poniedziałek, 30 listopada 2015

Przedświąteczne odliczanie czas zacząć


Znów zmienił się wiatr, bije w okiennice, szarpie zewnątrzną zasłoną, chce być groźny, ale nic mu z tego nie wychodzi. Na taki wiatr wszyscy czekają z utęsknieniem, niesie bowiem ze sobą ciepłe, afrykańskie powietrze. Jak tylko człowiek oczy otworzy już czuje, że zimno poszło sobie gdzieś indziej. Czuć to na twarzy, w oddechu, w zapachu powietrza. Termometr o 6.00 rano pokazał 10 stopni! To już jakiś pozytyw przy mało lubianym poniedziałku! 


Marradi zaczęło stroić się świątecznie. Most udekorowano czerwonymi kokardami, na placu stanęła scenografia do nadchodzących mercatini, dziś lub jutro zostaną włączone iluminacje i pewnie lada moment przed teatrem stanie też choinka. Na naszej ścianie zaraz zawiśnie kalendarz adwentowy, dzieci dostaną ode mnie oficjalną zgodę na świąteczne śpiewanie, a w najbliższych dniach i my poszukamy naszego drzewka. Czas zakręcić ciasto na pierniczki, bo najbliższy weekend będzie już prawdziwie świąteczny i przede wszystkim potrwa aż 4 dni! 


Tak jak w Polsce zwiastunem czasu przedświątecznego była zawsze reklama coca coli, tak tu mamy bauli: https://www.youtube.com/watch?v=Uucs3Aelpxg, kiedy słychać a natale, a natale ... , wiadomo, że rozpoczęło się końcowe odliczanie. 


To będą trudne święta, życie to nie jest reklama bauli, ale postaram się, żeby mimo wszystko były wyjątkowe. Mam nadzieję, że udzieli nam się tutejsza atmosfera. Zapraszamy Was do Marradi 6 i 13 grudnia, będzie pięknie!

INVITARE to znaczy ZAPRASZAĆ (wym. inwitare)

niedziela, 29 listopada 2015

Słodycz taka czy inna



Dziś będzie słodko! Słodko - w różnym tego słowa znaczeniu. 
Po pierwsze... już są! Już stanęły na sklepowych półkach! Jak je zobaczyłam to aż mi się buzia, żeby nie powiedzieć gęba, zaśmiała. Mało jest na świecie rzeczy, którymi nie potrafię się nasycić, które mogę jeść bez końca, bez opamiętania, bez umiaru... Takim rarytasem jest bez wątpienia PANETTONE! Uwielbiam! To jeden z moich ukochanych przysmaków i choć wiadomo, że najlepsze są te od piekarza czy z małych cukierni, to ja, mimo wszystko nie pogardzę i tymi z marketu. 
Dzieci wolą pandoro, bo pandoro - jak mówią - jest "bez niczego". Zawarliśmy więc układ - raz panettone, raz pandoro. Kwintesencja włoskich, przedświątecznych poranków. Kiedy za oknem ścina pierwszy przymrozek, bieląc czerwone dachówki, najmilej jest w fotelu przed kominkiem z ciepłym caffè latte i z pokaźnym kawałkiem panettone, słodkim, lepiącym, ciężkim od rodzynek...  



I druga niedzielna słodycz...
 Choć jak teraz sobie myślę, to określenie to wydaje mi się zbyt infantylne. Wszak mowa o prawdziwej mądrości życiowej...

