czwartek, 14 stycznia 2016

Wolniej...


Dzień jak co dzień. Okręcam szalik wokół szyi, zatrzaskuję furtkę i idę do Marradi. Po kilku krokach zauważam na drodze sąsiada, tego samego, który chciał mnie wysłać na 100 km del Passatore.
- Za dużo zjadłaś w święta! 
- Eeee? - Nie jestem pewna, czy z daleka dobrze go usłyszałam, ale już mi się włos na głowie jeży. Rozpacz! Przytyłam i widzi to nawet sąsiad z daleka. Niedobrze. A do tego mam na sobie modelujące legginsy. Bardzo niedobrze! 
Kiedy jestem kilka kroków od mężczyzny, ten znowu swoje:
- Za dużo zjadłaś w święta - teatralnie kręci głową, by wyrazić naganę.
- To znaczy? - zadaję bezpieczne pytanie, by nie zdradzić się od razu ze swoimi fiksacjami. 
- Wolniej idziesz. Już nie biegniesz tak jak wcześniej. 
- Wolniej idę ... Naprawdę wolniej idę?
- Wolniej, wolniej, staraj się bo cię wszyscy w wyścigu przegonią! - dodaje żartobliwie,  po czym macha mi ręką na pożegnanie i znika w drzwiach małego domku.
Wolniej idę... Może rzeczywiście ciut zwolniłam. Świąteczny odpoczynek dobrze mi zrobił. Udało mi się w końcu wyhamować. Nawet coraz częściej znajduję czas na lekturę, a to dobry znak.  Jeśli nawet obcy ludzie zauważają spokojniejszy krok - tym lepiej.    


Na placu spotykam moją nową znajomą z mężem. Ellen jest holenderską hrabianką. Przynajmniej tak mi się przedstawiła przy naszym pierwszym spotkaniu. Zgubiłam się już przy drugim imieniu z całej serii przez nią wymienionych. Ellen, contessa - tylko tyle zapamiętałam. Może rzeczywiście jest szlachetnie urodzona, ma w sobie tyle klasy, że nie jedna księżna by pozazdrościła, jednocześnie, kiedy patrzy na człowieka w oczach migają psotne iskierki. Mało się znamy, ale już ją uwielbiam. Mamy te same pasje - pisanie i fotografia. 
Wita mnie wylewnie, jakbyśmy były starymi przyjaciółkami i aż mi się ciepło robi na duszy od tej jej serdeczności. Rozmawiamy na środku ulicy o tym i o tamtym.
- Spędziliście tu Capodanno? - pytam retorycznie, bo na fb widziałam zdjęcia.
- Ale my teraz już tylko tu! - odpowiadają mi z radością - na stałe w naszym "stone house".
Widać nie tylko ja...
 Chyba w Marradi rzeczywiście coś być musi ...
Opowiadam chwilę co u mnie, o zdjęciach, o artykułach, o dzieciach, o lekcjach...
- Uczysz włoskiego? - patrzą na siebie porozumiewawczo - ooo widzisz, bo ja z gramatyką to jestem całkiem na bakier.
- Zapraszam na kawę, odwiedźcie mnie koniecznie! - dodaje na koniec.
Jakie to życie kolorowe, kiedy na drodze stają niezwykli ludzie... Odwracam się jeszcze i macham moim rozmówcom. Wspaniale żyją, bez pośpiechu, ciągle uśmiechnięci, w swoim kamiennym domu... Wolniej...

CONTESSA to znaczy HRABINA (wym. kontessa)

4 komentarze:

  1. Piękna opowieść o niezwyczajnej codzienności Kasiu.Przeczytałam dwa razy a chyba jeszcze raz zajrzę w środku dnia...

    Dobrego poranka życzy Lucyna S. z Wodzisławia śl.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiesz, wszędzie można spotkać niezwykłych ludzi, tylko trzeba właśnie trochę zwolnić :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwielbiam to Twoje pisanie. Twoje słowa tworzą pewną projekcję przed oczami. Wydaje się, że kreują Twoją rzeczywistość w każdym miejscu. Czuje się jakby samemu uczestniczyło się w Twoich wydarzeniach. Po prostu - niesamowite, magiczne. Pozdrawiam, M.

    OdpowiedzUsuń
  4. W tych moich ciężkich dniach, dobrze mi robi gdy zajrzę do "Ciebie" . I czytając Twoje ostatnie zdania,to podejrzewam, że wcale nie chciałabyś żyć wolniej, bo kiedy zrobiłabyś to wszystko co robisz? Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Drukuj