poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Droga Słońca zamiast wina


- Na pewno dziś jest ta festa w Modiglianie?
- Na pewno ... To znaczy tak myślę... Może lepiej zatrzymajmy się przy ogłoszeniach, tam jest plakat.
...
- I co tam jest napisane? 
- Zgadza się 23 i 24 aprile. Ale ... Zaczyna się o 17.30! Która jest godzina?
- Zdaje się, że mamy do spożytkowania sensownie ponad dwie godziny, nie będziemy  przecież wracać.


Dojechaliśmy do Modigliany wczesnym popołudniem i rzeczywiście festa była przygotowywana, ale o tej porze zdecydowanie jeszcze w powijakach. Pamiętacie żywe obrazy i festę dell'800? Otóż okazało się, że święto sangiovese to obok wspomnianego druga najważniejsza impreza w miasteczku, o czym informuje nawet tablica na wjeździe. 
- Pamiętasz ten niby klasztor, co to go widać ponad miastem? Może spróbujemy tam powęszyć dla zabicia czasu? 


Tym sposobem pojechaliśmy w górę drogą, której nie znałam. Cienką asfaltową wstążeczką, wśród winnic i urokliwych posiadłości. Kiedy jednak dotarliśmy do zamierzonego punktu, postanowiliśmy pojechać dalej, by przekonać się dokąd droga prowadzi. 
Strada del Sole ... Czy może być piękniejsza nazwa? Pomyślałam, że droga, która się tak nazywa, musi być zjawiskowa. I rzeczywiście była ... 



Po kilku kilometrach asfalt się skończył i strada del sole zamieniła się w swojską polną drogę, wysadzaną cyprysami i ginestre! 
- Musimy tu wrócić kiedy zakwitną, to dopiero będzie spektakl! Może to właśnie im  strada zawdzięcza swoją nazwę...
Droga prowadziła wzdłuż grani, co dawało możliwość podziwiania szerokiej panoramy - dwóch dolin oraz Forli w oddali. 
Przy drodze znajdowało się kilka domostw - trzy albo cztery, w tym chyba niektóre niezamieszkałe. 
- A to co? Kościół??
- Ja tu już kiedyś byłem ... - Mario dostał nagle olśnienia, choć wcześniej i on przekonany był, że tą drogą nigdy nie jechał. - Byłem tu na bank! Teraz poznaję, to miejsce nazywa się ... nazywa się.... 
- Taaa...
- Ciaooo !
Przed domem pojawiło się dwóch mężczyzn. Pozdrowili się serdecznie z Mario, rozpoznając się wzajemnie.
- A nie mówiłem! Nazywa się Cesata!!! 
Przepiękna posiadłość szkoda, że w tak wielkim zaniedbaniu! Aż miałam ochotę wsadzić nos do środka i zobaczyć, co kryje się za murami.  
Panowie porozmawiali chwilę o cytrynach, pomidorach, pawiach i wytłumaczyli, że droga w końcu zaprowadzi nas do Lutirano.
- A tu jeszcze Romagna czy już Toskania? - wiedzieliśmy, że cała droga plątała się gdzieś na pograniczu.
- Ha! Dokładnie granica, ta posiadłość znajduje się częściowo w Toskanii, a częściowo w Romagnii! 


Porozmawialiśmy jeszcze chwilę, pozachwycaliśmy się, po czym zawróciliśmy i ruszyliśmy znów do Modigliany, przystając jednak na każdym zakręcie, bo widoki były zniewalające. Idealne miejsce na letni spacer, na piknik. Oprócz ginestre i cyprysów, małe powyginane wiatrem dąbki, dzikie róże, krzaki malin i jeżyn.


- Możemy biec przed samochodem? 
- Proszę, gnajcie przed siebie, byle ostrożnie!
Znów szaleństwo i wygłupy. Partyzanci, napady ecc... Dobrze, że jeszcze potrafią się bawić...



Dotarliśmy znów do Modigliany, która z tej perspektywy prezentuje się zdecydowanie najładniej i kiedy już obfotografowałam "rokkę" z każdej strony, zjechaliśmy powoli do miasta w poszukiwaniu straganów z winem. Poza brakiem miejsca do zaparkowania i balonowymi kiśćmi winogron, jeszcze się ducha festy nie wyczuwało. 

Największe glicine jakie w życiu widziałam! Budynek jest dwupiętrowy!
Skierowaliśmy się w stronę zabytkowego centrum. Tu zbijano dopiero stragany i ustawiano wino. Patrząc na postęp prac, można było przypuszczać, że festa zacznie się za kilka ładnych godzin.
Znów napatoczył się ktoś znajomy, zaangażowany nawet w całą organizację, więc zaczęliśmy wypytywać a co, a jak, a gdzie, a o której... 
Okazało się, że o 17.30 istotnie zaczynała się festa, ale na początek były to fachowe degustacje i konkurs dla winnic. Potem po 20.00 ruszała kolacja. A ta miała być niezwykła. W kasie kupowało się bilet i ruszało przez miasto przystając w czterech wyznaczonych punktach i jedząc napipierw przystawki, potem dania pierwsze, drugie, aż na słodkościach i kawie kończąc. Propozycja była kusząca, jednak wątpliwa pogoda, dzieci zmęczone hasaniem, głód, który groził, że do 20.00 nas wykończy, sprawiły, że pokręciliśmy się trochę po mieście i z żalem wróciliśmy do domu. 
Żal jednak szybko został zmyty z pokładu i kolacja, ku radości chłopców i tak była wyjątkowa, więc nie ma tego złego ...
Gdyby nie to, że niedziela od rana do nocy cała była w strugach deszczu, do Modigliany byśmy oczywiście wrócili, ale sangiovese mieszające się w kieliszku z deszczówką, to niekoniecznie to o czym marzyłam. 
Wrócimy w przyszłym roku!  


ZAMIAST to po włosku INVECE DI (wym. inwecze di)

5 komentarzy:

  1. Wow... ale odjazdowo. Trzy zdjęcia spośród tych wszystkich wyjątkowo zapierają dech w piersi. Cóż za kolory, ile przestrzeni, niezwykle. A glicine tak mi się spodobały, że planujemy także u nas ;) pozdrawiam M.

    OdpowiedzUsuń
  2. Kolejna cudowna podróż. Niebawem zabraknie miejsc na twoje wyprawy. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niemożliwe! Kasi? ;) Na zwiedzenie samej okolicy potrzeba pewnie jeszcze ze dwa lata :)

      Usuń
  3. Szkoda, że się nie udało z tą kolacją na festynie. Ale na pewno za rok się uda! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Te kolory są niesamowite! Patrzę na ten zielony i aż oczy bolą z wrażenia :). Wino i deszczówka to rzeczywiście niezbyt fortunne połączenie, ale... masz to w zasięgu ręki i w przyszłym roku się uda. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

Drukuj