niedziela, 31 stycznia 2016

Układanie się ze sobą i wielkie oczekiwanie w słodkiej atmosferze karnawału.


Ostatni dzień stycznia ... 
Staram się uciekać ze wzrokiem, kiedy po wieczornych wiadomościach tablica pogodowa na ekranie telewizora grozi śniegiem. Wolę czytać optymistyczne komentarze i zachwycać się fejsbukowym zdjęciem kwitnącego nieśmiało drzewa brzoskwiniowego, w ogrodzie znajomych w Lutirano. Giorni della merla były w tym roku nieprzyzwoicie ciepłe, a mówią, że jeśli tak się dzieje, to wiosna przyjdzie późno! 
Lepiej żeby to nie była prawda!


Zaczyna się ostatni tydzień karnawału. Już w najbliższą sobotę, a potem też w niedzielę w marradyjskim teatrze pląsy i zabawa w kolorowych przebraniach! Jeśli chcielibyście o włoskich tradycjach dowiedzieć się czegoś więcej, zajrzyjcie tu wieczorem. Dodam link do artykułu, który napisałam dla Wakacji w Toskanii, a tymczasem zostawiam same zdjęcia na zaostrzenie apetytu! Typowe tutejsze słodkości karnawałowe w mojej ulubionej piekarni.  
 

A ja znów otrzepuję pył z kolan, staję na nogi, zbieram się w sobie i staram z uśmiechem iść dalej. Nie, żeby coś się zmieniło, problemy nie zniknęły, przemęczenie jest już niemal stanem permanentnym, ale to wszystko może być znośne, jeśli obok jest ciepło, troska, dobre słowo. Ktoś coś napisał, inny coś powiedział, przy kolacji nie musiałam kiwnąć nawet palcem, tylko jak królowa mogłam cieszyć się genialną pizzą z radicchio i pancettą. Dziś natomiast jeśli nie nadejdą śnieżyce  albo inne kataklizmy mamy ambitny plan na odkrycie kolejnego kamiennego kościoła ... To powinien być dobry dzień.
I Wam też dobrej niedzieli życzę!

Ps. I jeszcze coś... Kamienny Dom przygotowuje się na przyjęcie wyczekiwanych gości. Już w następną niedzielę do Biforco znów zawita... Mama! Tym razem nie sama tylko wraz ze świtą, a my oczywiście jak się domyślacie - nie możemy się doczekać!
 NIE MOŻEMY SIĘ DOCZEKAĆ to po włosku NON VEDIAMO L'ORA! (wym. non wediamo lora)

sobota, 30 stycznia 2016

"Rupiecie ze średniowiecza", rowery i żonkile.


Droga z Marradi do Biforco.
- Co to było? Pszczółka?
- Jeśli to pszczółka, to dobry znak, tylko się cieszyć!
Sto metrów dalej.
- Popatrz!!
- Co takiego?
- Żonkile!
- Mogę zerwać dla ciebie choć jeden?
- Nie, zostaw. Wolę je podziwiać w całych kępach, kiedy idę do miasteczka, niech mi umilają widok wzdłuż drogi. W zeszłym roku nie zakwitł tu nawet jeden, a w tym prawie wszystkie zaraz się otworzą.
Jakby to było wspaniale, gdybyśmy te znaki mogli uznać, za początek wiosny...
Niestety prognozy pogody po wieczornych wiadomościach były bardzo mało optymistyczne i mój przedwczesny, wiosenny entuzjazm zdecydowanie przygasł. Dalej muszę trzymać pandę w gotowości i odsunąć na potem myśli o przepakowaniu garderoby.