Monolog Tomka przy sobotnim obiedzie:
Mamusiu wiesz co, może my i jesteśmy ... (szuka słowa) biedni ... (zawiesza głos), nie, nie biedni, może my nie mamy wiele. To znaczy, to tylko tobie się tak wydaje, cały czas się przejmujesz i zamartwiasz, że nie możesz nam dać więcej. Ale posłuchaj my właśnie mamy więcej niż inni! - To znaczy? - pytam. - To znaczy, że na przykład nasi przyjaciele wracają do domu biorą tablet albo siadają przy telewizorze i nic nie robią. A ty nas tyle nauczyłaś, my chodzimy na spacery, robimy wszystko razem, pokazujesz nam nowe miejsca, rozmawiamy. 
- Myślisz, że to dużo? Nie jest ci żal, że wciąż muszę czegoś wam odmawiać, że nie mogę was zabrać na wakacje w egzotyczne kraje?
- Mamusiu, ale ja przecież widziałem prawie całą Europę. Teraz poznajemy nasz nowy dom, a jak przyjdzie czas znów ruszymy w podróż. Ty się przestań zamartwiać, my naprawdę mamy więcej niż inni...

Zostawię to bez komentarza. Sporo było o dzieciach w ostatnich dniach, więc teraz basta, nie chcę, żeby komuś się tą słodyczą ulało. Chciałam tylko pokazać, że można nauczyć się kochać życie, nawet wtedy, kiedy nie daje wszystkiego na tacy. Dzieci potrafią docenić to, co jest ważne, wystarczy tylko im to pokazać.  

MIEĆ to znaczy AVERE (awere)

sobota, 28 listopada 2015

O miłości, makaronach i pięknym życiu.


Tak jak nie mogłam się kiedyś doczekać, momentu, kiedy będę mogła zacząć czytać dzieciom takie książki, które interesowałyby też mnie, tak również nie mogłam się doczekać, kiedy będziemy mogli oglądać coś poważniejszego od Boba Budowniczego czy Epoki Lodowcowej. Oczywiście będę banalna i powiem, że ten czas nadszedł szybciej, nim zdążyłam się obejrzeć...
Teraz nasze sobotnie lub piątkowo wieczorne oglądanie stało się rytuałem, przez chłopców szczególnie cenionym. Znają bowiem moją ogromną niechęć do szklanego ekranu i wiedzą, że usadzenie mnie przed telewizorem graniczy z cudem. Ale ten nasz rytuał polubiłam i ja. Muszę przyznać, że Mikołaj odziedziczył gusta po mnie i to on składa zwykle propozycję repertuaru, tak bym była zadowolona. 
To co urzekło mnie, co obejrzałam sto razy, teraz urzekło jego i on też dialogi i muzykę zna już na pamięć. 
Zaczęło się od Mine Vaganti...
Nie jestem kinomaniakiem, ale to jest absolutnie mój ulubiony film. Wkrótce stał się też ulubionym filmem Mikołaja i punktem wyjścia, by poznać niedziecięce kino. Po Mine Vaganti nadeszła pora na La vita è bella. Oglądał go w kółko, jakby chciał dobrze, dogłębnie zrozumieć. Oczywiście takie filmy wywołują lawinę pytań, więc zaczęło się:
- Kto to są Żydzi?
- Dlaczego Żydzi nie mogli wchodzić do baru?
- czy Gesuè jest imieniem żydowskim?
- Dlaczego w obozie mieli wszyscy ogolone głowy?
itd itp...
Mikołaj ma dar odtawrzania bezbłędnie całych dialogów, jest genialny, czy to poważny czy zabawny. Niemal po każdym przemaglowanym filmie wchodzą do naszego rodzinnego słownika nowe powiedzonka. Nie wiedzieć czemu szczególnie przypadło mi do gustu - Buongiorno Principessa!...
Mamy już czas przedświąteczny więc teraz przyszedł czas na "To właśnie miłość"...
- Mamusiu czy ten premier właśnie został wybrany? - pyta Tomek
- Tak.
- Zawsze myli mi się premier z prezesem.
...
- Kto to jest Britney Spears? - kontynuuje litanię pytań.
- A kto to jest Claudia Schiffer?
- Ta aktorka jest podobna do mamusi! - wtrąca się Mikołaj
- Tak aktorka jest zdecydowanie ładniejsza - włącza się na to moja samokrytyka.
- Tak uważasz?
- No oczywiście. 
- A ja uważam, że nie. 
- Czy ten chłopiec jest w moim wieku?
- Co to znaczy, że miłość jest widowiskowa? - pyta znów Tomek.
- Hmmm, właściwie nie wiem jak ci to wytłumaczyć. Wyobraż sobie parę pięknych, młodych, zakochanych ludzi. Wszyscy będą patrzeć na nich z przyjemnością, ta ich miłość jest taka ładna. Ale miłości czasem na pierwszy rzut oka nie widać, bo miłość kryje się w zwykłych gestach. Zobacz chociażby moja miłość do was, tak wielka, że nawet jej sobie nie wyobrażasz, ale przecież wcale nie jest widowiskowa. 
- No ja bym tego nie powiedział...
- Jest widowiskowa?
- No ba!

