poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Słonecznikowe Marche, tam gdzie warto i gdzie nie warto


Marche przebiło chyba w tym roku wszystkie inne regiony, nawet samą Toskanię jeśli chodzi o pola słoneczników. Były dosłownie wszędzie, a żałowałam tylko, że nie widzieliśmy ich w pełnym rozkwicie. Teraz miały już spuszczone łebki, nosy na kwintę, jakby i one były złe na mijające lato...


Jechaliśmy z Furlo w kierunku południowym szukając najpierw miejsca na piknik, a potem nowych zakątków do odkrycia. To pierwsze znaleźliśmy niemal natychmiast. Nie powalało widokiem, ale za to miało naturalne źródło, które tryskało lodowato zimną wodą. Wspaniała ochłoda w skwierczące upałem sierpniowe południe. Nie będę się już roztkliwiać nad czerwonym koszykiem. Wszystko jak zawsze smakowało wybornie, więc zjedliśmy z prawdziwym apetytem. Drobny zawód, okraszony potem śmiechem, spotkał nas tylko "przy kawie". Pan Mario Avario tak się pakował, że zabrał wszystko z wyjątkiem … kawiarki! Nie było więc espresso z kubła na śmieci tak jak poprzednim razem w Orci. Zwinęliśmy biwak i ruszyliśmy dalej. 
Wypatrzyłam na mapie miasteczka, które "mogły być interesujące" i jako pierwsza napatoczyła się Pergola. Przejechaliśmy jednak przez nią bez większego entuzjazmu i zgodnie stwierdziliśmy, że aż tak nie zachwyca, by chciało się tu przystanąć na dłużej. Kolejny na trasie był San Lorenzo i tu jedynie poobiednia tęsknota za kawą sprawiła, że na chwilę przystanęliśmy. 
Nauczona doświadczeniem postanowiłam przepytać barmankę, co też może nam polecić z okolicznych atrakcji.
- Pergola?
- Przejechaliśmy przez nią teraz i … chyba nie.
- Masz rację, tam to tylko muzeum.
- A Mondavio? - wyliczałam kolejne nazwy zapamiętane z mapy.
- Tam jest rocca ale to maleńkie, nic aż tak wspaniałego, spacer na pięć minut.
- A … Co… Co … Jak to się nazywało… Coriandolo?
- Corinaldo - poprawiła mnie dziewczyna z uśmiechem.
- Ecco Corinaldo!
- Tak, tam chyba najładniej. Jest naprawdę urocze.
Podziękowałam za informację, dopiłam espresso i ruszyliśmy dalej. 


Rzeczywiście juz za daleka wiedziałam, że barmanka miała rację. Ceglaste Corinaldo wznosiło się dumnie na wzgórzu.  
- Miejsce urodzenia Marii Goretti! - krzyknęłam, kiedy mijaliśmy tablice informacyjne. 
- Kogo?
- Goretti! Świętej! To jeszcze dziewczynka była, taki jeden chciał ją zgwałcić i ostatecznie zakatował ją na śmierć!
- Mah!
Nie żeby jakoś specjalnie interesowały mnie żywoty świętych, ale nagle zrobiło mi się sentymentalnie. Pamiętałam historię Marii z czasów, kiedy sama byłam jeszcze dzieckiem i biegałam na procesje w białej sukience. Oto gdzie się urodziła i wychowała!


A samo miasteczko? Jeśli będziecie w tych stronach Marche warto się tu zatrzymać. Nie bez powodu wpisano je na listę I borghi più belli d'Italia. Mury otaczające miasto, których długość to prawie kilometr są najlepiej zachowanymi murami miejskimi w regionie Marche i jednymi z najlepiej zakonserwowanych w całej Italii, ich początki sięgają XIV wieku. Ich stan jest niemal nienaruszony.

 
W tym domu urodziła się jakaś Adele
Ulica stu schodów

Corinaldo to oczywiście nie tylko mury i sanktuarium Marii Goretti, w którym znajduje się jej relikwia. Dla mnie to będą też kwiaty i największa bugenwilla jaką kiedykolwiek widziałam, uliczka stu schodów, których według moich obliczeń było 98, a według Mikołaja 103, to kościoły na każdym kroku, to wąskie ceglaste uliczki i pozzo della polenta (studnia polenty), do której w końcu nie dotarliśmy, bo większość wycieczki zaczęła uskarżać się na destrukcyjne działanie słońca i wysokiej temperatury. W każdym razie jeśli zawitacie do Corinaldo, wiedzcie, że studnia ma prawie 600 lat. Legenda mówi, że dawno temu pewien człowiek pokonawszy długie schody, zatrzymał się zasapany dla złapania oddechu przy znajdującej się u ich szczytu studni, worek mąki kukurydzianej oparł na jej brzegu, a ten po chwili wpadł do środka. Zdesperowany człowiek zaczął zsuwać się w dół pozzo, by odzyskać to, co do niego wpadło, a ludzie widząc całą scenę żartowali, że nieszczęsny człowiek siedzi w studni i zajada polentę.   


