sobota, 31 października 2015

Listopad przycupnął na progu



Kończy się mój trzeci październik tutaj... Aż nie do uwierzenia. Listopad już usiadł na progu. Uśmiecha się ciepło, łaskawie, jakby chciał powiedzieć - poprzednik przesadził, więc teraz ja postaram ci się to wynagrodzić. Rzeczywiście, nawet najstarsi marradyjczycy takiego października nie pamiętają. Na szczęście prognozy na najbliższy tydzień są więcej niż satysfakcjonujące i mam nadzieję, że żadnych niespodziewanych modyfikacji nie będzie. 
Listopad to nie jest mój ulubiony czas. W listopadzie stąpałam zwykle na skraju przepaści, łzy na rzęsach wisiały, nie miałam siły na nic, a uśmiech był nadludzkim wysiłkiem. Tu jednak od tej przepaści jestem chyba w bezpiecznej odległości. Lęk zmieszany z żalem i smutkiem, który zawsze wchodził mi pod skórę, jakby nie miał tu siły rażenia, jego moc osłabła. Czuję się tak, jakbym była pod kloszem. Odporna. Silniejsza.   
To miejsce daje mi siłę, ci ludzie są antidotum na różne bolączki. 



- Mamusiu w poniedziałek wychodzimy a mezzogiorno (w południe) - informuje mnie Mikołaj przy obiedzie. 
- A z jakiej to okazji?
- Bo jest dzień pamiętania o morti (zmarli). Ty o dziadku będziesz pamiętać? 
- Ja nie potrzebuję święta, by mi o tym przypominać, ja pamiętam o dziadku każdego dnia, zawsze jest w moim sercu i  tylko szkoda mi, że ani wy go nie poznaliście, ani on nigdy nie zobaczył jakich ma wspaniałych wnuków...



Dziś ...
Sobota i przed barem zebrali się myśliwi. Zaczął się sezon na dzika. Tak jak zwykle o tej porze. Za pierwszym razem biegłam z aparatem, potykając się o przydługie piżamowe spodnie, by uchwycić ich na zdjęciu, wszystko było dla mnie wtedy nowe. Dziś nawet nie wstałam z łóżka, by ich zobaczyć. Tylko Mikołaj, który już o 7.00 rano ćwiczył przed domem piłkarskie sztuczki przyszedł zdać relacje - przed barem jest bardzo dużo myśliwych i Bruno i Lorenzo...

Chłopcy przymierzają stroje na wieczór. Będą krążyć po domach wołając - dolcetto o scherzetto?! Ja jak zwykle ograniczę się do zrobienia paluchów wiedźmy. Mikołaj ma pierwsze spotkanie katechizmowe, więc liczę na to, że padnie w końcu data pierwszej komunii. 
Ale dziś  przede wszystkim mam zamiar zadedykować odrobinę czasu samej sobie, uzupełnić notatki do nowych projektów, skończyć fantazyjną spódnicę, ugotować coś dobrego i może nawet znajdzie się kilka chwil na babskie próżności!
Wam drodzy Czytelnicy życzę dobrego weekendu! Prywatnie Państwu J i J, którzy za kilka godzin staną na ślubnym kobiercu - szczęścia, miłości i cierpliwości ponad miarę i życia wspólnego jak bajka! Myślami będę z Wami!
I na koniec wszystkich zapraszam na krótką projekcję o kościołach z moich okolic. Potraktujcie to jako zaproszenie do Mugello. 

Sacrum z pogranicza Toskanii i Romagnii

Słówka już w tekście padły:) 

piątek, 30 października 2015

Spacer z Pierwszą Damą


Cieszyłam się na ten dzień bardziej niż dziecko na myśl o gwiazdce i tylko zaklinałam w myślach, by pogoda nie spłatała figla tak jak poprzednim razem. Jak już wczoraj wspomniałam - nie byłam oczywiście na obiedzie z Sofią Loren, obywatelstwa na czerwonej poduszce jeszcze nie dostałam, ani też w lotto nie wygrałam, ale za to w czwartkowe południe byłam na spacerze z ... Pierwszą Damą, z panią Obama! 
Oto ona:


Obama - tak nazywa się pies naszego znajomego. To właśnie temu fenomenalnemu nosowi zawdzięczamy królewską kolację. Już dawno temu Giancarlo, jeszcze podczas naszego pierwszego spotkania obiecał mi, że kiedyś zabierze mnie na trufle. Byłam onieśmielona i wzruszona, kiedy uświadomiono mi jak wielki to zaszczyt, jak ogromne wyróżnienie. I wczoraj też brąnc w błocie, wspinąjąc się pod góre zastanawiałam się - jak ogromne zaufanie, ileż sympatii, a to wszystko spotyka właśnie mnie. 