Dobrego weekendu!

WIDOWISKOWY to po włosku SPETTACOLARE (wym. spettakolare) 

piątek, 27 listopada 2015

Łagodność


Ogołocone z zieleni, brunatne, prawie niedostępne... Z ostrym wiatrem goniącym po graniach, przyginającym do ziemi karłowate dęby i sosny. Z niebem w górze spochmurniałym, naburmuszonym i ciężkim od śniegu. Z tym wszystkim co wizerunek oczernia, wciąż jednak tak kojące, tak wspaniałe. Jest w tych moich toskańskich Apeninach jakaś łagodność, coś czego dokładnie zdefiniować nie umiem, coś co mimo upływu lat, wciąż się nie zmieniło. Mogę stać i patrzeć i patrzeć bez końca, czując jak w gardle ściska, jak myśli, te złe, gdzieś odpływają.


To miał być kolejny spacer z Pierwszą Damą, tym razem w poszukiwaniu jeszcze wspanialszych rarytasów, ale ... Na 365 dni w roku, akurat 26 listopada, od .... do .... droga była zamknięta z powodu robót! A to nie jest jakaś tam droga prowincjonalna, czy superstrada, ot zwykła kostropato - asfaltowa droga, która, jak wiele jej podobnych, gdzieś tam się w końcu urywa. Mario zaklął soczyście, natomiast naszego przyjaciela - przewodnika, sytuacja tak rozśmieszyła, że jak się zaczął w głos śmiać, to zaraz udzieliło się wszystkim. Śmiechom nie było końca! Zawróciliśmy pokornie i pojechaliśmy w inne miejsce, ale koniec końców i tak zbierania nie było, Pani Obama wysiadła z samochodu jedynie, by zaczerpnąć powietrza. 

Kiedyś nauczę się każdego centymetra na pamięć...

Mimo pokrzyżowanych planów, mimo zamkniętej drogi i śniegu, który potem ograniczył nas w działaniach, to była wspaniała wycieczka. Mogę dopisać do mojej listy kolejne nieprawdopodobnie piękne miejsce. Odkryta przestrzeń ponad górami, z widokiem na Sambucę, Gamberaldi, z nieskończonością szczytów u stóp. Choć zimny wiatr bezlitośnie smagał biczem, wcale nie chciało mi się wracać. Widziałam zwierzęta w stadach - koziołki, jelenie i muflony, widziałam drogę do Susiniany, widziałam stare i nowe. Zmarznięci, przegnani wiatrem do samochodu, zjedliśmy z apetytem słodkie girelle z rodzynkami, a mnie znów udzieliła się pogoda ducha jaką kipi Giancarlo. Widoki, jego nieschodzący z twarzy uśmiech, natura i górska cisza sprawiły, że wróciłam do domu lżejsza o kilka trosk.  


RENDERE - to znaczy UCZYNIĆ  (wym. rendere)

czwartek, 26 listopada 2015

Jak dobrze, że już czwartek!



