poniedziałek, 14 marca 2016

Luco di Mugello i drogi nieznane


Toskańskie miasteczka są do siebie podobne. Jedne bardziej znane, drugie mniej, jedne stały się sławne zasłużenie, inne przez przypadek, jeszcze inne pozostały ciche, ukryte, "przycupnęły" na uboczu, poza szlakiem. Są takie, które zwiedzamy, zachwycamy się nimi, ale w pamięci nie zapadają, są też i te, w których coś chwyta za serce. Nie musi być to koniecznie stara pieve, klimatyczna piazza, czy coś równie spektakularnego. Może to być starszy człowiek, który wskaże drogę, uśmiech barmanki, która poda kawę, przygięte latami drzewo oliwne w mało oczywistym miejscu... A czasem nie wiadomo tak naprawdę co, coś w powietrzu, w atmosferze, że nawet sami nie wiemy czemu akurat to miasteczko urzekło nas szczególnie. 

Nie wiem co chwyciło mnie za serce w Luco. Może była to zasłyszana dawniej historia o psie Fido, czy słońce przez chwilę przejaskrawione, które ocieplało mury kościoła, może to szyszki, które ciskali chłopcy, a może to dzień ogólnie był wyjątkowy, bo wszystko zdawało się wyjątkowo piękne...



Po obowiązkowym przystanku na lody w Borgo San Lorenzo, ruszyliśmy w kierunku Luco di Mugello. Tam miało być coś, co Mario kiedyś widział, miejsce, które mu w pamięć zapadło. Nie w samym Luco, ale ... gdzieś tam. Gdzieś tam - to pojęcie bardzo nieprecyzyjne, a "gdzieś tam" mariowe jest tak możliwe do odnalezienia, jak legendarne Eldorado. 
Krajobraz serca Mugello, jest zdecydowanie bardziej toskański, niż moje dzikie góry. Łagodne pagórki, cyprysy, winnice i kamienne domostwa - klasyka! Do zakochania!! 



Nazwa Luco pochodzi z łaciny - "lucus" - bosco sacro, czyli święty las. Liczne wzmianki o miasteczku pochodzą już ze średniowiecza, wtedy to miejsce znane było ze starego zamku rodu Guidich. 


Najważniejszym "zabytkiem" Luco jest były klasztor sióstr kamedułek - Chiesa di San Pietro. Sfotografowałam tyle ile mogłam, choć żałuję, że nie dostaliśmy się na piękny dziedziniec. Wnętrz również Wam dziś nie pokażę, z racji mszy, która w tym czasie była odprawiana. Tak czy inaczej, jeśli zdecydujecie się na wojażowanie po Mugello, wstąpcie do Luco. Maleńkie, swojskie i ma właśnie to coś, co sprawia, że robi się człowiekowi ciepło na sercu...



- Czy was to nie zachwyca? - zapytałam z lekkim oburzeniem chłopców, którzy nic sobie z istanienia tysiącletniej pieve nie robili. Biegali po murku i zakopiańską ciupagą, przy użyciu szyszek z toskańskich cyprysów grali w amerykański baseball.
- Zachwyca mamusiu! Zachwyca!
- Bardzo zachwyca!
- Widzę właśnie... Popatrzcie na tę studnię i na to drzewko oliwne.
Wiuu... Kolejna szyszka przelatuje mi nad głową. Strzelam bazyliszkowym spojrzeniem.
- Nie celowałem w ciebie. Dopiero się uczę. 
Tak ... moje dzieci są najnormalniejsze w świecie. Potrafią oczywiście zwiedzać przez pół dnia galerie i fotografować każdy obraz, ale bez przesady, żeby mieli chodzić za nawiedzoną matką, dotykać kamiennych murów i wzdychać z zachwytu przy każdym zabytku, detalu, widoku.
- Mamusiu, jak szalejemy i zaraz wymyślamy zabawę, to właśnie znaczy, że nam się podoba, coś nas tu zainspirowało. Martw się, kiedy nie wysiadamy nawet z samochodu - tłumaczył potem Tomek. 


Pod koniec XIX wieku klasztor został przekształcony w szpital. 
Pełna powaga. Im syndrom Stendhala na pewno nie grozi. 


- Gdzie teraz? - zapytałam, kiedy znów byliśmy w samochodzie.
- Dalej, przed siebie, póki droga się nie skończy, nawet jeśli nie jest to ta droga, o której myślałem. Szczerze mówiąc nie mam pojęcia gdzie nas zaprowadzi ...

Uwielbiam drogi nieznane, uwielbiam wojażowanie bez planu, uwielbiam te moje Włochy, Toskanię, Mugello. Mijamy Grezzano i kolejną starą pieve. Oglądam się za siebie na niżinę, na kamiene campanile, na Luco. Jedziemy przed siebie, w górę, póki droga się nie skończy ...


PORTARE to znaczy ZAPROWADZIĆ (wym. portare)

1 komentarz:

Drukuj