niedziela, 20 grudnia 2015

Po drodze codzienności


W piątkowe prawie południe wychodzę z domu, a raczej wybiegam, bo późno się zrobiło, a ja mam jedynie 15 minut, by dotrzeć do Marradi i jeszcze zrobić po drodze zakupy. Znów więc świńskim truchtem albo krokiem gejszy... tup tup tup - niesie się echem po ulicy.
A ulice tu wąskie i czasem prosto z nich wchodzi się do domu. Nie ma nawet chodnika, wystarczy jeden krok przez próg i już jesteśmy na drodze. Dla nieprzyzwyczajonych dosyć ryzykowne. 
I kiedy tak drobię w tym moim codziennym pędzie, nagle jedne z drzwi się otwierają i wychodzi mój sąsiad, prosto pod moje rozpędzone nogi. Tylko cud i jego zwinny uskok pozwalają uniknąć nam bolesnego zderzenia. Sąsiad się uśmiecha i zaraz dołącza do mnie. Maszerując obok, naśladuje moje ruchy, a ja zaczynam śmiać się na głos, bo okazuje się być całkiem dobrym aktorem.
- Przestań! - nie mogę przestać się śmiać - naprawdę się spieszę!
- Widzę! Słuchaj - dodaje po chwili marszu - nie myślałaś, żeby w tym roku wystartować w 100 km del Passatore? 
- Zwariowałeś!
- Jesteś naprawdę dobra, jak do maja dalej tak będziesz trenować to zostawisz wszystkich w tyle, nawet Calcaterrę!  
- Buona giornata!
- Ciaoo!! - Posyła szczery uśmiech i zawraca do domu. 

Przyspieszam jeszcze bardziej kroku. W tym moim truchcie co jakiś czas podnoszę rękę, żeby "odmachać" nieme ciao tym, którzy przejeżdżają obok. Po którymś z serii pozdrowieniu, w kieszeni słyszę dźwięk sms - "Dawno nie było cię widać, dobrze że jesteś. Dobrego dnia."
Znów ktoś się mną przejął... To prawda, że ostatnio jeśli wychodzę, to zwykle pędzę, przemykam od sklepu do sklepu, od domu do szkoły i mało jest momentów, kiedy mogę - ot tak sobie połazić bez celu, bez pośpiechu, "pokazać się". Znów wzrusza mnie troska tubylców. Wciąż niezmiennie, tak samo jak na początku bycia tutaj, miła jest mi świadomość, że tu żyje się razem, a nie obok. Nawet jeśli czasem ludzka ciekawość albo gadanie potrafią dopiec, to jednak lepsze to, niż całkowita obojętność ... 

Nim doszłam do Marradi miałam jeszcze jedno miłe spotkanie, które też ubawiło mnie niemal do łez. Ale o tym już pisać nie będę, by nie zostać posądzoną o bufonadę.  
Nie raz słyszałam, nawet od innych Polek żyjących w Italii, że ci moi Włosi to jacyś inni, i że to moje Marradi rzeczywiście wyjątkowe. 
Cała prawda... Wyjątkowe miejsce i wyjątkowi ludzie, którzy życie moje uczynili wyjątkowym. 
Dziś czeka nas piękna niedziela - koncert dzieci na miejskim placu. A ja znów się będę wzruszać i łzy ukradkiem wycierać.

 
KROK to po włosku PASSO (wym. passo)

1 komentarz:

Drukuj