dodam jeszcze, że świat jest mały jak nie wiem co, okazało się bowiem, że mamy wspólną znajomą!
A jakby i tego było mało, to dodam na koniec, że świat jest przy tym piękny i nas "wariatów" jest więcej niż myślałam! Kiedy piszecie mi czasem, że stałam się inspiracją, trudno mi w to uwierzyć, bo przecież kim ja jestem, a potem spotykam Czytelników na ulicy, którzy również postanowili spróbować jak smakuje życie we Włoszech, przyznając, że duża w tym zasługa Domu z Kamienia...
Dziękuję za tak niesamowite, całkiem przypadkowe spotkanie i za wszystkie ciepłe słowa! Poczułam się niezwykle! Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy!
NA ŚRODKU DROGI to po włosku IN MEZZO DI STRADA (wym. in medzdzo di strada)


4 komentarze:

  1. Jak widać, nie bez przyczyny zaprowadziło Was do Castrocaro:) uwielbiam takie sytuacje.
    Udanej i ciepłej niedzieli dla Ciebie i chłopaków!
    Asia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Po pierwsze, nie codziennie spotyka się na ulicy swojego idola :)
    Po drugie, jak ktoś mnie zna, to wie, że okrzyk "aaaaaaaaaaaaaaaa" oznacza zbyt dużą ilość słów do powiedzenia jednocześnie, z którą nie radzi sobie aparat nowy ;)
    Po trzecie, dlatego "aaaaaa" nie wystąpiły w liczbie pojedynczej ;)
    Po czwarte, to było super-mega-fajne spotkać Was od tak na ulicy :)
    Po piąte, a pomyśleć, że 3 minuty wcześniej w barze, w którym zatrzymaliśmy się na kawę, byłam niezadowolona, że jak zwykle do damskiej toalety trzeba czekać w kolejce... bardzo prozaiczna sprawa, ale gdybyśmy wyszli z baru 3 minuty wcześniej, to byśmy na Was nie wpadli :)
    Po szóste, udało nam się wyjść z miasteczka i obrać upatrzony wcześniej szlak po wzniesieniach tzn. popołudnie od. "tu jest tak pięknie" :)
    Po siódme, spotkamy się pewnikiem!!!!!!!!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze raz bardzo dziękujemy za taki entuzjazm:)

      Usuń
  3. cieszę się z wami, bo wiem, jaka to radość, przypomniało mi się niedawne moje takie przypadkowe spotkanie, ostatnio wpadła mi w oko książka o Jagodzie i Maćku, co przeprowadzili się z miasta w Bieszczady i pomyślałam sobie, mogłaby Kasia napisać o swojej zmianie z miasta do włoskich marzeń, pozdrawiam. Lena

    OdpowiedzUsuń

Drukuj