czwartek, 1 października 2015

Nieoczekiwanie



Kiedy już byliśmy tak wysoko, pomyśleliśmy, że grzechem byłoby nie zrobić tych kilku kroków więcej i nie dotrzeć do samego kościoła Lozzole. Tym bardziej, że zachęcały nas do tego schodzące z góry rozbawione, roześmiane grupy ludzi z plecakami. W końcu zapytaliśmy jednego z piechurów skąd te tłumy, na co usłyszeliśmy, że była i pizza i słodkości i muzyka.... - Ale już wszystko zjedliśmy - dodał na koniec starszy pan zaśmiewając się przy tym rubasznie. 

Pal sześć jedzenie, byliśmy po obiedzie, więc puste stoły nas nie zniechęciły, bardziej byliśmy zaciekawieni całym tym niespotykanym tu zamieszaniem. 



Dawno, dawno temu Lozzole było prawdziwą osadą, nazwa dotyczyła nie tylko samej parafii, ale też i przyległych terenów. Mieściła się tu nawet szkoła, do której przybywały na naukę dzieci z domów rozrzuconych po okolicznych wzgórzach. Dziś wydaje się to wręcz nieprawdopodobne. 
Z dawnych zabudowań pozostał jedynie kościół, kilka przybudówek i resztki murów. Nie jest do końca jasne z jakiego okresu pochodzą, ale można znaleźć wzmianki mówiące o Castello di Lozzole z przełomu XIII i XIV wieku. 
Z czasem, kiedy ludzie zaczęli schodzić z gór do miast w poszukiwaniu łatwiejszego życia, Lozzole zostało porzucone. Miało to miejsce pomiędzy 50 a 70 rokiem ubiegłego wieku.  



 Ci, którzy w niedzelne południe przybyli tłumnie, opuszczali już powoli wzgórze. My natomiast przysiedliśmy w słońcu na drewnianych ławeczkach dla wędrowców. Po chwili dołączył do nas samozwańczy "gospodarz". Trudno było zrozumieć każde słowo, po części przez ilość wypitego wina, ale też i przez to, że chyba żyjąc tak jak żył, jego usta odzywczaiły się od mówienia. Pokazał spracowane ręce, pożartował, poopowiadał o górach i dawnym życiu. Jak sam przyznał już od ponad 30 lat prowadził żywot włóczęgi, tak sam wybrał i jak zapewniał, był szczęśliwy. Żył spokojnie, powoli z pracy własnych rąk. Spacerując po ścieżkach Mugello, można spotkać wielu vagabondi. 




- Chcesz zobaczyć koncert? - usłyszałam za plecami. 
- Jasne! 
Młody chłopak zaprosił gestem, bym poszła za nim. Przed znajdującym się dwa kroki od kościoła circolo, dwóch mężczyzn grało na starodawnych instrumentach. Ostatni wędrowcy wygrzewali się w popołudniowym słońcu, słuchając przedziwnej muzyki. Jedną chwilę zatrzymałam i dla Was, ze specjalną dedykacją dla moich sierpniowych gości.  





Nim ruszyliśmy w powrotną drogę, wstąpiliśmy do kościoła. W księdze pamiątkowej znaleźliśmy nasze wpisy sprzed dwóch lat. Jeszcze raz obejrzeliśmy dzieła miejscowych artystów. Chrystus  na głównym ołtarzu został wykonany z jednego ogromnego kawałka drzewa kasztanowego.  





- Popatrz Nico - powiedział Mario do Mikołaja, wskazując tabliczkę pod Madonną - to trochę tak jak ty - przytulanki z mamą i zaraz pędzisz w las zbierać kasztany... 
Rzeczywiście mój mały syn w tym roku szczególnie rozkochał się w kasztanach. Z każdego spaceru przynosi ich pełne kieszenie...



Ćwiczenie na spostrzegawczość - kto znajdzie Tomka?


Schodziliśmy znów szlakiem pośród kasztanowców, w ciszy niedzielnego przedwieczora. Przyszliśmy tu tylko obejrzeć starą ruderę, a znów dzień kończył się w niezwykłości. Pomyślałam sobie wtedy, że najpiękniejsze jest to, co przychodzi niespodziewanie, zaskoczy nas, zadziwi, oczaruje, bez strachu, bez ciężaru, że musi sprostać naszym oczekiwaniom. 


NIEOCZEKIWANE  to po włosku INASPETTATO (wym. inaspettato)

13 komentarzy:

  1. Super. Kolejna uczta dla ducha i ciała. Kościół rewelacja, nie trzeba ton złota aby poczuć obecność Boga. A Miki stoi na szczycie!!! Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Piekna i jak zwykle ciekawa opowieść Kasiu.No i zdjęcia-nastrojowe,nostalgiczne,chwile uchwycone z sercem !!!

    Miłego weekendu Lucyna S.

    OdpowiedzUsuń
  3. O jaaaa.... ale ten czas leci, 2 lata! Kasiu czytając tego posta jeszcze większa tęsknota za Wami, za Włochami mi się włączyła. W tym roku nam się nie udało ale kto wie może za rok. ;)
    Pozdrawiam Justyna! :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Ładnie tam, spokojnie :) A w taką pogodę nie chce się chyba zostawiać uroczego miejsca? :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Dziękuję! Dziękujemy!
    Napisałaś Kasiu, że ludzie zaczęli schodzić niżej, bliżej miast żeby było wygodniej i łatwiej, przyszedł teraz taki dziwny czas, że my chcielibyśmy zamieszkać tam, wyżej żeby było spokojniej, wolniej i ciszej. Prawda jest taka, że coraz więcej jest nas już takich pragnących wyciszenia ale z gościnnością, bycia z naturą, wsłuchiwania się w nią ale i pewnie zmagania. zapewne do jakiegoś momentu życia to jest mozliwe, bo starość niesie jednak wiele ograniczeń.
    Dla nas niezwykłe w wędrówkach po Twoich górach było to, że zwieńczenie wysiłku, zdobycie szczytu oznaczało możliwość pobycia w miejscu naznaczonym krzyżem, świętością,śpiewanymi psalmami Benedyktynek.
    A Lozzole jak wiesz we mnie zrodziło chęć pobycia tam dłużej i przemierzania pobliskich szlaków z bazą wypadową na szczycie.
    A o.
    P.S. posłucham wieczorem

    OdpowiedzUsuń
  6. Widać na zdjęciach, że słońce dawało się we znaki... albo ktoś zapomniał zmienić ustawień w aparacie ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ciekawa jestem jak się gra na tym dziwnym instrumencie, i jak się nazywa :)

    Czy wyroby z drzewa kasztanowca, w tym rejonie, są współcześnie rzadkością czy raczej na tyle pospolite, że cena nie skacze wyjątkowo w górę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ani pospolite ani rzadkością. Można kupić wszystko z kasztanowca od mebli na dziełach sztuki kończąc, ale kosztują sporo:)

      Usuń
  8. Piękna okolica... I to ostatnie zdjęcie. Powiedz mi Kasiu w jakich językach mówią Twoje dzieci?

    OdpowiedzUsuń
  9. Jestem przyzwyczajony, że jak pisze się o Włoszech to zdjęcia są na ogół w letnich ubraniach, a tu kurteczki itp. :) Co do wspomnianego wędrowca to lubię spotykać takich ludzi. Czasami przełamać pierwsze lody ale gdy taki człowiek się rozgada ma zawsze mnóstwo ciekawych opowieści.

    OdpowiedzUsuń
  10. Piękna opowieść i takie trochę inne włochy, z dala od szlaków, na spokojnie! Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

Drukuj