Jak dobrze, że to już czwartek! Tak mi poprzedni weekend zapadł w sercu, że nastęnego wypatruję z wyjątkową niecierpliwością. Już przekopuję "Tradycyjne dania Florencji" i szukam natchnienia, co tym razem w kuchni wyczarować. Kiedy w sobotę stałam nad miską z rękami w kokosie i cukrze, kiedy w niedzielę układałam gruszki na puszystym, kakaowym cieście, dotarło do mnie, jak to gotowanie jest ważne, jak relaksujące, jak wycisza, jak bardzo je lubię. Kiedy piekę, gotuję, wyrabiam ciasto, siekam warzywa, czuję się ... po prostu szczęśliwsza. Może dziwnie to zabrzmi, ale w istocie tak jest. Moment, kiedy "dzieło" ląduje na stole, a ja czekam na pochlebne komentarze, jest bezcenny. Poza tym tutaj wszystko do gotowania zachęca, zwykłe zakupy w warzywniaku czy mięsnym, są prawdziwą inspiracją. Jak tu nie gotować? Jak się kuchnią nie interesować? Ileż razy już o tym pisałam! Z resztą kto był, ten wie. Wystarczy wejść do sklepu i już człowiek czuje, jak rodzi się w nim prawdziwy master chef. 



Gdybym tylko była mniej zapracowana, gdybym mogła więcej czasu poświęcić na te moje kulinarne  eksperymenty, byłoby idealnie. A tak ... 
Zapomniałam nawet o szkolnym zebraniu, a że jako jedyna na planecie Ziemia nie mam jeszcze "whatsapp", więc żadne przypomnienie do mnie nie dotarło. Wstyd i hańba! Żebym ja miała zapomnieć o obowiązkach? Ja? - Nie martw się - pociesza znajoma - dużo osób nie dotarło. I zaraz w kilku słowach streszcza, co też było mówione. 
Za dużo mam na głowie, ot co! Dobrze, że choć w tym roku kalendarz adwentowy czeka tylko na napełnienie woreczków i udekorowanie gałązkami, bo jakbym jeszcze w tym bałaganie miała coś kleić, tworzyć, wymyślać, to chyba wywieźliby mnie tam, gdzie biednego Dino Campana. 
Druga radość - drugi oddech, to 8 grudnia, który w tym roku wypada we wtorek, dając nam tym samym 4 dni wolnego! Oczywiście komu wolne, temu wolne, ale już samo to, że dzieci będą w domu, zwolni moją gonitwę. I jeszcze nastrojowe mercatini się zaczną. Zaraz znów się będę wzruszać na placu słuchając Astro del ciel w wykonaniu dzieciaków. I światełka w Marradi zapłoną i panettone się pojawią i jakoś to będzie.    
Jak dobrze, że już czwartek!

- Mamusiu czy ty jesteś szczęśliwa? - pyta niespodziewanie Mikołaj.
- Jestem. Bardzo. Mamy trochę problemów i przez to jestem ostatnio smutna albo zmęczona, ale tak naprawdę jestem bardzo szczęśliwa. A ty? Jesteś szczęśliwy?
- Tak - odpowiada z całym przekonaniem, a ja aż się cała rozpromieniam. To nie byle co, wychować szczęśliwe dziecko. 
- Czy czegoś ci brakuje w życiu?
- Nie. Szkoda tylko, że rodzina nie jest bliżej.
- Tego niestety nie da się zmienić. Chciałbyś wrócić do tego, co kiedyś?
- Nigdy w życiu. 



Ja też bym nie chciała, bo to co mam, choć może niewiele, może nawet obiektywnie bardzo mało, to jednak dla mnie bezcenne. I nie mówię tu o oczywistościach, takich jak miłość dzieci, czy provincia Firenze w adresie. Mówię o prawdziwych drobiazgach - takich jak chociażby uśmiechnięci sąsiedzi czy spacer z "pierwszą damą", na który dziś właśnie znów zostałam zaproszona. A to kolejny powód, by powiedzieć - jak dobrze, że dziś czwartek!