Po pierwsze - jak już nie raz pisałam - trufle uwielbiam i uwielbiają je też chłopcy, więc poza całą otoczką, spacerem, naukami, jakie miałam pobrać i sekretami, które miały być przede mną odsłonięte cieszyłam się jak wariat, bo wiedziałam, że z pustymi rękami do domu nie wrócimy.


Pojechaliśmy w miejsce dobrze mi znane, ale oczywiście te informacje, tak jak i zdjęcia niezwykłej panoramy wzgórz wybuchających tysiącem kolorów, muszą pozostać tylko dla mnie. Widziałam jak Giancarlo ocenił kątem oka, moje górskie przygotowanie, przejęty z pewnością, czy będę w stanie dotrzymać mu kroku, a ja już po pierwszych metrach, wiedziałam, że choć jestem o połowę młodsza od mojego przewodnika, to będę musiała, mocno się starać, by tego kroku rzeczywiście dotrzymać. 


Muszę jeszcze wyjaśnić, że trzy godziny które spędziliśmy razem w górach dla Giancarlo były tylko spacerem, prawdziwe zbieranie odbywa się rano. Nasz poszukiwacz pięć godzin chodzenia po górach miał już tego dnia za sobą za sobą, tym bardziej więc zadziwiały mnie jego niezmęczenie i wytrzymałość.

Obama nie kazała długo czekać na pierwsze okrzyki radości. Zaraz po wejściu na szlak, wywąchała dla nas pierwszą czarną bryłkę. Choć wiedziałam, że psy mają niesamowity węch, to chyba dopiero wczoraj dotarło do mnie, jak bardzo ten zmysł jest u nich rozwinięty. Z odległości kilkudziesięciu metrów pies wyczuwał małą kulkę schowaną pod ziemią. Zadziwiał mnie też fakt, że nawet trufle, które mieliśmy w kieszeniach, nie zaburzały jego węchu i nie przeszkadzały w poszukiwaniu nowych okazów. Jak tłumaczył Giancarlo - te dotknięte przez niego miały już inny zapach. To wszystko niesamowite,  niejedną książkę o tym napisano i mnie również temat naprawdę zainspirował.


Wyruszyliśmy w słońcu i pięknej pogodzie, ale po godzinie nadciągnęła mgła czy chmury, gęste jak budyń. Przystanęliśmy w miejscu, które miało być panoramiczne, a Giancarlo wyciągnął z plecaka schiacciatę z mortadellą, pizzę i małą buteleczkę wina. W południe, zwłaszcza po wysiłku trzeba się posilić. 





Kiedy po krótkim przystanku ruszyliśmy dalej widoczność spadła niemal do zera. Gdzieś obok, całkiem blisko słychać było dzwonki krów, przykleiłam się więc do mojego przewodnika, bo nagle obleciał mnie strach na myśl o spotkaniu oko w oko z bykiem.
 - Jeśli teraz byście mnie tu zostawili, chyba nie wiedziałabym gdzie iść - przyznałam się, kiedy po raz enty zboczyliśmy ze szlaku. 
- Widzisz ten strumyk? Kiedy zgubisz się w górach musisz iść w dół płynącej wody. Wcześniej czy później dojdziesz do drogi. 
Wiele w czasie tego spaceru się nauczyłam. Głowa jeszcze dziś puchnie mi od wrażeń. Wiem, kiedy szukać trufli i gdzie, wokół jakich drzew, wiem co robić, kiedy zgubię się w górach, wiem jak orientować się w terenie i jeszcze wiele więcej.  


krowa



Ścieżki górskie o tej porze są rozmokłe i pokryte grubo opadłymi liśćmi. Nietrudno o wywrotkę. Kłopot jednak w tym, że zbieracz trufli często utarte ścieżki porzuca, idzie na przełaj, wspina się tam, gdzie stromo albo zsuwa się łapiąc konarów. Jeśli jest miejsce gdzie rodzą się trufle, trzeba je skontrolować. Niektóre z miejsc, które widziałam wczoraj zdawały się aż niemożliwe do odkrycia. Przeciskaliśmy się przez krzaki, jeżyny, gałęzie, osłaniając oczy, pochylając głowę, stąpając ostrożnie, szukając pewnego gruntu, by stopę bezpiecznie postawić. Zapytałam mojego przewodnika od ilu lat szuka trufli i kto te wszystkie miejsca przed nim odkrył. W odpowiedzi usłyszałam, że już od 30 lat wychodzi z psem do lasu, w góry, a miejsc z biegiem czasu nauczył się sam.