- Tomek nie może znaleźć roweru.
- Rowery są na dole, w cantinie.
- Nie ma.
- Ale co to znaczy - "nie ma"?   
- Tam głębiej boimy się wchodzić.
- Weź latarkę sprawdzimy razem.
Jedno pomieszczenie po drugim, to bardziej zagracone, tamto mniej, materace, krzesła, stary kufer, ale rowerów nie ma.
- A za tymi drzwiami?
- Ja się boję je otworzyć.
- Hmmm... szczerze mówiąc ja trochę też ...
Jednak i za zamkniętymi drzwiami nie było nic poza starymi klamotami, workami i rozsypującymi się krzesłami z powojennego salonu fryzjerskiego.
- Rzeczywiście nigdzie nie ma... Czyżby ukradli? Już tak bywało, więc wszystko możliwe.
Ostatni zatęchły korytarz.
- Mikołaj, a tam? Zajrzyj, poświeć latarką.
- Tu mamusiu rowerów też nie ma. Są tylko jakieś rzeczy... ze średniowiecza ...
- To ja chyba muszę tu jutro pobuszować!


W końcu, kiedy już prawie umarła ostatnia nadzieja i niemal uwierzyliśmy, że rowery zostały skradzione, Mikołaj przypomniał sobie o jeszcze jednych drzwiach do kolejnej izby, które zostały zakryte przez wysokie rupiecie.
Bingo!
Rowery stały nietknięte.
Dla Mikołaja sezon rowerowy zanika tylko przy wysokim śniegu, Tomek jednak na dwa miesiące zrobił sobie pauzę. Jednak piątkowe popołudnie z kilkunastostopniowym ciepłem, okazało się kuszącym zaproszeniem do tego, by znów trochę popedałować. Porzucił Tomek swój harpun, zabawę nad rzeką i razem z bratem pojechali w stronę Campigno.


Mam nadzieję, że śnieg nas mimo wszystko ominie i zimno nie będzie doskwierające. Z pszczółkami, żonkilami, z dniem trwającym prawie do szóstej wieczorem, z dwunastoma stopniami w nocy i z dziećmi szalejącymi na rowerach czy nad rzeką wiosna zdaje się na wyciągnięcie ręki.     

ROWER to znaczy BICICLETTA (wym. bicikletta)

piątek, 29 stycznia 2016

Słowa jak słodkie castagnole ...


Dziękuję. 
To słowo powinno być całym dzisiejszym wpisem. Po upublicznieniu moich wczorajszych  smutków na blogu, zaczęłam odbierać od Was słowa otuchy, szczere i ciepłe, a przecież większości z Was nawet nie znam. Jak to możliwe, że ktoś, może całkiem obcy, przejmuje się moimi problemami? - cały wieczór zadawałam sobie to pytanie. Dziękuję za wyjątkowego maila z Warszawy, który wzruszył mnie do łez. Również do stolicy ślę inne wielkie podziękowania. Dla kogo i za co - kto ma wiedzieć, ten wie, niektóre gesty sprawiają, że zwyczajnie brakuje mi słów. Dziękuję za skypową wiadomość, która sprawiła, że zasypiałam uśmiechając się do życia, dziękuję za marradyjski telefon i za karnawałowe castagnole w papierowej torebce, które znalazłam na stole miedzy jedną lekcją a drugą, one również tak jak Wasze słowa i gesty, osłodziły kiepski dzień. 


Tak jak Wy piszecie mi często - dobrze, że jest ten blog! - tak dzisiaj ja sama się pod tym podpiszę. Jak dobrze, że jesteście, gdzieś tam, nie wiem dokładnie gdzie, ale już sama świadomość wystarczy, by znów dźwignąć się, stanąć prosto i nie dać się żadnym przeciwnościom. Znów postaram się być silna! Silna pogodnie, by nie stracić przy tym uśmiechu. 
Dobrego weekendu Wam życzę! Na dobry początek odrobina słodyczy - częstujcie się - oto castagnole!


ALZARSI to znaczy PODNIEŚĆ się (wym. alcarsi)