CZWARTEK to po włosku GIOVEDI (wym. dżiovedi) 

środa, 25 listopada 2015

Imię całkiem do rzeczy


Katarzyna Medycejska, Caryca Katarzyna, Święta Katarzyna ze Sieny, Catherine Deneuve ... i wiele, wiele innych znanych osobistości. Jedno z najpopularniejszych żeńskich imion na całym świecie. Przetłumaczalne na wiele języków. Kiedyś tak przeze mnie nielubiane, dziś bardzo mi się podoba i nosi mi się całkiem dobrze. Święta Katarzyna jest patronką Włoch i choć jej dzień przypada 29 kwietnia, a mój dziś, to jednak jakby nie było, imię mamy wspólne. Pozwolę sobie więc w tym miejscu przytoczyć słowa, jakimi charakteryzuje się kobiety o imieniu Kasia.
To osoba tryskająca życiową energią, z którą nudzić się nie sposób, zawsze kreatywna i pełna nowych pomysłów. Kasie to osoby lubiące oderwać się od rzeczywistości, goniące za marzeniami, nawet tymi trudnymi do zrealizowania. Ot co, to ostatnie chyba do mnie pasuje! 

W ostatnich czasach częsciej jestem Cateriną, to tubylcom łatwiej wymówić niż "Kaszia", ale niektórzy mimo wszystko koślawo szeleszcząc, przy oryginalnej wersji obstają. Poza tym Kasia w Marradi jest jedna, a Cateriny są trzy albo cztery. Często też słyszę pytania - to ty jesteś Kasia czy Caterina? Tłumaczę więc cierpliwie co Kasia z Cateriną ma wspólnego. Bywam też Ka, Kate, Kejt, nigdy jednak, nawet mimo upływu lat nie polubiłam bycia Katarzyną ani Kaśką. 
Wszystkim listopadowym Katarzynom, Kasiom, Kaśkom, Caterinom, Katiom ecc... życzę tego co najlepsze! 

wtorek, 24 listopada 2015

Jak w czarno białym kinie


Z niebem zasnutym siną powłoką, bez jednego promienia słońca, ze śniegiem, który mniej lub bardziej wzgórza przyprószył świat zrobił się przez chwilę niemal czarno biały. Zupełnie jak w starym kinie. Kasztanowce stoją ogołocone, jak niemi aktorzy, nikt już nie pamięta o rozczapierzonych liściach i spadających gęsto jeżykach. Arktyczna fala uderzyła we włoski półwysep z całą mocą, bez pardonu, zupełnie jakby to nie było południe Europy, tylko głęboka Skandynawia. I choć jeszcze na termometrze minusów nie widziałam, to i tak zimno połączone z wilgocią przeszywa do szpiku kości. Jedyne pocieszenie można znaleźć przy kominku, pod kocem, z kieliszkiem cagniny, w dobrym towarzystwie, ze śmiechem dzieci w uszach, ze stosem książek pod bokiem, w których mogę wyszperać kolejne przysmaki do wypróbowania w mojej kuchni.


Pocieszam się tym, że tutaj taka pogoda to jeszcze nie wyrok. Jutro może zmienić się wiatr, może dmuchnąć czule scirocco i znów świat nabierze kolorów. Za cztery tygodnie dni zaczną się wydłużać. Za dwa miesiące pojawią się pierwsze kwiaty na drzewach. Potem znów zapłoną światła dla marca, zakwitną magnolie, a po zielonych wzgórzach Mugello rozneisie się wiosenne kukanie kukułki. 
Ale jeszcze dziś jest jak w starym, czarno białym kinie... 


KINO to po włosku CINEMA (wym. cinema)

poniedziałek, 23 listopada 2015

Jej wysokość trufla!


