wtorek, 16 lutego 2016

W poszukiwaniu pewnej fortecy. Część trzecia - Castello Cusercoli i o tym jak naszej fortecy nie znaleźliśmy.


Przejechaliśmy część Romagnii w poszukiwaniu naszej fortecy, ale niestety nie udało nam się jej odnaleźć. Pewnie trafilibyśmy na nią gdybyśmy pojechali "w dół", tak jak proponował Mario, ale za moją radą wybraliśmy drugi kierunek. Nie znaczy to jednak, że wycieczka się nie udała...
To jest właśnie urok Italii - gdziekolwiek nie pojedziesz, tam się zachwycisz i nawet jeśli o pewnych miejscach przewodniki milczą, tym większe prawdopodobieństwo, że właśnie tam coś nas zaskoczy. Jechaliśmy przez doliny i pagórki najdzikszej części Romagnii, piejąc w nieustającym zachwycie. Naszej fortecy tym razem nie udało się odnaleźć, ale za to znaleźliśmy kilka miejsc zupełnie nam nieznanych, równie wspaniałych i zachwycających. Miejsc nieturystycznych, miejsc, o których historii można poczytać tylko w języku Dantego. Znów wypełniło mnie szczęście, że mogę to wszstko zobaczyć, przeżyć, że mogę tę moją Italię poznawać po centymetrze, powoli, celebrując każdą chwilę.


Po kilkunastu kilometrach za Meldolą.
- Może to jest to! - wykrzyknęłam entuzjastycznie, kiedy przed nami wyłoniło się kolejne miasteczko z zamkiem i kościołem na szczycie. 
Zatrzymaliśmy natychmiast samochód i ruszyliśmy kamiennymi uliczkami w górę. Niestety i tym razem wszystko było zamknięte, a znaki informowały o pracach trwających wewnątrz. Obeszliśmy więc tylko mury zewnętrzne, oglądając z uwagą każdy kamień, każdy dom, każdy szczegół.
- Gdzie my w ogóle jesteśmy? Zwrócił ktoś uwagę na tabliczkę?



Cusercoli ...
Zamek i przyklejony do niego kościół świętego Bonifacego zbudowane są na potężnej skale wapiennej, która zamknęła część doliny i zmieniła pierwotny bieg rzeki Bidente. Dawno, dawno temu ludzie dopatrywali się w tym dzieła Herculesa - "Clusum Erculis"-  czyli po włosku chiusa di Ercole, a dzisiejsze CUSERCOLI.
Ślady pierwszej osady w tym miejscu sięgają czasów rzymskich, jednak konkretne wzmianki na papierze pojawiają się w XII wieku, kiedy to miejsce znalazło się we władaniu arcybiskupów Ravenny.
W następnych latach zamek przechodził z rąk do rąk i ostatecznie znalazł się i do XIX wieku pozostał w posiadaniu rodziny Guidich.


Pokręciliśmy się trochę wąskimi uliczkami, pożartowaliśmy i znów potwierdziliśmy na głos, że to nie jest to czego szukaliśmy. Tak czy inaczej zadowoleni byliśmy z naszych nowych odkryć, bo przecież w podróży to, co dzieje się przypadkiem jest zawsze najwspanialsze.  

Grunt to chwytliwa nazwa!

Wskoczyliśmy do samochodu i ruszyliśmy dalej, kierując się już w stronę domu. I gdyby nie to, że dzień chylił się ku końcowi, zatrzymalibyśmy się jeszcze co najmniej dwa razy. 
- Tam był kamienny most!
- Jaki ładny plac! 
... itd...


Jednak woleliśmy nie przeprawiać się po nocy wąskimi drogami przez góry, dlatego pozostaliśmy obojętni na urok kolejnych mijanych miasteczek, wypatrując jedynie znajomych drogowskazów, które mogłyby zaprowadzić nas do domu. 
Kiedy przejechaliśmy pięć skrzyżowań i rondo z jedną tylko dochodzącą drogą, zatrzymaliśmy się w połowie stromej drogi, poddając w wątpliwość jej wybór. Ku radości dzieci Mario skapitulował i wyjął z bagażnika szalony GPS, ten sam który towarzyszył nam w podróży do Gubbio. Oto zaczynała się prawdziwa przygoda!



- Nawróć na literę U.
Nawróciliśmy na literę U. 
Po chwili:
- Nawróć na literę U...
I tak znów znaleźliśmy się w punkcie wyjścia, w trójkącie bermudzkim z którego nawet GPS nie umiał nas wyprowadzić. Cofnęliśmy się do centrum miasteczka, mając nadzieję, że tam łatwiej mu będzie złapać azymut. I owszem - po kilku kilometrach byliśmy na już odpowiedniej drodze, choć przyznać trzeba, że wybryków szalona skrzynka po drodze nam nie szczędziła, sugerując kilka razy wątpliwe skróty, zjazdy w przepaść, w dziką otchłań.
Było już po 18.00 a dzień za nic nie chciał ustąpić dnia nocy, trzymał się kurczowo błękitem nieba zdesperowany, że jego czas na ten moment się kończy.



Na koniec zapraszam Was do lektury zbiorowego wpisu blogerów, do którego sama wtrąciłam trzy słowa. Miłej lektury i dobrego dnia.
http://www.oopssidedown.com/2016/02/ktory-kraj-zachwycil-mnie-najbardziej.html

ERCOLE to znaczy HERKULES (wym. erkole)

8 komentarzy:

  1. Piękne są drogi nieznane :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hasło "poszukiwanie fortecy" kojarzy mi się z moją historią z dzieciństwa, kiedy to z rodzicami poszliśmy na wycieczkę na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej i chcieliśmy zobaczyć ruiny pewnego zamku. Po dotarciu do wioski, w której miał się znajdować, wpadliśmy w konsternację, bo nigdzie nie było go widać. Na to wszystko pojawił się jakiś pijaczek i zapytał, co nas tu sprowadza. Gdy mu wytłumaczyliśmy, zaczął się śmiać, po czym wskazał kępę drzew i jakieś kamienie, i stwierdził, że to właśnie tam są ruiny zamku.

    OdpowiedzUsuń
  3. Może nie do końca to czego się spodziewaliście, ale w gruncie rzeczy ważne że byliście zadowoleni. A co do samej miejscowości to wygląda ciekawie ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. kolejny raz sprawiasz, że chciałbym być pomiędzy tymi budynkami. Tak jak napisałaś, że nawet nie odnajdując drogi do celu można zobaczyć coś innego. Za każdym rogiem czai się też przygoda :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Jaka chwytliwa - to strzal w dziesiatke !

    OdpowiedzUsuń
  6. Czasami fajnie tak zabłądzić. Właśnie wtedy można odkryć coś fajnego. Gorzej jak zabłądzimy i znajdziemy się w nieprzyjemnym miejscu...

    OdpowiedzUsuń
  7. A to GPS dowcipniś. Miał pomóc, a sam się zgubił :) Miejsce z fajnym klimatem. Nie to co aktualnie widzę za oknem (jakiś "śniegodeszcz" mamy we Wrocławiu)...

    OdpowiedzUsuń

Drukuj