środa, 31 sierpnia 2016

Tak blisko, a tak daleko


Goście znów zawitali do Domu z Kamienia… Wieczory się wydłużyły i rozweseliły. Oczywiście skrócił się tym samym sen, co w połączeniu z obowiązkami i pracą przynosi w ciągu dnia efekt zombie. Wczoraj moje zmęczenie sięgnęło szczytu, ale w południe udało mi się już z pracą uporać i po obiedzie (oczywiście truflowym) postanowiłam odpocząć i odzyskać stracone godziny snu. Byłam już myślami u progu sennych bram, kiedy usłyszałam dzwonek przy furtce. - Dzieci otworzą - pomyślałam - to pewnie tylko sprzedawca szczotek albo Sardyńczycy z serami.
- Jest mama? - usłyszałam nagle zza niedomkniętych okiennic. 
- Mamusiu jakaś pani z dziewczynką do ciebie. 
- Kto??
- Nie znam.
Po pierwsze takie sytuacje zdarzają się zawsze wtedy, kiedy mój strój pozostawia wiele do życzenia, kiedy akurat tego dnia jestem nieumalowana, a włosy mam w nieładzie niczym córka Tarzana. Trudno. Nie szata zdobi człowieka - pocieszam się.
Wychylam się przez tarasową barierkę i pytającym spojrzeniem witam nieznajomych gości.
Kobieta bardzo nieśmiało wchodzi po schodach, a kiedy jest już blisko w głowie zaczyna mi coś świtać. 
- Czy to ty jesteś S … ? 
- To ja.
Resztę spotkania zachowam dla siebie. Muszę tylko napisać, że było to chyba najbardziej wzruszające spotkanie. Spotkanie, które uświadomiło mi, że świat jest jeszcze mniejszy niż myślałam. Przechodzimy czasem obok siebie, być może nawet w tłumie wzrok się gdzieś spotyka, drepczemy tymi samymi ścieżkami, mamy tych samych znajomych, a okazuje się, że czasem potrzeba kilku lat, żeby się wreszcie spotkać. Jakież to życie zadziwiające. 
Siedzimy na tarasie pod zachmurzonym niebem. Już zapomniałam, że może mieć taki kolor. Jednak mimo ponurości, świat wydaje się w tym momencie taki pogodny. Mała dziewczynka, śliczna jak laleczka wciska onieśmielona główkę pod ramię mamy. 
- Sei bellissima!


Nie raz słyszałam - zostaw ten blog, odpocznij od tego pisania, nie trać czasu na głupoty, a poco to w ogóle opowiadasz, nie nudź, znów o dzieciach, co za styl żałosny, nieprawdziwe, przesłodzone … itd itp… Dużo słów, które powinny pozbawić mnie chęci do pisania, ale widocznie robię się odporna na to, co złe. 
Takie spotkania uświadamiają mi, że może ten mój blog jednak nie jest takim byle czym…
Zdarzyło się już wiele razy, że czytelnicy przystawali w Marradi. Niektórzy nie mieli odwagi zapukać i przekazywali pozdrowienia przez barmana, inni natomiast specjalnie nadkładali drogi, by tutaj zawitać. Być może czasem jest to zwykła ciekawość, innym razem chęć sprawdzenia czy to wszystko nie bajka. W każdym przypadku jest mi miło, bo te spotkania są niezwykłe. 
Nikt wcześniej jednak, nie okazał takiego wzruszenia jak wczoraj S. To wzruszenie i mnie się udzieliło i przede wszystkim onieśmieliło, bo przecież kim ja jestem? Ani gwiazdą, ani sławą, ot jakaś tam blogerka…  Czy ja zasłużyłam na takie emocje, przecież nic wielkiego nie robię?niewiara w siebie znów się odzywa. Jakie to życie jest przedziwne…
Filiżanka S stoi na tarasie do wieczora i przypomina mi o tym niezwykłym spotkaniu. Dzień był pochmurny, a tyle nagle pojawiło się w nim słońca.
POJAWIĆ SIĘ to znaczy APPARIRE (wym. apparire)

wtorek, 30 sierpnia 2016

Wyjątkowości dnia powszedniego


Las jest jednak magiczny, a już las toskański, mugellański to świat jak z bajki. Zwłaszcza rano, u schyłku lata, kiedy promienie świeżo obudzonego słońca przeciskają się przez bukowe liście, kiedy spod ziemi spragnionej wody wychylają się delikatne, liliowe cyklameny, a mistyczną ciszę mącą jedynie kroki i trzask suchych patyków … 


Oto gdzie byliśmy w poniedziałkowy ranek. Kolejny raz Pani Obama zabrała nas na spacer. Tym razem zaszczyt spotkał również chłopców i wydaje mi się, że ktoś tu chyba ma zadatki na prawdziwego truflarza. 


