piątek, 1 lipca 2016

Cinque Terre - wrażeń kilka


Kiedy schrupaliśmy ostatnie przekąski, bo oczywiście niektórzy zaczęli przebąkiwać o zakradającym się głodzie, ruszyliśmy w kierunku Cinque Terre. Znów z podziwem popatrzyliśmy z góry na La Spezię, jej port i zacumowane w nim okręty wojenne. 
- Mamusiu a tamten wielki to Grand Princess? - zapytał Mikołaj.
- Nie sądzę. Myślę, że mimo okazałych rozmiarów ten mógłby się mimo wszystko schować w jej cieniu.
- Szkoda - skwitował lapidarnie i znów wycelował obiektyw w stronę ogromnego statku. Mam zamiar opublikować artykuł ze zdjęciami Mikołaja, jakie przywiózł z tej wycieczki, ale to innym razem.


Tak naprawdę ten artykuł będzie bardziej praktyczny niż poetycki, a moje spojrzenie na tę jakże charakterystyczną część włoskiego półwyspu dość niepopularne. Ale od początku ...


Człowiek, którego zapytaliśmy o to, jak dojechać do Cinque Terre zasugerował cofnięcie się do autostrady. Nie daliśmy mu jednak wiary i postanowiliśmy do głosu znów dopuścić elektronicznego wariata. Kilka razy wyprowadził w nas pole, kilka też razy przemyślał i "w pole" okazywało się słuszną drogą, tak czy inaczej koniec końców, objawiła się przed nami wyczekiwana tablica: 


Swoją drogą nie wiedziałam, ze Wielki Mur Chiński i Cinque Terre tworzą gemellaggio, tak przynajmniej głosi tablica na wjeździe. Jechaliśmy wąską drogą coraz wyżej i wyżej, tak wysoko, że aż strach było wyciągać głowę i zerkać za barierki (tam gdzie były, a czesto ich zwyczajnie nie było).  
Widok był nieprawdopodobny… Morze gdzieś daleko, daleko w dole, góry soczyście zielone pokryte tarasowymi ogródkami i winnicami, tak stromymi, że nieprawdopodobnym zdawało się ich uprawianie.


Szczerze mówiąc byłam przekonana, że samochodem nigdzie nie dojedziemy. Jednako okazało się, że od głównej trasy, która wije się wzdłuż morza do każdego z pięciu miasteczek schodzą wąskie drogi. Samochód trzeba jednak zostawić na parkingu i ostatni odcinek zazwyczaj około jednego kilometra przejść na piechotę. 
Jak już nie raz podkreślałam, w naszym życiu trwa etap podróżowania wyjątkowo ekonomicznego, jedzenie w koszyku, żadnej rozpusty, jedynym szaleństwem są lody, kawa  lub  ewentualnie kieliszek prosecco w barze. Dlaczego o tym piszę? Otóż po tej wycieczce stwierdzam, że Cinque Terre to nie miejsce, kiedy trzeba zaciskać pasa. Nie mam tu na myśli cen w barach czy restauracjach, te na tyle, na ile udało mi się rzucić okiem są całkiem przyzwoite jak na tak turystyczne miejsce. Chodzi mi tu raczej o sam sposób podróżowania. Można rzecz jasna postawić na mocne nogi i jak zaprawieni trekkingowcy iść piechotą przepięknym szlakiem od miasteczka do miasteczka (niemniej i w tym przypadku trzeba wykupić kartę wstępu do parku, o ile się nie mylę), można przejechać przez pięć "ziem pociągiem", ale z racji tuneli trochę widoków po drodze się jednak traci, zatem najpiękniejszą formą zwiedzania tego rejonu jest moim zdaniem łódka. Ofert "rejsowych" jest sporo, jednak przy kilku osobach koszt robi się znaczny. Taka wyprawa z Portovenere to dla jednej osoby koszt ponad trzydziestu euro. 


Na przejechanie i zwiedzenie wszystkich miasteczek nie mieliśmy czasu, ale po wstępnych przeszpiegach oceniłam, że postawimy na Vernazzę, uznaną przez większość turystów za najpiękniejszą z wszystkich pięciu ziem. Zostawiliśmy samochód na parkingu i ruszyliśmy spacerem w dół, w stronę morza… 
W 2011 roku miasteczko zostało zalane błotem, wielka powódź dokonała kolosalnych zniszczeń. Niewinnie wyglądające teraz strumyki, opadające łagodnymi kaskadami, stały się potężnymi niszczycielami. Dziś już prawie nie widać śladów kataklizmu, a Vernazza tak jak kiedyś czaruje swą urodą turystów z całego świata. I mnie też z pewnością by oczarowała, gdyby nie … turyści z całego świata. Utwierdziłam się w przekonaniu, że takie miejsca zwiedza się o świcie. Nie dla mnie już spacery łokieć w łokieć, biodro w biodro, morze głów mówiące we wszystkich językach świata płynące wąskimi, kolorowymi uliczkami …  


Choćby nie wiem jak było pięknie, w tłumie tego piękna nie jestem w stanie w pełni docenić. Z pociągu wysypywały się nowe wycieczki, ludzie tu, ludzie tam, w barach, trattoriach, na skałkach, na murach, ścieżką też bez przerwy zmierzali wędrowcy, więc nawet nie wspinałam się, by Vernazzę sfotografować, tak jak zwykle jawi się na pocztówkach. Zostawiłam to wszystko na inny raz. Kiedyś na pewno do Cinque Terre wrócę, ale przede wszystkim w mniej sprzyjającym turystom miesiącu, najchętniej wczesnym rankiem, by zobaczyć jak budzi się tutaj dzień i z zasobniejszym portfelem, by od strony morza móc spokojnie podziwiać liguryjskie perły. Chciałabym zobaczyć te miejsca, kiedy opada kurtyna, kiedy Vernazza, Manarola już nie muszą puszyć się jak gwiazdy przed turystami, chciałabym zobaczyć jak wygląda tu normalne życie, bo w podróżowaniu ono jest dla mnie najpiękniejsze… Tak jak widziałam Portovenere, które pozostanie dla mnie najmilszym wspomnieniem z tej krótkiej podróży.  