czwartek, 28 stycznia 2016

Wspinaczka


Dni kosa, dni pamięci, dni styczniowe, dni, kiedy znów mam bardziej pod górę. Kolejny raz dochodzę do muru i ni go przeskoczyć, ni ominąć, ni podkop zrobić... "Jesteś taka silna" mówi mi Antonella, kiedy kupuję chleb - "bardzo mi imponujesz". Uśmiecham się w podziękowaniu za słowa otuchy, ale sama tak naprawdę nie wiem czy jest tu co podziwiać. Silna? Może i jestem silna, ale przecież nie mam innego wyjścia? Tak być musi i tyle, jak nie ja, to kto? Problem tylko w tym, że czasem to bycie silną kosztuje mnie zbyt wiele energii. 
Jeśli to prawda, co mówią - że w im większy dołek wpadniesz, tym na wyższą górę musisz wejść, to ja w takim razie jestem chyba w drodze na sam szczyt Mount Everest. Dam radę, dam radę, pewnie, że dam - powtarzam sobie każdego ranka i wtedy, kiedy kładę się spać. Wciąż też się łudzę, że kiedyś w końcu będzie choć odrobinę lżej. I tym razem wytrzymam, przetrzymam, zacisnę zęby, zbiorę się w sobie, coś wymyślę. Ale tak po cichu przyznam się, że chciałabym, aby ta karkołomna wspinaczka, choć od czasu do czasu zamieniała się w łagodne spacery, jak te po mugellańskich szlakach.





Chyba muszę się jeszcze bardziej zmęczyć, tak by nawet na myślenie o kłopotach nie mieć siły. A może tak już ogródek przekopać? Pogoda tylko temu sprzyja. Nawet kosy nie muszą szukać ciepłych kominów... 

WSPINAĆ się to po włosku ARRAMPICARSI (wym. arrampikarsi)

środa, 27 stycznia 2016

Z punktu widzenia dzieci i wiosenni szpiedzy


- Szlag by to trafił.. - złorzeczę przez zaciśnięte zęby.
- Co się stało mamusiu? - Tomek zarzuca mi czule ręce na szyję.
- Internet nie działa, musiałam przerwać lekcję.
- Oj..., ale nie denerwuj się! Wiesz co ci powiem? - spogląda na mnie śmiejącymi się oczami - Jesteś najlepszą mamą na świecie. 
- A tam! Mówisz tak, żeby poprawić mi teraz humor.
Mina mu poważnieje. 
- No dobrze, naprawdę tak myślisz? Przecież bywam okropna!
- Nie, nie! My mamy najlepszą mamę na świecie. 
- Kochany jesteś, ale powiedz - tylko szczerze - dlaczego tak uważasz? 
- Bo na nas nie krzyczysz...
- No wiesz, teraz to przesadziłeś. Drę się jak stare prześcieradło.
-  Czasem jesteś przecież zmęczona, a czasem zwyczajnie masz rację.
- No dobrze, a poza tym? 
- Bo nie pozwalasz nam siedzieć długo przed komputerem i "plejstejszyn".
- Za to powinieneś chyba być zły?
- Żartujesz? Przynajmniej ktoś dba o to, żebyśmy się za bardzo nie ogłupiali.
- No dobrze. Idźmy dalej. Na bycie najlepszą mamą na świecie to jednak wciąż za mało.
- Przypominasz nam o tym żebyśmy czytali dużo książek, bo wiesz... my czasem zapominamy. Gotujesz nam pyszne rzeczy. Nauczyłaś nas dużo chodzić. Nikt nie spaceruje tyle co my. Zobacz jak nam jest razem dobrze! Przytulasz i dbasz o nas ... I jeszcze nam pozwalasz spać z pluszakami!
Oto rekomendacja dzieci. Wiele jako matka mam sobie do zarzucenia i nie przytaczam tego dialogu, by samą siebie gloryfikować. Napisałam to raczej jako ciekawostkę, by pokazać co z punktu widzenia dzieci znaczy być dobrym rodzicem. Co według nich jest ważne.




A co do samych spacerów ... Spacerujemy w każdej wolnej chwili, o każdej porze roku, a zwłaszcza teraz, kiedy wiosna czai się gdzieś w zakamarkach, wystawia spod ziemi peryskopy kwiatów san Giuseppe, wysyła na przeszpiegi prymulki, a pąki magnolii trzyma w gotowości. Chciałoby się wierzyć, że już zimy nie będzie, ale wszystko się jeszcze może zdarzyć, jeszcze zima może zamieść ogonem. 
Wczoraj w Faenzy na słońcu termometr pokazał 22 stopnie, w Marradi o 22.00 wieczorem 12 stopni. Jak dla mnie mogłoby tak już zostać do końca zimy! 