Przeszliśmy osiem i pół kilometra. Nie spacerem, nie "po równym" i nawet nie ścieżką czy górskim szlakiem. To był marsz na przełaj, prawdziwy, pieszy off road! To w górę stromo łapiąc się kurczowo traw, "lian", konarów czy też tego, co było pod ręką, to w dół na łeb, na szyję chwiejąc się, zsuwając ślizgiem na czterech literach. Nadążyć za Giancarlo i Obamą wcale nie jest łatwo. Na tym spacerze to właśnie pierwsza dama nadawała rytm i kroku musieliśmy jej dotrzymać. Patrzyłam na chłopców z nieukrywanym podziwem. 


Choć zbiór początkowo nie zapowiadał się dobrze, to jednak do domu wróciliśmy z pełnym workiem. Teraz będą znów tagliatelle i risotto i jajka i sama nie wiem co tam jeszcze wymyślę! Podniebienie na pewno oszaleje z zachwytu. 
W okolicach Marradi nie padało od ponad dwóch miesięcy. Ziemia jest popękana, pyli się jak popiół. Aż cud, że w takich warunkach kieszenie szybko się zapełniły. Oczywiście tu trzeba ukłonić się w stronę niezwykłego nosa Obamy, ten jest istnym fenomenem natury!

 

Ale w tym wszystkim to już nawet nie o trufle chodzi. Kiedy dreptałam wczoraj za naszym przyjacielem, uśmiechałam się pod nosem sama do siebie. Ktoś poświęca nam pół dnia. Biega z nami po górach. Wyciąga z plecaka schiacciatę i panini. Udziela lekcji o truflach i o życiu lasu w ogóle. A do tego zostawia nam cały kapelusz czarnych kulek i to wszystko z uśmiechem, z radością i szczerze. Czuję się obdarowana potrójnie. Udziela mi się pozytywna energia, optymizm Giancarlo. Ileż szczęścia mamy … Jak dobrze, że możemy żyć w takim miejscu, że moje dzieci dorastają w tak wspaniałym otoczeniu, wśród niesamowitych ludzi. Jak dobrze, że ich środowiskiem naturalnym jest też bajkowy las … 
- Pamiętajcie to nie zdarza się każdego dnia … A smak trufli od tej pory myślę, że będzie jeszcze bardziej wyjątkowy... 

Zwierzę zjedzone przez wilka
Znajdź truflę:)

WYJĄTKOWY, SZCZEGÓLNY to po włosku PARTICOLARE (wym. partikolare)

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Ranek - tytuł roboczy

Godzina 5.50. Dzwoni budzik. Po średnio udanym weekendzie jestem trochę jak trup i jeszcze nawet wczoraj do wieczora zastanawiałam się, czy nie przełożyć. Z drugiej strony … takich rzeczy się nie przekłada!
A zatem dzwoni ten mój samsung najsłodszą melodyjką świata - swoją drogą to jakaś zmowa! Dźwięk budzika powinien być jak kowalski młot, jak pianie koguta, a nie jakieś la la lalla la …. la la lalla lalla la… Mój telefon wybór pobudkowych dźwięków ma mocno ograniczony. 
Zmęczenie daje o sobie znać. Nie skaczę do góry jak żołnierz, tylko gramolę się spod prześcieradła jak ostatnia niedojda… Ha! Czy ja dam radę przejść tyle kilometrów po górach?
Godzina 6.10. Kawa pyrkocze. Temperatura na dworze 17 stopni. Powoli budzę się do życia i zaczynam cieszyć tym, co mnie czeka. Czas przegonić smutki, przecież dziś znów będę wybrańcem, bo takie rzeczy to nie każdemu i nie każdego dnia… Nie mogę nawet powiedzieć - radość z drobiazgów - bo jeśli to jest drobiazg, to co zapisać do rzeczy wielkich. 

Mówię Wam Buongiorno i uciekam budzić chłopców, dziś zaszczyt spotka też ich. Pewnie niektórzy już się domyślają, ale pozostałych potrzymam w niepewności. 
   
