środa, 30 września 2015

Kiedy słowo "rudera" jest nieodpowiednie.


Myślę, że znam okolicę lepiej niż niejeden marradyjczyk, coraz trudniej jest moim tutejszym znajomym znaleźć miejsce, w którym jeszcze nie byłam, którego jeszcze nie fotografowałam. Tym bardziej więc wydaje się nieprawdopodobnym, by nowe odkrywali tu dla mnie moi Goście z Polski, a tak właśnie stało się całkiem niedawno. Ten post i zdjęcia im też dedykuję. 
Lozzole to jedno z piękniejszych miejsc w okolicy, coś w nim jest mistycznego, magicznego, sama nie wiem ... Myślę, że też i inni moi Goście to potwierdzą, ale o tym więcej jutro. 
Dziś chciałam opowiedzieć Wam o drodze na Lozzole i o tym, co można tam napotkać. Mieszkając po tej stronie wzgórz, wyruszaliśmy na szlak zawsze od strony doliny Lamone, jednak ostatnim moim Gościom, zaplanowałam inną trasę - od strony Palazzuolo. Kiedy wrócili, nadziwić się nie mogli - jakież to zadziwiające rudery kryją tutejsze lasy... Nadziwić się nie mogłam i ja, kiedy pokazali mi zdjęcia owej budowli i już wiedziałam, że jak tylko znajdziemy chwilę, zaraz pojedziemy zobaczyć ją na własne oczy ... 


Drogi Mugello wszystkie są niezwykłe, jedna piękniejsza od drugiej. Gdzie nie spojrzeć, dech zapiera z zachwytu. Z jednej strony okazałe poderi, z drugiej rozpadające się rudery. Choć w tym wypadku słowo rudera zdawać się będzie tak bardzo niestosowne ...   


Ca' del piano - tyle znalazłam informacji! Ale nie spocznę, póki nie dowiem się więcej. Napisałam nawet do samego burmistrza Palazzuolo, czy coś mu wiadomo na temat historii tego miejsca, będę pytać i szukać, bo to najniezwyklejsza rudera ze wszystkich jakie widziałam. Sądząc po rozrzuconych pozostałościach murów, można sobie tylko wyobrazić jak była ogromna. Ostała się studnia i arkady... 
Kto tu mieszkał? Świadkiem czyjego życia były te wszystkie kamienie? Mam nadzieję, że już niedługo Wam opowiem.  


GDZIE to po włosku DOVE (wym. dowe)

wtorek, 29 września 2015

Jeszcze wyżej


A ponad gajami, już tylko granie porośnięte karłowatymi dąbkami, jałowcami i wrzosem. Suche trawy i rdzawe paprocie drżą na wietrze, kiwają się łebki jesiennych kwiatów, a wiatr hula jak wariat. Słońce... to jest, to znika, promienie przez chmury przeciska, jego ciepło już znikome, ale spektakl, który daje w zamian jest niezwykły. Niewielu zna taką Toskanię. Niewielu w ogóle taką chce poznać. Cyprysy i winnice są po drugiej stronie wzgórz, a tu jest Mugello, dzikie Apeniny. Tu pierwsze skrzypce gra natura. Jeśli ktoś da jej szanse i pozwoli się zaprosić już zawsze będzie tęsknił...


Łatwiej spotkać tu dziką zwierzynę lub jej ślady, niż człowieka. Zostały tylko porzucone kamienne domy. Teraz jeszcze ukryte w liściastym gąszczu. Do niektórych ludzie powoli zaczynają wracać, kładą nowy dach, oswajają. Pewnie i oni, tak jak ja zmęczyli się życiem w pędzie, obrzydło im miasto, cywilizacja, człowiek.

Teraz mieszkam u stóp Castellone, ale kiedyś i ja będę mieć swój kawałek wzgórza.

- Mamusiu zatrzymajmy się tu!  
- Tu jest świetne miejsce do zabawy! 
No to się zatrzymujemy. Chłopcy już mają scenariusz, już się w ich głowach zrodził plan. Nagle każdy korzeń, kamień, krzew mają duszę i swoją rolę w spektaklu. Patrzę to na nich, to na morze szczytów pod chmurnym niebem. Jak cudownie byłoby tu mieszkać, jak bardzo byliby tu szczęśliwi. Rozmawiam z nielicznymi mieszkańcami tych stron, patrzę niemal z zazdrością na spracowane ręce. Są uśmiechnięci, spokojni, samowystarczalni. Żyją w kamiennych domostwach, wśród kasztanowych gajów lub ponad nimi, mają psy, stado owiec, kilka kur, ogródek za płotem. Żyją...  



ERICA to znaczy WRZOS (wym. erika)

poniedziałek, 28 września 2015

Ręce pełne kasztanów



Kasztanowce na wzgórzach Mugello... monumentalne, dostojne, tak piękne, jakby były namalowane. Natura to geniusz o duszy artysty... 
Jak tego wszystkiego nie kochać? Jak mając to wszystko dookoła miałoby nam brakować miasta, Warszawy, cywilizacji? Co może się równać z tym krajobrazem, z bajkowymi gajami, górami, dolinami? Co może dać dzieciom więcej szczęścia niż bieganie pomiędzy kilkusetletnimi drzewami, goniąc za psem i upychając do kieszonek jeszcze nie całkiem zbrązowiałe marroni?


To najpięknieszy gaj kasztnowy w okolicy! Byliśmy tu kiedyś tylko raz, ale uprzedzeni przez Mario o obecności psów pasterskich nie nastawionych przyjaźnie do ludzi, nawet nie wysiedliśmy z samochodu. Tym razem jednak spotkalimy właścicieli tutejszego domostwa i to oni zabrali nas na spacer po kasztanowym gaju. Było nastrojowo, swojsko, pięknie ... 
Kapryśne słońce to przebijało się jaskrawo przez czapy drzew, to znikało za chmurami jakby było zagniewane. Żal było odjeżdżać, bo tak nam było dobrze, spokojnie, w miłym towarzystwie. Ale czekał na nas jeszcze spacer granią, ponad gajem, skąd widać daleko, daleko i jeszcze dalej ...

Czy tam mieszka gnomek?
Ręce pełne kasztanów
Gdzie diabeł nie może tam Tomka pośle!
Co widać w oddali?



Valbura!
Krótka lekcja kasztanowa. 

DOBREGO TYGODNIA! Słówko na dziś to PEŁNE - PIENE (wym. piene)

Drukuj