To właśnie trufli poświęcona była niedzielna sagra w Brisighelli, trzecia z obejmującego cały listopad cyklu 4 sagre per 3 colli. Pojechaliśmy tam zaraz po obiedzie i wróciliśmy, kiedy zaszło słońce i zaczęło robić się naprawdę zimno. Pogoda dopisała, po nocnych śnieżycach, temperatury spadły o 10 stopni, ale za to powietrze zrobiło się przejrzyste jak kryształ, a niezwykłe światło zachwycało nawet tubylców. To ono sprawiało, że i tak zawsze urokliwa Brisighella, tym razem była jeszcze piękniejsza. Słońce odbijało się od kolorowych fasad domów, a ona błyszczała kolorami jak wystrojona na scenę gwiazda. 


Ci co na włoskich sagrach są stałymi bywalcami, wiedzą dobrze, że nawet jeśli bohaterem ma być trufla, to i tak znajdziemy całe mnóstwo różnych dobroci. A nawet - jak już tydzień temu pisałam - rownież wszystko to, co do spożycia nie jest przeznaczone - zabawki, ciuchy i całe 1000 i jeden drobiazgów. Na szczęście ktoś w Brisighelli pomyślał i całe tandetne badziewie rozlokował po brzegach centrum, a piazza i przyległe uliczki przeznaczone były na wystawę samych dobroci, czyli to, czym aktualnie znana ze swych smaków ziemia Brisighelli obdarzyła. 


Nie mogło zatem zabraknąć przede wszystkim oliwy, która jest nieoficjalnym emblematem miasteczka, Można było nawet zakupić tutejsze drzewko oliwne do własnego ogrodu. Drugim ważnym elementem było - rzecz jasna - wino. Z racji przyjaznego klimatu okoliczne wzgórza popaskowane są gęsto winnicami, można więc było degustować do woli i kupić to, co komu najbardziej zasmakowało. Wina z Romagnii nie są jeszcze poza Italią docenione, nikt ich nie wypromował, ale wierzcie mi, nie mają się czego wstydzić! Są doskonałe!


Poza truflami, winem i oliwą, stoiska uginały się od kolorowych konfitur, wędlin, serów, późno-jesiennych owoców, czekolad i grzybów. I znów dzieci biegały od straganu do straganu - tu grissini z pastą truflową, tam kawałek chleba w oliwie, a tu znowu kosteczka czekolady i zaraz jeszcze plasterek truflowej kiełbasy. Po prostu raj!

Jak głosił napis na tabliczce - trzej królowie już wyruszyli do Fognano. W jednym z zaułków można było zobaczyć zapowiedź znanej nam już, wyjątkowej szopki. 

Są też elementy stałe takich fest, każda okolica ma swoje. Tu na pograniczu Toskanii i Romagnii jest to na przykład mnich ciągnący wózek z całym zwierzęcym przychówkiem, budzący zwłaszcza wśrod dzieci ogromną sensację. Zaraz zbierają się dookoła, przyasiadają na chodniku i dalej bawić się z królikami, psami, kozami czy ptactwem. A zwierzyniec jakby nauczony swej roli nic sobie z tego nie robi, a nawet z pieszczot ochoczo korzysta. 

Orkiestra też już dobrze nam znajoma! I selfie z taką bandą to jest dopiero coś!

Cudowny dzień, smaczny, radosny, taki jak chciałam. Okraszony spotkaniami, ze znajomymi marradyjczykami, rozweselony słodkim winem. A na koniec, kiedy spacerowaliśmy wąskimi uliczkami zajadając pieczone kasztany, taka refleksja mnie naszła, że tak, jak dla mnie ulicznym smakiem dzieciństwa będą zapiekanki z pieczarkami albo frytki w potłuszczonym rożku, które kupowałam na warszawskim placu Szembeka, tak dla moich dzieci będą to pewnie ciepłe, słodkie, pachnące włoską jesienią, zajadane z papierowej torebki caldarroste (pieczone kasztany).   


MERAVIGLIOSO to znaczy CUDOWNY (wym. merawiliozo)

Drukuj