piątek, 4 grudnia 2015

Życie na prowincji


13.00. Na drodze do Marradi pusto, ledwie jeden samochód mija mnie nim dojdę do miasta. Przebieram nogami najszybciej jak umiem, świńskim truchtem albo krokiem gejszy, jak kto woli. Zerkam co chwilę na zegarek i zaklinam w duchu, żeby mi tylko poczty o 13.20 nie zamknęli. 
Nareszcie! Dopadam do okienka, kiedy w środku panuje już atmosfera południowego rozluźnienia, w ostatniej chwili! Załatwiam to, co mam załatwić i już spokojnym krokiem kieruję się znów w stronę domu.    



Teraz mam czas, by przystanąć, zrobić zdjęcie, zwyczajnie się pogapić na fasady, okiennice, świąteczne dekoracje. Już się nigdzie nie spieszę. Miasteczko się zatrzymało. Wygląda teraz jak królestwo z bajki o śpiącej królewnie. Żadnego ruchu. Cisza. Życie schowało się w domach. 
Sklepy oczywiście już zamknięte. Po zakupy będę musiała wrócić po południu. Nim przyzwyczaiłam się do tego rytmu, minęło trochę czasu. Ależ mnie kiedyś irytowało to zamykanie wszystkiego w południe, ale teraz wiem, że ma to swój sens i że wszystko jest tylko kwestią organizacji. Ktoś, kto pracuje w banku, w sklepie czy w innym przybytku w małym, włoskim miasteczku, w południe zamyka kasę i idzie do domu zjeść obiad. Jest czas na oddech, na to, by pobyć z dzieckiem, chwilę odpocząć. Wydaje się to całkiem naturalne i takie ... ludzkie. Jesteśmy przecież ludźmi, a nie trybikami wielkiej machiny, która ma być w ciągłym ruchu.


O ile wcześniej minął mnie jeden samochód, to teraz droga jest kompletnie pusta. Wszyscy są pewnie w domach, przy stole. Zatrzymuję się znów nad rzeką, na przeciwko Castellone i kościoła na Cardeto. Życie biegnie tu innym rytmem. Wolniej, dokładniej, prawdziwiej. Włoski dzień na prowincji... wycisza i uzależnia. Pozwala schronić się przed chaosem, pędęm, gonitwą. Uczy pokory i innej organizacji codzienności. Pozwala celebrować życie w najdrobniejszych szczegółach.


Na zdjęciach wczesne, czwartkowe popołudnie. Cisza, niezgasła całkiem zieleń, toskański grudzień.

CHIUDERE - ZAMYKAĆ (wym. kiudere) 

2 komentarze:

  1. "świńskim truchtem albo krokiem gejszy". Dokladnie tak samo okreslalam moj pospiech kilka (kilkanascie?) lat temu.
    Teraz mam synow doroslych i juz nie gonie krokiem gejszy. Kosz z niewyprasowanymi rzeczami, odsuwam noga , jesli mi przeszkadza. Jesli mi sie nie chce pozmywac po kolacji, zostawiam w zlewie "do jutra". Brudne szyby w oknach? Wymyje jak bede miala kilka dni wolnych:)
    Ale tak bardzo Cie rozumie w Twojej sytuacji. Jestes bardzo dzielna!
    Pozdrawiam
    Gosia

    OdpowiedzUsuń
  2. Widok kościoła w jesiennej odsłonie piękny. Ja też strasznie się złościłam na sjestę - KIEDYŚ, bo nie ukrywam, że po ostatnim pobycie sama chciałabym mieć sjestę, doskonale ją rozumiem, tylko w miejscach nadmorskich nie potrafię przyzwyczaić się do tego, że ok 14:00 nie można dostać niczego do zjedzenia na ciepło. Chociaż to też pewnie kwestia przyzwyczajenia.
    Pozdrawiam A o.

    OdpowiedzUsuń

Drukuj