SZPIEG to po włosku SPIA (wym. spija)

wtorek, 26 stycznia 2016

Artysta niedoceniony


Przede mną, wolnym krokiem, lekko kulejąc idzie starsza pani. Nogę w kostce ma spuchniętą, a przez czarne pończochy prześwituje bandaż. Wyprzedzam ją zeskakując z chodnika na ulicę i dalej maszeruję dziarskim krokiem w kierunku domu. 
- Może cię podwieźć? - słyszę nagle za plecami.
Starsza pani uśmiecha się serdecznie i niemal ze współczuciem ogarnia spojrzeniem moje torby z zakupami . 
- Idziesz do Biforco, prawda? - mówi sadowiąc się w małej toyocie. - Podwiozę cię, bo chyba ci ciężko.
- Tak idę do Biforco - uśmiecham się na tę małą troskę o mnie ze strony zupełnie nieznanej mi kobiety. - Bardzo dziękuję, ale pogoda jest ładna, nawet jeśli zakupy ciężkie, chętnie zrobię jeszcze te kilka kroków. Dobrego dnia!
- Dobrego dnia tobie również - starsza pani posyła mi jeszcze jeden uśmiech i zaraz odjeżdża.

Czym ona się znów tak ekscytuje - pomyślą pewnie niektórzy, co w tym wielkiego, że ktoś chciał kogoś podwieźć? Odpowiedź jest prosta - to chyba ta potrzeba zwykłego ludzkiego ciepła sprawia, że wciąż ściska mnie w gardle przy każdym nawet najmniejszym wyrazie sympatii czy troski.


Stawiam torby na tarasie i otwieram drzwi. Po drugiej stronie Lamone widzę sąsiada z jego wiernym psem, tego samego, z którym kiedyś stałam nad brzegiem rzeki i podziwiałam dywany fiołków. Obchodzi swój prawie martwy o tej porze roku ogródek, z jedną zaledwie, samotną kępą czarnej kapusty. Godzinę temu był w warsztacie pochylony jak zawsze w szarej chmurze pyłu, z dłutem nad swoimi kamieniami. Teraz pewnie wrócił do domu na obiad i podczas gdy żona przygotowuje jedzenie, on spaceruje planując już wiosenne prace. Tak myślę...
I kiedy tak stoję wpatrzona w ten swojski obrazek, sąsiad podnosi głowę i pozdrawia mnie szarmanckim ukłonem uchylając przy tym kapelusza, zawsze wita mnie w ten sposób... Nie można się nie uśmiechnąć ...
Drobne chwilki, całkiem maleńkie... Ale przecież nie wszystkie muszą być imponujące i spektakularne jak wielkie dzieła sztuki. Te zwyczajne, codzienne są jak delikatne szkice albo jak rozmyte miękko akwarele sprzedawane na piazza słynnych miast. Trudno czasem oderwać od nich wzrok. Artysta wciąż jest mało doceniany -artystą jest samo życie.
A dla Was na dobry początek dnia dwa spojrzenia na moją ukochaną, czarującą szemraniem rzekę - Lamone.

IMMAGINE - to znaczy OBRAZEK (wym. immadżine)

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Dziecięce, toskańskie światy


W sobotę wczesnym popołudniem moje powsinogi pojechały na imprezę urodzinową z noclegiem. Kiedy widziałam ich podekscytowanie, sama miałam ochotę znów na jedną noc stać się dwunastoletnią dziewczynką, której tylko psoty w głowie. Powiecie pewnie - cóż w tym szczególnego, przecież prawie wszystkie dzieci i to o wiele częściej niż moje, bawią się na piżamowych imprezach. I zgodzę się oczywiście, ale gdybyście na własne oczy mogli zobaczyć miejsce akcji, maleńkie miasteczko nad rzeką Lamone i ludzi, wielopokoleniową, radosną rodzinę, która przyjmuje ich w swoje progi, zrozumielibyście czym się tak ekscytuję. Ja sama każdego dnia, przeżywam za sprawą miejsc i ludzi wyjątkowe chwile, ale po tym weekendzie uświadomiłam sobie. kolejny raz z reszta, że jeszcze większymi szczęściarzami są moje dzieci...