Wróciliśmy do samochodu, a brzuchy już bezczelnie przypominały, że pora obiadu nadeszła i czas znaleźć odpowiednie miejsce. Najlepiej panoramiczne, z widokiem, a gdyby tak jeszcze stół był, to już w ogóle pełnia szczęścia... 
Przede wszystkim ostatnia z ważnych informacji. Mieliśmy zamiar kontynuować podróż wybrzeżem, ale okazało się, że od Vernazzy panoramiczna droga jest zamknięta z powodu jeszcze nie naprawionych szkód po zejściu "frany". 
Zawróciliśmy więc znów w stronę La Spezzi, szukając miejsca na obiadowy przystanek i nie mogłam się nadziwić, że wzdłuż tak widokowej drogi nie ma ani jednego punktu panoramicznego wyposażonego jak należy. W Toskanii, w Mugello, czy nawet w górzystej Romagnii to rzecz naturalna, stoły, ławy, ba! nawet piece, czego tutaj jednak mi niestety zabrakło. Minęliśmy więc znów wielki port, coraz bardziej zniecierpliwieni i lekko rozczarowani, bo już ślinka leciała na myśl o kotlecie z widokiem na Morze Liguryjskie.
Postanowiliśmy dalej trzymać się wody, jechaliśmy na południe stawiając sobie za cel Lerici i okolice, przekonani, że tam przecież jakiś kawałek ziemi przy drodze być musi, byśmy z tym naszym królewskim piknikowaniem mogli się wreszcie rozłożyć. Dzieci miały obiecany przystanek na kąpiel, więc wyobrażałam sobie kameralną plażę, wolną, bez ludzi, która czeka tylko na nas… 
Akurat! Ale o tym już jutro. Dobrego dnia! 

STATEK to po włosku NAVE (wym. nawe)

11 komentarzy:

  1. Kasiu, polecam Ci w takim razie zajrzeć na Boccadasse w Genui. Malutka plaża, daleko id portu, wąskie, pnące się w góry uliczki, koty wylegujące się na schodkach... Zachwyca o każdej porze roku, trochę Cinque Terre w miniaturce, ale dużo bardziej swojskie. Tam życie toczy się swoim rytmem, nie wedle turystów.

    Pozdrawiam serdecznie,
    Ola

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Olu jeśli jest coś, co przeraża mnie bardziej niż tłumy turystow, to właśnie … koty, taki mój bzik, o którym już kiedyś na blogu pisałam. Ale miasteczko wygogglałam - rzeczywiście urocze:) Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
  2. Koty wylegujace się na schodkach:). Ka, to kiedy jedziemy:)))?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj by pisku narobila
      Nicko

      Usuń
    2. Oczywiście w Portovenere też mam popisową akcję za sobą:)) Niestety z tych wąskich uliczek nie ma wyjść ewakuacyjnych i moje spotkanie z kotem było … hm:)

      Usuń
    3. hahaha złośliwcze! :) Pozdrawiam, Hanka

      Usuń
  3. :) Już się cieszę że te miejsce odwiedzę w sierpniu.Bardzo miło się czyta Pani Kasiu te historie z włoskiej ziemi,która gdyby nie moje za mocne już ukorzenienie w Polsce to byłaby prawdopodobnie moim i mojej rodziny, drugim miejscem życia na ziemi:)Czekam na dalszą część Cinque Terre:) Pozdrawiam ze słonecznej części polski-Zielonej Gory:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Pani Kasiu, proszę mnie nie straszyć, postanowiłam trochę rozszerzyć krąg moich zainteresowań :) i ruszyć gdzieś poza Toskanię, wybieram się do Cinque Terre, na dodatek w sierpniu, co już samo w sobie nie jest dobrym pomysłem. Mam nadzieję że to nie będzie stracony dzień.

    OdpowiedzUsuń
  5. Kasiu, a ja nie mogę uwierzyć, że jutro (spontanicznie) znowu wyjeżdżamy do Toscanii!!! Mieliśmy w tym roku nie jechać, ale co to będą za wakacje??? Rok temu się zakochałam i tak strasznie mnie ciągnie w tamte strony :) Zresztą, co będę pisać, sama rozumiesz najlepiej ;)
    No i właśnie dwa pierwsze dni spędzimy w 5T. Obawiam się tłumów, bo ja lubię bardziej kameralnie. Ale pewnie znajdę coś dla siebie. Najbardziej cieszy mnie to, że mamy już swoje miejsca, które odwiedzimy ponownie na 100%. Niesamowite emocje! Chyba dziś nie zasnę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cudownie!!! Wspaniałych wakacji Wam życzę!!!

      Usuń

Drukuj