sobota, 2 lipca 2016

Poszukiwacze i garść poliguryjskich refleksji



Byliśmy już bardzo głodni i coraz niecierpliwiej rozglądaliśmy się za miejscem piknikowym. Tak jak wspominałam przejechaliśmy przez La Spezię i dalej kierowaliśmy się na południe w nadziei, że w jednej z maleńkich miejscowości w przylegających do Lerici, bo ono samo jak przypuszczałam mogło być zbyt duże, by cichym, dzikim zaułkiem nas miało uraczyć. 



- Och! Tam jest pięknie! - W dole zamajaczyła skalista plaża, która wydała mi się idealnym miejscem zarówno na piknik, jak i na obiecaną kąpiel chłopców.
Jak się jednak zaraz okazało, nie tylko nas widok z drogi zachęcił. Samochody stały zaparkowane na każdym możliwym skrawku ziemi. 
Pojechaliśmy więc dalej... Jechaliśmy i jechaliśmy, aż droga się skończyła…



Cofnęliśmy się zatem do wspomnianej plaży, już całkiem zrezygnowani i niedowierzający, iż tak malownicza droga, a przejechaliśmy naprawdę wiele kilometrów, nie ma nawet jednego przyzwoitego punktu panoramicznego, że o miejscu na zjedzenie kanapki z plecaka nie wspomnę.
Cudem znaleźliśmy miejsce, żeby zaparkować samochód, jednak absolutnie nie mieliśmy zamiaru tarabanić się w dół na plażę z całym cateringiem, którym wypchany był bagażnik. Niepocieszeni, z żalem zjedliśmy na szybko zrobione kanapki, co było profanacją starannie przygotowanego przeze mnie menu. 
Tak czy inaczej brzuchy się napełniły, więc i humory wróciły, złapaliśmy plecak "kąpielowy" i wśród koncertu cykadowego, wśród oleandrów i bugenwilli zsunęliśmy się na skalisty brzeg. Okazało się, że przejście na odcinek widoczny z drogi było niestety zbyt karkołomne, odsunęliśmy się więc tylko najdalej jak to było możliwe od przyklejonych do maleńkiej plaży letników i przycupnęliśmy na skałkach jak wodniki szuwarki, mocząc nogi w ciepłej i o dziwo czyściutkiej wodzie, grzebiąc na dnie palcami w poszukiwaniu kolorowych kamyków.






Słońce się przesunęło i zdecydowanie obniżyło, czym przedwieczór zaznaczył swą obecność. Wsiedliśmy do samochodu i powoli ruszyliśmy w kierunku domu. Zatrzymaliśmy się tylko na chwilę, by z zachwytem popatrzeć na Alpy Apuańskie, a po kilku kilometrach, znów wskoczyliśmy na autostradę. 




Moje wrażenia są różne - jeśli chodzi o urodę miejsca - absolutnie przepięknie!!! Czy warto? Po stokroć tak! Kwestia wyboru odpowiedniego momentu. Z mojej strony problem tkwi w tym, że się zmieniłam, życie w Marradi mnie zmieniło. Chyba stałam się trochę odludkiem i dzikusem. Takie miejsca są dla mnie dobrym pomysłem na jedno czy dwudniowy wypad i basta, już nie umiałabym spędzić w takich okolicznościach całych wakacji, w chaosie, w gonitwie o miejsce w restauracji, czy o wolny skrawek plaży. W Marradi, zbyt pokochałam spokój, bym na długo potrafiła z niego zrezygnować. Nie mam już odporności na chaos. A przecież kiedyś było inaczej…



Wcześniej niż się spodziewaliśmy przywitało nas Mugello, swojskie, sielskie, anielskie. Myśl o zaplanowanym pikniku wciąż gdzieś pod skórą siedziała nam zadrą, więc skręciliśmy na chybił trafił w pierwszą lepszą dróżkę, a już po kilkuset metrach rozciągnął się przed nami świat falowany belami słomy zdobiony, obsadzony cyprysami, mój świat …
Zaparkowaliśmy na czubku wzniesienia i wśród zachwytów nad "własnym domem" dojedliśmy resztki z czerwonego koszyka. Dzień był piękny za nami, wieczór czarujący przed nami… 



Dobrze mieć w zasięgu ręki te wszystkie sławne cuda, naturę, sztukę, Etrusków i Rzymian, morze lazurowe i Alpy i Dolomity, rzeki i jeziora, Florencję i Wenecję, pizzę, bistekkę, trufle i sangiovese, dobrze mieć pod nosem te wszystkie skarby, dla których inni pokonują tysiące kilometrów. Dobrze też mieć swój mugellański azyl, który koi, wycisza i życiem powolnym czaruje.  



Toczyliśmy się niespiesznie, by oczy nacieszyć czerwcowym widokiem i na zakończenie dnia, całkiem nieoczekiwanie, a pozostając w temacie nadmorskiej wyprawy - kropka do ostatniego zdania: 

Mewa


KROPKA to po włosku PUNTO (wym. punto)

2 komentarze:

  1. Pęknie... :-) Ja nigdy nie lubiłam tłumów, dużych miast (dlatego tak bardzo męczę się mieszkając tutaj :-( Miast typowo turystycznych, chociaż jak jestem gdzieś pierwszy raz to zaglądam tam (na chwilkę, moment i zaraz uciekam). Nie znoszę pośpiechu, tej gonitwy... potwornie mnie to zawsze męczyło oraz stresowało. Do dzisiaj nic w tym temacie się nie zmieniło. Dla mnie najlepsze miejsce do życia to... malutka miejscowość w Górach, z dala od dużych i hałaśliwych miast. To pola, łąki, zwierzęta...Czas tam płynie zupełnie inaczej, inaczej pachnie powietrze, śpiewają ptaki, pieją koguty, świerszcze grają... W takim miejscu zawsze chciałam żyć i umrzeć.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja tez nie lubie juz wielkich miast, a kiedys je kochalam. Tez zaszylam sie na poludniu poludnia, za oknem morze i Sycylia, teraz zaczely sie upaly, ktore tez kocham, wieczorem otwieram okno i zasypiam przy muzyce cykad. Ale sa momenty, ze jestem wsciekla na wszystko dookola i wkurza mnie wszystko, i wszystko przestaje cieszyc...

    OdpowiedzUsuń

Drukuj