 Po takich chwilach, dniach i nocach to i dzieciom z Bullerbyn nie mają czego zazdrościć, a i Kroniki Narnii, wydają się całkiem zwyczajne. Crespino znają jak własną kieszeń, każde tajemne przejście, każde zakole rzeki...
- Zdejmij mamusiu czapkę, bo ten pies nie lubi jak się ma coś na głowie. 
- Bzdura!
Mikołaj mierzy mnie wzrokiem jakby chciał powiedzieć - chyba ja wiem lepiej. Zsuwam więc posłusznie pandę na plecy i idę za nimi, bo sama nie znam drogi do domu dziadka Filippo.
Odprowadzam chłopców do drzwi kamiennego domostwa. Wita nas sam jubilat i zaraz wszyscy znikają w głębi korytarza. W środku gwar i ciepło rodzinne wypełniają pomieszczenie aż po sufit. Zostawiam piżamy, dziękuję jeszcze raz za zaproszenie w imieniu chłopców i wychodzę. - Ależ miły czas przed nimi - myślę sobie - już widzę ich buszujących na strychu starego domu nonny, uciekających przed stworami i walczących z wyimaginowanym wrogiem. Prędko dziś nie zasną, będą szeptać i chichotać nawet wtedy, kiedy zgasną już światła w całym domu.



 Pojechałam  po chłopców następnego dnia. Przez nieporozumienie zjawiłam się za wcześnie, bo przecież jeszcze obiad! - Mamusiu trzy razy brałem pastę i mięsa dwie fette zjadłem - opowiadał potem Mikołaj. - A wczoraj wieczorem jedliśmy pizzę! - relacjonował Tomek. 
O tym, że chłopcy jedzą obiad i żeby dać im jeszcze godzinę dowiedziałam się już w Crespino. Ale nic straconego. Słońce, 12 stopni na plusie i delikatny, ledwo wyczuwalny zapach wiosny w powietrzu zapraszały na spacer. Sfotografowałam więc Crespino z góry, zachwycając się kolejny raz światem dzieciństwa moich dzieci. Tu są wolni, tu nikt na smyczy i w zamknięciu ich nie trzyma. Tu mogą odkrywać, zdobywać, przeżywać każdego dnia nowe przygody. Myślę, że to małe miasteczko nad rzeką Lamone, kiedy już dorosną, będą wspominać z łezką w oku...
Cieszę się też, że Tomek - typ dość szczególny - znalazł w tym toskańskim zakątku pokrewną duszę. Wiem również, że i pokrewna dusza cieszy się z faktu, że właśnie kogoś takiego jak Tomek, los rzucił do Marradi.

Zabezpieczenia na stromych zboczach otaczających miasteczko.
 


A na koniec jeszcze się pochwalę - kiedy odbierałam chłopców, nonna nachwalić się nie mogła jakie to ja mam wspaniałe dzieci. Jaki to przykład dla innych. Znów spuchłam z dumy i oderwałam się od ziemi. Wszyscy po tym weekendzie wrzucamy karteczki do słoika z kolekcją dobrych chwil... 





NONNA to oczywiście znaczy BABCIA (wym. nonna)  a FETTA to PLASTER (wym. fetta).

niedziela, 24 stycznia 2016

Dom toskański



- A ty czytałaś jej książkę? - pyta Tomek.
- Czytałam pierwszą, właśnie Pod słońcem Toskanii. Następnej już nie.
- Dlaczego?
- Bo miałam wrażenie, że to co zaczęło dziać się w naszym życiu odkąd przyjechaliśmy do Toskanii, było znacznie ciekawsze niż film. Już nie ekscytowały mnie czyjeś historie, to co dane było mnie samej przeżywać, było o wiele bardziej ekscytujące ...
- Ale chciałabyś taki dom?
- Pewnie, że tak i wierzę w to, że wcześniej czy później będę miała... Powiem wam jednak, że tak jak teraz, krok po kroku, pomalutku jest lepiej, niż gdybym raz dwa z marszu zamieszkała w Toskanii, kupiła dom i wiodła bezproblemowe życie. Nie jestem pewna, czy wtedy miałoby ono tak intensywne kolory, nie wiem czy potrafiłabym je w pełni docenić i znaleźć radość w najdrobniejszych szczegółach. Chyba tylko to, co nie przychodzi w życiu łatwo, co nie jest podane na tacy, na co musimy zapracować ciężką pracą, do czego potrzeba cierpliwości i uporu, tylko to co wymaga wielu wyrzeczeń umiemy potem tak naprawdę docenić.