Patrzyłam na Giancarlo z podziwem i odrobiną zazdrości. Jest wciąż uśmiechnięty, nie przestaje żartować, to jedna z najbardziej pozytywnych osób jakie w życiu spotkałam. Jakże inne to jego życie, o ile zdrowsze, spokojniejsze. Nawet jeśli zbieranie trufli wymaga siły i samozaparcia, to jednak stokroć lepsza to "praca" niż przybijanie karty w korporacyjnym kołchozie. Wiem już na pewno, że ja też tak chcę.
I jeszcze jedna kwestia - Giancarlo i jego pies. Nigdy w życiu nie widziałam psa tak zapatrzonego w swojego pana. Psa spoglądającego wzrokiem zakochanej dziewczyny, szukającego czułości, a z drugiej strony z takim posłuszeństwem wykonującego swe zadania. 

To był piękny dzień. Wiem że będą następne. To był dla mnie prawdziwy zaszczyt i wyróżnienie. Grazie di cuore Giancarlo!

SZUKAĆ to znaczy CERCARE (wym. czerkare)


czwartek, 29 października 2015

Na jesiennym półmetku.




Listopad zjawił się przed czasem. Przykrył niebo szarym pokrowcem. Rozłożył na ziemi puchate mgły.  Deszczem chlusnął obficie, że aż rzeki burą wodą napęczniały. Dziwna ta jesień w tym roku... Niby ciepła, bo wciąż jeszcze poranne szczękanie zębami nas nie dotyczy, niby smaczna, bo zbiorami wyjątkowo obficie raczy. 
Tylko tego słońca... jak na lekarstwo, wydziela kryzysowe racje, jak komunistyczny dyktator, jak wdowa smutną twarz, chowa lazur pod sinym welonem. 
I to wszystko, te deszcze, szarości, smutne niebo, w innych okolicznościach za pewne skutecznie by mnie zdołowały, ale nie dziś. Dziś bowiem czeka mnie coś wspaniałego, coś na co od dawna czekałam. Oczywiście osoba taka jak ja - skłonna do egzaltacji, wspaniałość widzi w zwykłym ciao, więc nie myślcie, że będzie to obiad z Sofią Loren, przyznanie obywatelstwa, czy odbiór nagrody za trafione liczby w superenalotto. Może to co mnie czeka dla zwykłego człowieka niczym aż tak wielkim się nie wyda, ale dla mnie jednak będzie to niezwykłe. Znów zachwycę się miejscem, ludźmi, znów doświadczę prawdziwej sympatii. A jeśli jeszcze wszystko uda się tak jak powinno, to wieczorem znów zjem jak królewska córka! 
Zdaje się, że nawet słońce obudziło się z letargu i wciągnęło listopad za kulisy. Niech to będzie dobry dzień!

WIELKI to znaczy GRANDE (wym. grande)

środa, 28 października 2015

Szelest poranka, czyli dwa słowa o prasie.


Włoski bar. Przed barem stoliki. Przy stolikach starsi panowie. Na stolikach i w rękach starszych panów - gazety! Trudno sobie bez nich wyobrazić włoski poranek. Szelest przewracanych kartek wraz z pobrzękiwaniem filiżanek i głośnymi rozmowami tworzą poranną muzykę. Tytułów jest wiele, niektóre zna cały świat, choćby La Repubblica czy Corriere della sera. Poza nimi każdy region, a czasem nawet miasto mają swoje lokalne dzienniki - Toskania ma La Nazione, Romagna il Resto del Carlino. W barach marradyjskich, z racji przygranicznego położenia znajdziemy prasę zarówno z Romagnii jak i Toskanii. Jednym z najważniejszych tytułów, który znajdziemy chyba w każdym barze - jak Italia długa i szeroka - będzie la Gazzetta dello Sport. Piłka nożna, moto, tenis - Włosi muszą być w tej kwiestii jeszcze bardziej na bieżąco, niż w sprawach polityki czy ekonomii.  


Choć dziś na świecie już niemal wszystko robi się "on - line", to ja jednak w pewnych kwestiach jestem niepoprawną tradycjonalistką. Mam tu na myśli książki i prasę. Żaden elektroniczny wynalazek nie zastąpi mi szelestu książkowych kartek, nawet najlepszy Mac nie zastąpi też Toskańskich Notesów. 
Mam nadzieję, że i Włosi wciąż temu szelestowi będą wierni, bo inaczej poranek we włoskim barze, już nigdy nie będzie taki sam. To jest właśnie idealny moment, by wczuć się w tutejszy klimat. Trzeba zamówić kawę, wypić ją na stojąco wertując gazetę, komentując na głos aktualności i wymieniając uwagi z innymi, najczęściej bogato okraszone humorem. Oczywiście jak prawdziwy Włoch - możemy się zirytować, poprzeklinać sytuację w kraju, ale na tym koniec. Potem trzeba się uśmiechnąć i życzyć wszystkim miłego dnia. Co też niniejszym czynię. 
Buona giornata!

