niedziela, 6 marca 2016

Równina


Sobota była wiatrem podszyta, gwizdało we wszystkich szparach. Co i raz mocniejsze porywy odhaczały blokady okiennic i trzaskały nimi ile sił w wiatrowych płucach. Nie mieliśmy konkretnego planu, ale Mario przyszło do głowy, że jeśli dzień jest taki byle jaki, to może odwiedzimy jego starą znajomą, która wyjechała z Marradi i otworzyła bar w Lugo, w Romagnii. 
- Ale potem oczywiście gdzieś się pokręcimy? 
- Potem pojedziemy, gdzie nas oczy poniosą.
To był dobry plan. Plan bez planu, jak prawie zawsze. Przezornie spakowałam do torby szczegółową mapę Italii, by tym razem w tym całym gubieniu nie przeoczyć niczego ważnego. 
  


Przejechaliśmy przez kwitnące sady Romagnii - zdjęcia z samochodu, więc zamazane, ale to dowód, że nie jestem gołosłowna, dotarliśmy do Lugo, wypiliśmy kawę w barze Teresy, pozwoliliśmy Mario i jego przyjaciółce powspominać chwilę dawne czasy, a potem znów wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy przed siebie, przez bezlitośnie płaską Nizinę Padańską.


Oczywiście, żeby dodać pikanterii naszemu wojażowaniu, Mario zamocował elektroniczne pudełko i wtedy zaczęła się prawdziwa przygoda. Oczywiście nic nie jest tak niezawodne jak papierowa mapa, dlatego wyciągnęłam z przepastnej torby stary atlas samochodowy, z czasów, kiedy jeszcze GPSy były tylko na usługach lotnictwa.


Na chybił trafił wybraliśmy "Argenta", tak by nasz komputer pokładowy mógł złapać azymut. Oczywiście ten ledwie dopuszczony do głosu, zaraz zaczął wydawać komendy, jedna przecząca drugiej - skręć w lewo, skręć w prawo, nawróć na literę U, aż w końcu stracił głos i ... orientację w terenie. A chłopcy zaśmiewali się do łez. Jedynie wierna mapa leżała na kolanach i pokazywała drogę w spokojnym milczeniu.


Pustynia, cisza, tylko domy sporadycznie porzucone to tu, to tam. I choć te domy piękne i mogłyby stać się moim marzeniem, to jednak równina mnie w jakiś sposób przytłacza. Zrozumiałam po raz kolejny, że ja muszę w krajobrazie mieć odrobinę chaosu, musi coś falować, wznosić się i opadać, bym wewnątrz czuła spokój. 


Argenta niczym nas nie zachęciła, byśmy mieli ochotę w niej przystanąć, byśmy choć mieli zamiar wysiąść z samochodu. Objechaliśmy ją dookoła, pobłądziliśmy w uliczkach i stwierdziliśmy, że lepiej będzie pojechać w stronę Imoli, gdzie krajobraz zaczyna swojsko falować. 


Oczywiście mogliśmy jechać dalej, gdzie Po rozlewa się leniwie i wpada do Adriatyku, gdzie natura, ptactwo i woda, mogliśmy szukać przygód w stronę Ferrary, mogliśmy wypatrwywać kolejnych pieve, których tu nie brakuje, ale nizina jakoś nas tego dnia zmęczyła. 
Tu przy okazji pozdrawiam moje dwie Czytelniczki. Agnieszko - tak sobie myślałam, czy przypadkiem nie jestem w Twoich stronach, czy któryś z mijanych domów nie jest właśnie Twój. Wcześniej natomiast, będąc koło Bagnacavallo miałam ochotę wprosić się na kawę, ale tak z zaskoczenia w weekend... :) Gdybym wiedziała wcześniej, gdzie trafimy w sobotnie popołudnie, na pewno dała bym znać.
W końcu zmieniliśmy kierunek, jednak wciąż pozostaliśmy w Emilii - Romagnii. Zadziwiające, jak różnorodny to region. Okolice Ravenny i okolice Imoli, dwa różne światy, dwie różne bajki, za tym zakrętem wszystko się zmieniło, ale to pokażę Wam już jutro.   


DOBREJ NIEDZIELI!

 ZACHĘCAĆ to znaczy INVOGLIARE  (wym. inwoliare)

1 komentarz:

  1. Mnie też równina nudzi, zawsze powtarzam, że widać na kilometry co dzieje się daleko ode mnie i co robią tam ludzie. A góry? Góry to ciągła tajemnica, nie widzisz, co za wzniesieniem, nie widzisz co za zakrętem, za drzewami, wyłania się nagle coś nowego, zaskakującego. Niestety życie sprawiło, że opuściłam moje kochane góry, mieszkam na płaskiej równinie a do tego w mieście. Pozdrawiam. Hanka

    OdpowiedzUsuń

Drukuj