 - A tak przy okazji - czy wy lubicie nasz dom? Nie przeszkadzają Wam niewygody? To, że zimno, że musicie teraz chodzić w dwóch parach skarpet? Że wszystko tu jest stare? 
- Nie, nie! Bardzo go lubimy! Tu jest nam dobrze. Kup go!
- Dobre sobie! Jeśli tylko o chęci chodzi, to jak dla mnie nawet jutro!

Jak to jest z tym domem? Stary, wybudowany biednie, w wietrzne dni, fruwają firanki, bo wiatr wchodzi jak do siebie przez nieszczelne okna, zimą trzeba ubierać się na cebulę i spać w puchatej piżamie, nie można podłączać na raz piekarnika i żelazka, bo instalacja jest stara, tu i tam odpada tynk, itd, itp, defektów pewnie jest jeszcze więcej. Ale za to jest przestrzeń! Przestrzeń, z której teraz trudno byłoby zrezygnować, jest ciepło nawet wtedy kiedy zimno, jest kominek zimą trzaskający ogniem i kuchnia pachnąca ragu', spiżarnia pękająca w szwach od domowych, toskańskich przetworów, biblioteka pełna książek, wieczory wypełnione śmiechem, a poranki czułością. I jeśli kiedyś się spełni marzenie o kamiennym domostwie, to ze łzami w oczach będę żegnać biforkową przystań. Myślę, że to właśnie o tym domu dzieci w przyszłości będą mówić - dom naszego dzieciństwa...
Myślę też, że moje prywatne "Pod słońcem Toskanii" będzie jak brazylijska telenowela, nigdy się nie skończy, a w międzyczasie wydarzy się wiele, nawet to, co dziś wydawać się może całkiem nieprawdopodobne. 
Będę dalej pisać, dzień po dniu, póki nie zblakną kolory...
Dobrej niedzieli.