Już zbieraliśmy się do domu, kiedy z punktu widokowego na murach miasta wypatrzyliśmy kolejne miasteczko, kuszące z daleka wieżą i niecodziennej urody kopułą. 
- Zobaczymy? Nie mam pojęcia co to jest, ale może być ciekawe.


Miasteczkiem wypatrzonym z wieży była Ostra Vetere. Jechaliśmy kierując się nosem, traktując wieże jako azymut. 
Zatrzymaliśmy się w Ostrej na krótki spacer, w nadziei odkrycia czegoś nowego. Jednak spacer okazał się jeszcze krótszy niż zakładaliśmy, bo niczym szczególnym nas nie urzekła. Oczywiście piszę to ja, już może nieco zmanierowana widokami Italii. Samo miasteczko urokliwe, jak prawie każde włoskie, chodzi jednak o to, że tu nic za serce nie chwyciło, a do tego kopuła okazała się zawodem. Liczyłam na stary kościół, tymczasem ten okazał się nowy jak na tutejsze warunki. Jedynie sto lat!    
Tak czy inaczej częstuję Was na koniec widokami Ostrej i na tym kończę naszą włóczęgę po Marche. Muszę wrócić tam jeszcze raz i jeszcze i jeszcze, tyle wciąż zostało do odkrycia!

Sjesta

ROZPIESZCZONA to znaczy VIZIATA (wym. wicjata)

12 komentarzy:

  1. witam Cię Kasiu, przepraszam że tak bez Pani ale czytam Twój blog od ponad roku, dotarłam do początku a niektóre posty to i kilka razy...więc rozumiesz! Należę do grona italofilów ale takich tłamszących gen zmiany- niestety. Zachwycam się Twoimi opisami, zdjęciami i tym, że mimo opisu codzienności dla mnie jest taka niecodzienna. Właśnie wróciliśmy z rodzinką z 17 wyprawy do Włoch i doskonale rozumiem Twój zachwyt Marche. Ja także standardowo najpierw Lacio, Toskania ale teraz bezkonkurencyjnie MARCHE. Proszę o dalszy codzienny dodatek do porannej kawy, pozdrawiam. Basia S.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak miło:) Dziękuję i pozdrawiam:)

      Usuń
  2. Urocze zdjęcia, jak zwykle. Śliczne te wąskie uliczki, kamienne ścieżki między budynkami, okiennice. I tak pusto...
    To kwestia sezonu, pory dnia czy upału?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że to normalne o tej porze dnia latem w miejscu zupełnie nieturystycznym:)

      Usuń
  3. Ilekroć czytam o imprezach organizowanych przez mieszkańców, zastanawiam się dlaczego Polak tak nie potrafi. Każdy czeka, aż ktoś mu coś zorganizuje i takim sposobem nic nie ma. Co prawda moja uwaga nie dotyczy Twojego wpisu Kasiu, ale takie przemyślenia wywołało zdjęcie przeuroczych i wesołych balotów. Są tak pogodne, jak południowcy. Pozdrawiam Ewa z gór

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tu wychodzi się z założenia, że ludzie muszą mieć jakieś przyjemności kiedy wychodza z domu. To normalne. Oczywiście nie brakuje osób którym zwyczajnie się chce!

      Usuń
  4. Ale muszę powiedzieć, że ludziki z siana chyba przebijają tego ustawionego przed Marradi ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Zakochana po uszy w Grecji zmierzam powoli w inne strony. Będę co jakiś czas wpadać po informacje. Zdjęcia ciekawe, pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Zazdroszczę, od lat planuje taki objazd po Włoszech i mi nie wychodzi. Wasze zdjęcia są niesamowite. Zwłaszcza te słoneczniki, nawet ze spuszczonymi łebkami wyglądają obłędnie

    OdpowiedzUsuń
  7. Lubię pooglądać takie włoskie obrazki. Włochy były moim pierwszym zagranicznym krajem w życiu, potem byłam w nich parokrotnie, by mieć tam obecnie rodzinę (teściowa na Sycylii). Jest mnóstwo miejsc, do których nie dotarłam, ale cieszę się, że mogłam poznać klimat od mniej formalnej strony - takiej rodzinnej:) Asia L.

    OdpowiedzUsuń
  8. Wow, pierwsze slyszę o tej miejscowości i mam nadzieję, że uda mi się ją zobaczyć na żywo. Pięknie wygląda na zdjęciach.

    OdpowiedzUsuń
  9. Ależ to pięknie wygląda! Zdecydowanie dodam na listę miejsc do odwiedzenia. Niebawem znów wpadam do Włoch, tym razem na tydzień. W planach Werona, Padwa i Wenecja. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

Drukuj