czwartek, 10 marca 2016

Kościół, zamek, mgły i bestie.



- Tam była tabliczka. Chiesa jakaś tam.... a na górze widać było kawałek campanile - rzucam obojętnie, w nadziei, że Mario podchwyci temat. 
- Zawrócić?
- Jak uważasz - odpowiadam asekuracyjnie, gdyby cel okazał się niewypałem, choć w Toskanii raczej byłoby o to trudno.
- Gdzie teraz jedziemy? - pyta Tomek.
- Do... do ... do Spugnoli! Oto tabliczka Chiesa di San Nicola. 


- Spugnole - mamrocze Mario po cichu. 
- Kiedy zjemy lody? - wyrywa się z letargu Mikołaj.
- Jak już zobaczę ten kościół i jeśli oczywiście w między czasie się nie zgubimy - dodaję prowokacyjnie, żeby podnieść wszystkim adrenalinę.



- Teraz już nie widać campanile. Jesteś pewna, że coś widziałaś? Może ci się zdawało?
- Nic mi się nie zdawało. Było ją widać z drogi!
Po kilkudziesięciu metrach asfalt, cement, czy to coś, czym droga była wyłożona, kończy się. Samochód skacze po wertepach, a Mario zerka na mnie z powątpiewaniem. 
- Jak się tutaj zgubimy to dopiero będzie cyrk! Gdzie ten kościół? 
Jedziemy i jedziemy, czasem lepiej, czasem gorzej ubitą drogą, ale po kościele ani śladu. Rozglądam się ciut nerwowo. Oddaliliśmy się już znacznie od głównej drogi, zabudowań prawie żadnych, tylko jakieś winnice, chaszcze, choć i tak niewiele udaje się zobaczyć, bo mgła jest gęsta jak zasłona dymna. Zatrzymujemy się na rozdrożu. 



- Jest tabliczka! Ooo widzisz, tu napisali "Chiesa di Santa Maria", a wcześniej było san Nicolo'. W każdym razie jesteśmy chyba na dobrej drodze. 
- Patrzcie tam! 
Nagle, zupełnie jak w filmie, mgły się na chwilę rozstępują i z chmur, z nicości wyłania się imponujący zamek. Zjawisko jest tak niezwykłe, że odbiera nam mowę. Zapominam nawet o tym, by zrobić zdjęcie...
- Sprawdźmy gdzie ten kociół, a wracając podjedziemy do tego zamku.


Po kilkuset metrach, już niemal zwątpieni, docieramy do Spugnoli. Tabliczka wskazuje drogę do kościoła, którego wciąż nie widać. Jest też druga tablica ... otrzegawcza. 
- Ja tu nie wysiadam! - deklaruje Tomek zdecydowanym głosem. 
- Daj spokój, ktoś miał tylko odrobinę poczucia humoru. 
- Ja tam nie wiem! Ale jak grasują tu belve feroci, to ja zostaję w samochodzie! 
- Twój wybór. Ja natomiast muszę zobaczyć, co jest dalej.
Nagle podjeżdża samochód. Skąd on tutaj?
- Przepraszam, czy tam jest kościół? 
- Mam nadzieję, że tak - odpowiada mężczyzna z uśmiechem i rusza dalej.
Scenka wydaje mi się nieco abstrakcyjna, trochę jak czeski film.
Po kilkudziesięciu metrach "wspinaczki" docieramy na plac u stóp kościoła, wypełniony... innymi samochodami.
- Co to? Czyżby jakieś wesele? 
- Może spróbujemy się wprosić? 
- W Polsce mówiło się kiedyś "w pitasy". To mogłoby być ciekawe doświadczenie!


Obchodzimy kościół z każdej strony, ale wszystkie drzwi są zamknięte. Przed wejściem do przybudówki stoi grupa ludzi i patrzą na nas nie mniej zdziwionym wzrokiem od naszego. Dookoła unosi się zapach smakowitego obiadu. Pewnie rzeczywiście to jakaś prywatna festa...
Robię tylko kilka zdjęć kamiennych murów, campanile, panoramy, która cudem na chwilę wyłania się z mgieł i schodzimy do samochodu, w nadziei, że belve feroci nie dopadły Tomka.


Znalazłam potem kilka informacji o samym kościele. Chiesa di Santa Maria a Spugnole liczy sobie blisko tysiąć lat. Phi! Wielkie mi coś! 
Kościół jest jednym z najstarszych miejsc kultu Madonny w rejonie Mugello i był częścią zamku należącego do rodu Ubaldini. Campanile widoczne z oddali, górujące ponad doliną było punktem orientacyjnym dla wędrowców i pielgrzymów. Początkowo kościoły były dwa - stąd dwie nazwy  Santa Maria i san Nicolo', połączone zostały w XIV wieku. Dziś świątynia otwierana jest dla wszystkich 15 sierpnia, wtedy też organizowana jest tu lokalna festa arbuza - "cocomerata". W pozostałe dni odbywają się czasem ceremonie religijne o charakterze prywatnym.  


Docieramy znów do samochodu. Tomek na szczęście jest cały i zdrów. 
Kiedy odjeżdżamy, pod górę sunie sznur samochodów. Na takiej drodze, w takim miejscu, w mglistej scenerii wygląda to naprawdę abstrakcyjnie, widocznie była to jedna z tych prywatnych ceremonii. 


Dojeżdżamy znów do rozgałęzienia, z którego wcześniej widać było zamek. Teraz jednak mgły są jeszcze bardziej skondensowane i widoczność spada z minuty na minutę. 
- To było chyba w tamtym kierunku, prawda? 
Skręcamy więc kierując się nosem, ale po kilkuset metrach dopadają nas wątpliwości, bo w takich warunkach  zabawa w gubienie, może zamienić się w coś całkiem "na serio". Zawracamy.


Tak czy inaczej do zamku wrócimy na pewno! Jak doczytałam w drodze powrotnej - to co na chwilę wyłoniło się z mgieł to Castello del Trebbio, który koniecznie muszę zobaczyć z bliska. 


W Borgo San Lorenzo zatrzymujemy się na obiecane słodkości, a potem znów przedzierając się przez chmury, mgły i deszcze ruszamy już do domu.
- Na Passo della Colla będzie śnieg. 
- Hura, hura! - to oczywiście nie były moje okrzyki radości - zatrzymamy się tam? 
- Ani myślę!


BELVA to znaczy BESTIA (wym. belwa)

5 komentarzy:

  1. Może te bestie pilnują ukrytych informacji?
    https://www.geocaching.com/geocache/GC4AN7G_santa-maria-a-spugnole
    ;)
    C-ó

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie tak bardzo ukryte te informacje:) Niemal wszystkim się z Wami tu podzieliłam:)

      Usuń
  2. ja tez lubie szwendanie, ale w taki dzień wolałabym chyba pobawić się decoupage, czy szydełko, czy gry planszowe ;)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Problem w tym, że nie wyrabiam się z obowiązkami, więc gdybyśmy zostali w domu, nie byłoby czytania, gier czy haftowania, tylko ścierka, odkurzacz albo wymyślanie prac domowych na lekcje włoskiego:) Lepiej więc było się ewakuować, żeby poniedziałkowa frustracja mniej mniej doskwierała:)

      Usuń
  3. no chyba że tak, ja na porządki nie poświęcam zbyt wiele czasu, ogarniam, owszem, bardziej przy okazji niż celowo, więc popieram, popieram ;)))

    OdpowiedzUsuń

Drukuj