Zdjęć teraz nie ma, zdjęcia i opowieść o tym jak udał się ten poranek pojawią się po południu. Dobrego dnia!!
CDN…
Wybaczcie zdjęć jest sporo a w przygotowaniu kolacja dla gości więc cd nastąpi jutro:)

niedziela, 28 sierpnia 2016

Ślady na piasku


Nie wiedzieć czemu przytargałam za sobą nad morze jakiś bliżej niezdefiniowany smutek. Wlazł mi pod kapelusz i odkleić się nie chciał zupełnie jak piasek od nakremowanej skóry. Może to już ostatni nadmorski letni dzień? A może nie? Przecież takich dni może być jeszcze sporo, byle tylko czas był, choć z tym oczywiście gorzej …


Chodziłam wzdłuż plaży, tam gdzie piasek spotyka się z wodą. Trącałam stopami muszelki, podnosiłam co ciekawsze okazy, płukałam, oglądałam i znów upuszczałam na muszelkowy dywan. Tyle ich, a każda inna, choć niektóre pozornie identyczne. Zupełnie jak ludzie…
Szłam wolno przed siebie, a morze zacierało za mną ślady, jakby mnie tu wcale nie było. Szlak ludzkich stóp, w te i we wte, a zaraz potem słone "chlup" adriatyckich fal i znów jest gładko, jakby nikt tędy nie szedł...




Tak czy inaczej to wcale nie pożegnanie morza nastroiło mnie na smutną nutę, bo ten głupi melancholijny nastrój towarzyszył mi jeszcze dnia następnego kiedy siedziałam na kamieniach wsłuchana w szmery Lamone...
Może znów zaczynam się martwić czy podołam, czy mi sił wystarczy, czy dam dzieciom wszystko to, na co zasługują. Znów łamię sobie głowę i rozmyślam nad tym, co ja jeszcze mogę zrobić? Jak zrealizować to, o czym marzę? Jak przegnać raz na zawsze niektóre troski? Nikt przecież za mnie tego nie zrobi… Może świadomość odpowiedzialności za siebie i innych czasem napawa mnie lękiem. 
Zadziwiające … Góry dają mi siłę i poczucie, że wszystko mogę. Nad morzem, choć przecież je uwielbiam czuję się zawsze mała i bezbronna... 


Przed nami bardzo intensywny tydzień. Będą i przyjemności i obowiązki, będą trufle, będzie duże miasto, a sierpień 2016 przejdzie do historii… 
Tymczasem dobrej niedzieli!

NIEZIDENTYFIKOWANY to po włosku INDEFINITO (wym. indefinito)

sobota, 27 sierpnia 2016

Łąki z widokiem na morze


Kiedy otoczeni mrokiem szliśmy grzbietami Apeninów w ostatniej stralunacie, nie chciałam dać wiary słowom przyjaciela, który tłumaczył, że światła widoczne w oddali to Ravenna. 
- Niemożliwe - upierałam się, to będzie Faenza. Ravenna jest przecież prawie 80 km stąd!  
- Faenzy stąd nie zobaczysz. Zasłaniają ją góry. 
- Hm… - Na pewno myśliwi znają te góry i widoki lepiej niż ja, ale trudno mi było uwierzyć, że migające w ciemnościach światła to port stolicy Romanii.  


Kiedy w minionym tygodniu wracaliśmy z Faenzy i akurat wyjątkowo nigdzie nie musiałam się spieszyć postanowiliśmy dla odmiany nadłożyć odrobinę drogi i sprawdzić co się wydarzy, jeśli na znanym dobrze skrzyżowaniu pojedziemy w lewo, zamiast jak zwykle jechać prosto.
Tym sposobem zapuściliśmy się w kolejne bezdroża Romanii i znów znaleźliśmy zakątki sielskie i ciche. Miejsca jak z przesłodzonych tandetnych obrazków, które niespełnieni artyści sprzedają turystom. Pola zaorane, winnice oblepione dojrzałymi gronami, łąki słońcem wypalone i do tego jeszcze widok na morze!
Choć byliśmy zdecydowanie bliżej wschodniego wybrzeża, niż wtedy pod Monte Lavane, to jednak upewniłam się, że Renzo miał rację. Zatrzymaliśmy się na rozległej łące skąd nawet bez lornetki widać było Adriatyk, Ravennę, Forli, Castel Bolognese… Miałam wrażenie, że gdybym stanęła na palcach i jeszcze bardziej wyostrzyła szkła lornetki zobaczyłabym nawet Bolognę. 


Tak tam było pięknie… Trudno mi dobrać słowa, nie chcę popadać w egzaltację, czy ocierać się o banał, ale właśnie słowo pięknie pasowało tam jak ulał. Aż się chciało oddychać, ręce rozłożyć i latać albo … rzucać bryłami zbitej ziemi. 
Kiedyś buty… a jak nie buty, to cyprysowe szyszki, jak nie szyszki to ziemia. Zawsze znajdzie się coś co zainspiruje do zabawy, krótki przerywnik w zachwytach nad światem.  


