niedziela, 14 lutego 2016

Poszukiwania pewnej fortecy. Cześć pierwsza - wiosna i Duce.


Zdecydowanym plusem niedawnej operacji Mario jest to, że przez jakiś czas do pracy nie wróci i to, że ma kategoryczny zakaz nadwyrężania ręki. Dla kogoś takiego jak Mario, to wielkie poświęcenie, bo z natury jest człowiekiem, który zawsze musi coś robić. W obecnej sytuacji jednak prace przy nowym domostwie muszą chwilę poczekać, a ja zacieram ręce w egoistycznej radości, bo Mario mimo wszystko czymś musi się zająć, a zatem kiedy i ja i dzieci mamy wolne ... hej przygodo!


I teraz podstawowe pytanie, które zawsze pada w takiej sytuacji - GDZIE?? Nie żeby brakowało miejsc! W końcu jesteśmy w Italii! Ale z uwagi na dystans, przewidywania pogodowe dyskwalifikujące tego dnia Toskanię i limity czasowe, musielismy ograniczyć się do Romagnii, która do małych regionów nie należy i możliwości daje wiele, zbyt wiele. Jak już nie raz pisałam - kocham Romagnę, zwłaszcza jej górzystą część i dziś znów będę Was namawiać na porzucenie utartych ścieżek w wypromowanych regionach, opisanych już setki razy w przewodnikach! Wy też spróbujcie zakochać się w Romagnii! To wcale nie jest trudne!
   
Tak naprawdę na wycieczkę mieliśmy jechać w niedzielę, ale ponieważ sobotnie prognozy smutno - deszczowe wcale się nie sprawdziły, postanowiliśmy nie marnować wolnego popołudnia. Złapałam tylko aparat, tym razem naładowany na "jedną kreskę" - cud, że w ogóle bateria była w środku i wałówkę - ostatnie półczerwstwe panettone, bo przecież głód przychodzi już na rogatkach Marradi. 
- No to gdzie? 
- No w dół.
- Faenza? Forli? 
Tu dialog właściwie sobie daruję, bo znów przypominał nieco teatr absurdu i w skrócie napiszę, że po 20 kilometrach zapadła decyzja, by odnaleźć fortecę, którą widzieliśmy kiedyś, po drodze, jadąc odwiedzić znajomych ... i ... no właśnie. Gdzie to było? W którą stronę? Pojęcie mieliśmy takie... mniej więcej ... to znaczy zdecydowanie mniej niż więcej. 



- Kiedy się zgubimy? - 
- Jesteśmy na dobrej drodze. Na pewno to było od Forli na zachód. 
- Meldola? Galeata? 
- Najpierw jednak zatrzymajmy się na kawę i lody. Lepiej nie gubić się na pusto!
Zatrzymaliśmy się w pierwszej miło wyglądającej pasticcerii. Wypiliśmy macchiato, a dzieci zamiast lodów zjadły rogale z kremem i truskawkami. Dodatkowo wzięliśmy na wynos kilka bigne', na wypadek gdybyśmy z tym "gubieniem się" przeszli od gadania do czynów. 


Zwróciliście uwagę, że kobiece "Jestem gotowa za pięć minut" jest takie samo jak mężczyzny "Wracam do domu za pięć minut".

Po kawie ruszyliśmy dalej na oślep, bez mapy, bez bladego pojęcia, gdzie ubzduranej fortecy szukać. Pocieszające było to, że zamiast warowni znaleźliśmy ... WIOSNĘ! Wiosnę prawdziwą, nie śladową, co to trzeba jej z lupą szukać. Wiosnę zieloną, nakrapianą zakwitniętymi na biało i różowo drzewami!


- Czy już się zgubiliśmy? - dopytywał zniecierpliwiony Tomek, podczas gdy ja zachwycałam się krajobrazem jak z tandetnych kalendarzowych widoczków. W polskim kalendarzu to z powodzeniem mógłby być kwiecień, a tu mamy dopiero połowę lutego...
- Stan zagubienia określam na 75 % - odpowiedział rzeczowo Mario. 
I rzeczywiście, droga zwęziła się do minimum, domostwa były coraz rzadsze i teraz kierowaliśmy się już tylko intuicją wypatrując jakiejkolwiek tablicy z zamkiem.



I oto jest znak! Skręć tu i tu, kilometrów tyle i tyle, czyżby to zatem ona, czy Rocca delle Caminate była tym czego szukaliśmy? Pełni nadziei jechaliśmy dalej, ubawieni po uszy naszym prowokowaniem losu i podróżniczym "przygotowaniem". 
- Mikołaj nie baw się latarką! Może nam być dziś potrzebna!



Dotarliśmy w końcu do fortecy, która jednak okazała się nie tym, czego szukaliśmy. Rocca delle Caminate, zamknięta była na głucho, otoczona solidnym murem, a za sprawą niegościnnych tablic "zakaz wstępu" zdawała się nieprzystępna i zimna. Doczytałam, że lat liczyła sobie około tysiąc i historię miała bujną, jednak szczególnie zasłynęła w czasach współczesnych. Otóż w latach wojennych była letnią rezydencją samego Duce. 


Pokręciliśmy się chwilę i ruszyliśmy dalej. Wypatrywaliśmy na horyzoncie innych warowni, żartując dalej z samych siebie, zaśmiewaliśmy się do łez, a Mario znów szacował: 
- Nasz stan zgubienia oceniam tym razem na 99 %!


A potem, nagle za kolejnym zakrętem ukazała się ona. Rocca. 


Ale czy była tą, której szukaliśmy i co było dalej opowiem już jutro. 
Miłej niedzieli Wam życzę, a sama mam nadzieję, że deszcz odpuści i znów pojedziemy się gdzieś zgubić.

SPRECARE to znaczy MARNOWAĆ (wym. sprekare)

3 komentarze:

  1. Przyjemnie się czyta.

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam, a co sie wlasciwie stalo z reka Mario? Pozdrawiam M

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyżby cieśń nadgarstka :)

      Usuń

Drukuj