sobota, 23 stycznia 2016

Dla każdego coś


Na ekranie Benvenuti al Sud...
- Chciałbym tak mówić jak on - odzywa się Mikołaj, kiedy jeden z bohaterów znanej włoskiej komedii wyrzuca z siebie potok słów w południowym dialekcie, prawie zupełnie dla nas niezrozumiałym. 
- Ciebie Mikołajku to na południe trochę ciągnie, prawda? Gdzie chciałbyś mieszkać w przyszłości?
- Na południu - odpowiada rozmarzonym głosem - w Puglii. 
- I dla mnie zaraz po Mugello najpiękniejszym miejscem jest Puglia. I jeszcze Marche uwielbiam! W każdym razie zawsze południe. 
Rozmowa o regionach ma swój ciąg dalszy przy kolacji. 
- Tomek, gdzie chciałbyś kiedyś zamieszkać? Na Sud czy Nord? Czy centro? - pyta młodszy brat.
- W centro. A czy Sardegnę zaliczasz do centro czy już do Sud? Bo jeśli nie Toscana to właśnie Sardegna, a jeśli nie tam, to zdecydowanie Nord, ale taki śnieżny i nie bardzo zaludniony. 
- Czyli Alpy? Aosta?
- No tak. Ja lubię odludne miejsca. 
- Jesteś samotnik trochę tak jak ja.
- Mario, a ty gdzie chciałbyś mieszkać? 
- Tu gdzie mieszkam. Toscana zdecydowanie.
- Ale jeśli nie centro, to bardziej podoba ci się Sud czy Nord
- To jednak południe, przede wszystkim ze względu na klimat. 
- To tak jak ja - Nord też ze względu na klimat - kwituje Tomek. 
- I tu się różnimy - wtrącam się po tych słowach - bo i ja będę zawsze za południem przede wszystkim z racji klimatu.  
Włochy można pokochać całym sercem chociażby za tę różnorodność. Dla każdego coś! I przy okazji odpowiem tutaj na jeden z wczorajszych komentarzy... 
Oczy mam szeroko otwarte, bardzo szeroko, jestem też w pełni świadoma świata jaki mnie otacza. Nie przyjechałam do Italii w poszukiwaniu Ziemi Obiecanej w klasycznym rozumieniu tego słowa. Wybrałam to miejsce z czystej miłości, może zaślepionej i irracjonalnej, ale szczerej i bezwarunkowej. Wiedziałam na co się decyduję, a konfrontacja z rzeczywistością, z włoską codziennością jeszcze nie sprawiła mi brzydkich niespodzianek. Wiem, że w kontekście ekonomicznym łatwiej byłoby w innej części Europy, ale przecież nie o to tu chodzi. Niedługo miną trzy lata, a ja wciąż będę się upierać, że wolę to moje skromne życie, czasem bardzo skromne, jeśli rozpatrzymy je w kwestiach materialnych, na toskańskiej prowincji, niż komfortowe i wygodne w innej części świata. Kolejny raz, na pewno nie ostatni, napiszę - mimo wszystkich problemów i codziennych trudności - tutaj właśnie czuję, że żyję. To kwestia wartości i osobistych priorytetów. 
Może też fakt, że trafiłam właśnie do Marradi ... Miasteczka innego niż wszystkie. Może to też sprawiło, że jest jak jest i wcale nie zamierzam tego zmieniać, Marradi ... na to nie ma lekarstwa i nie ja jedna się pod tym podpiszę.


RÓŻNORODNOŚĆ to po włosku DIVERSITA' - (wym. diversita')

piątek, 22 stycznia 2016

Świat za szybą

 

 Uwielbiam włoskie pociągi. Są czyste, zimą ciepłe, latem klimatyzowane, mają wygodne fotele i nie mam tu na myśli tylko superszybkich strzał, ale też te zwykłe, regionalne. Polubiłam pociągi właśnie tu, w Toskanii, wcześniej były ostatnią podróżniczą opcją jaką wybierałam. 
Przyznam, że teraz taka podróż, choćby najmniejsza, choćby zwykła wyprawa do miasta w przyziemnych sprawach jest dla mnie prawdziwą uciechą. Poza samym komfortem oczywiście jest jeszcze coś, przez co włoskich pociągów po prostu nie można nie lubić - to krajobraz umykający za oknem...




Łagodnie zarysowane pagórki, które nawet w taki chłodny, styczniowy dzień są już nieśmiało zielone, rzędy wyprostowanych cyprysów, jak wojsko podczas defilady, kamienne domy, gaje oliwne, winnice uśpione... Mimowolnie uśmiecham się sama do siebie i do tego świata za oknem. Wyciągam z torby notes i długopis, bo ja - jak to ja - zaraz ten świat chciałabym opisać, odmalować. Jednak tym razem kartka do ostatniej stacji zostaje niezapisana, bez jednego nawet słowa, bo choć to wszystko tak znajome, to wciąż mnie jeszcze otumania, czuję się jak na permanentnym rauszu. Myśli zawirowały, a ja siedziałam jak zaczarowana, jak Dyzio Marzyciel, jak dziecko z nosem do szyby przyklejonym, w nieuleczalnym zachwycie.


Kiedyś wsiądę w pociąg i pojadę przed siebie. Przejadę Italię wszerz i wzdłuż, z góry na dół, objadę wschodnie i zachodnie wybrzeże, dotrę aż do Doliny Aosty i do Kalabrii i choć tyle świata jeszcze do zobaczenia, to ja wciąż najchętniej odkrywałabym mój półwysep, kawałek po kawałku krok po kroku, centymetr po centymetrze... do jeszcze większego zakochania...



 UN GIORNO to znaczy PEWNEGO DNIA (wym. un dżiorno)

Drukuj