Dzisiejsza festa "pożegnanie lata" i stralunata zostały odwołane. W Italii ogłoszono 27 sierpnia dniem żałoby narodowej. Tu wszyscy wciąż żyją ostatnią tragedią. Nie mówi się o niczym innym. Jeśli znajdziecie po południu chwilkę zerknijcie jeszcze raz do mojego posta "gruz", dopiszę kilka informacji, między innymi o pomocy. Jeśli ktoś z Was jest właśnie w Italii czy w jakimkolwiek zakątku świata i w prosty sposób, drobnym gestem będzie chciał pomóc poszkodowanym - podpowiem jak to zrobić. Tak wiele ludzi straciło wszystko… Trudno to sobie wyobrazić…

MIEĆ RACJĘ to po włosku AVERE RAGIONE  (wym. awere radżione)

piątek, 26 sierpnia 2016

Ostatki


Wszystkim jest żal, że lato się kończy, że ciepło odchodzi, choć to akurat u nas jeszcze nie, że dni już krótsze, że zieleń długo nie potrwa, że jesień ustawia się za progiem … Jednak w Marradi ta nostalgia za odchodzącym latem jest chyba jeszcze bardziej odczuwalna, silniejsza, bo marradyjskie lato jest jedyne w swoim rodzaju i kiedy od września wszystko wraca na niewakacyjne tory, serce się ściska. 
Minęły już prawie wszystkie letnie festy, została ostatnia - w najbliższą sobotę - "koniec marradyjskiego lata", sklepy znów zaraz przejdą z godzinami pracy na normalny tryb, na wystawach sklepów pojawiły się fartuszki szkolne, a wczoraj wieczorem odbyło się ostatnie w tym sezonie czwartkowe mercatino….   


Straganów było raptem kilka na krzyż i już nie o stragany tak szczerze mówiąc tu chodziło... Ludzie zasiedli tłumnie na placu, dzieci ganiały, zbierały się w grupki, wieszały na kratach barowych, by zerknąć na rezultat meczu, zajadały lody, beztroskie jeszcze w otoczce wakacyjnej aury...   


Dorośli natomiast popijali aperitivo i przyklaskiwali, kiedy Antonio śpiewał kolejny słynny szlagier. Stał się on absolutną gwiazdą tych wakacji. W każdy czwartek na placu była muzyka, towarzyszyła ona wszystkim festom, ale to jednak Antonio przyciągał największe tłumy. Potrafi zaśpiewać wszystko, o co publiczność poprosi, z uśmiechem z radością, bez chwili przerwy, nawet do rana, dopóki  będzie choć skromna grupka słuchających.  
Ozdobą jego ostatniego występu w ty sezonie był przesuwający się w tle chórek miejscowych indywiduów. Pewnych osób nigdy nie opisałam, pewnych tematów nigdy też nie dotknęłam, ale zrobię to kiedyś w książce, ślad po kimś takim jak Amedeo musi przecież pozostać. A zatem Antonio śpiewał tak jak zawsze pełen pasji, Amedeo zaglądał mu przez ramią i wiernie głosem towarzyszył. Widać było nawet z daleka, że poruszony tym jest do głębi. 
Nim poszliśmy do domu, przez "marradyjską scenę" przemaszerowały jeszcze inne "osobistości", a ja się znów nie mogłam nacieszyć, bo wszystko to co działo się wokół mnie było jak film. Gdybym była Ozpetkiem, wykorzystałabym takie widoki w moich filmach. Marradi i tutejsi ludzie, to prawdziwa inspiracja… Nic nie jest banalne, zwyczajne, nijakie. Wszystko tutaj ma intensywny smak...     


26 sierpnia 2013 roku zapisaliśmy chłopców do marradyjskiej szkoły. To był poniedziałek. Dzień targu. Pamiętam to wzruszenie i uściski, kiedy wszyscy pytali - kiedy wyjeżdżacie? A ja ze ściśniętym gardłem odpowiadałam - już nigdzie nie wyjeżdżam… Jedna z najpiękniejszych chwil.
Pamiętam doskonale tę datę bo to urodziny Pawia. Nie lubię publicznych, ale napiszę tylko - niech się spełni to co ma się spełnić.

SMAKOWITE, WYRAŹNE W SMAKU to po włosku SAPORITO (wym. saporito)

Drukuj