il CORRIERE to znaczy KURIER (wym. korriere)

wtorek, 27 października 2015

Moje małe szczęśliwości


Tak jak jeszcze długo nie minie mi zapał, by błądzić w plątaninie górskich ścieżek, odkrywać nowe miasta, miasteczka, tak już wiem na pewno, że nigdy nie minie mi entuzjazm, który towarzyszy ilekroć przekraczam włoskie progi. Każde z tych spotkań wciąż niesie coś nowego, każde wypełnia mi głowę tysiącem wrażeń. 
Nadal też będę obstawać przy swoim - Marradi nie jest zwyczajne, ludzie tu są inni, co do tego moje zdanie się nie zmienia. Zaskakuje tylko fakt, że czas mija i choć ja już dawno przestałam być nowa, to sympatia z jaką się tu spotykam nie osłabła nic a nic. To samo ciepło, które czułam kilka lat temu, w czasie wakacyjnych spotkań, czuję też teraz. Każdego dnia rozgrzewa od środka, często będąc również buforem na codzienne bolączki i złośliwości płynące z daleka.  


Kiedy siedziałam wczoraj przy stole w cantinie naszego znajomego, z kieliszkiem wina, z ogniem trzaskającym za plecami, nagle uświadomiłam sobie, że minęło dokładnie 6 lat, odkąd wstąpiłam tam pierwszy raz. Sześć lat od mojej pierwszej jesiennej podróży do Toskanii. - Dzisiejsze - powiedział podając mi zawiniątko. Wzięłam je w ręce jak skarb najdrożyszy i zanużyłam nos głęboko. Mmmmm.... Chłopcy będą szczęśliwi - pomyślałam. Chwilę potem na stole wylądował też talerz sycylijskich słodkości. Siedziałam jak zaczarowana słuchając gadania o tym i o tamtym, a że to gadanie swojskie, w dialekcie, więc uwagę całą skupiłam, chłonęłam każde słowo, jak dziecko bajki nieznane i tylko co jakiś czas czarne kulki pod nos podsuwałam, by zmysły jeszcze bardziej otumanić.


To są chwile, które doceniam najbardziej. Do Gubbio, do Rzymu, do Florencji, nad morze, w góry może pojechać prawie każdy, ale usiąść przy stole w takim miejscu i w takim towarzystwie, to wielkie szczęście, które spotyka tylko nielicznych. Jestem jedną z nich...

SZEŚĆ to po włosku SEI (wym. sej)

poniedziałek, 26 października 2015

Ostatni kasztanowy pociąg


Zapadł zmrok. Zarówno w stronę Romagnii jak i Florencji sunie sznur samochodów, motorów i kamperów. Miasteczko jednak wciąż jest pełne, wciąż jeszcze ktoś zmierza w kierunku piazza. Tak jakby ludziom trudno było rozstać się z ostatnią kasztanową sagrą. Czwarta niedziela, jak i pierwsza były zwykle tymi mniej obleganymi, ale w tym roku było inaczej. Ostatnia kasztanowa niedziela ściągnęła całe tabuny ludzi, miasteczko pękało w szwach.  




Przeszłam Marradi znów we wszystkie strony, w górę i w dół i na plac i do stacji. Sfotografowałam to czego nie uchwyciłam w poprzednich tygodniach oraz to co złapałam już milion razy. Nacieszyliśmy się smakołykami - kasztanowymi i nie tylko, a dzieci na koniec zjadły watę cukrową, na którą od dawna doczekać się nie mogły!
- Mamusiu kosztowała 2 euro!
- ...
- Ale opłacało się, była gigantyczna.
- To mnie akurat nie cieszy.
- Daj spokój, nie jadłem waty cukrowej od trzech lat! Przeżyję, a zęby może mi się tak zaraz nie rozpadną.
Uśmiechnęłam się szczerze na to rozumowanie Tomka i na znak zgody oderwałam kawałek niezdowego białego puchu i sama zjadłam ze smakiem. 


Żal było iść do domu, ale tłum w końcu nas zmęczył, a nogi weszły tam, gdzie ciemno. Oddalaliśmy się wolnym krokiem od centrum, a w tle pobrzmiewało rytmiczne muzykowanie grupy koncertującej przy moście.
 - Pożegnajmy się z sagrą! - wołali chłopcy, kiedy z via Francini obserwowaliśmy pielgrzymkę sunącą w stronę centrum. - Kasztanowe do zobaczenia za rok!  



WATA CUKROWA to ZUCCHERO FILATO (wym. dzukkero filato)

Drukuj