niedziela, 9 sierpnia 2015

Życie na zamku - Dozza, część druga.


Nie należę do osób, które stoją w kolejce kilka godzin, by zaliczyć obowiązkowy punkt wycieczki, nie pcham się na siłę do muzeów, tylko dlatego, że wypada tam być. Historia nigdy nie była moją wielką pasją.  Idę tam, gdzie rzeczywiście chę iść, gdzie coś mnie zainteresuje, zaciekawi. 
Kiedy obeszliśmy już wszystkie uliczki Dozzy i nacieszyliśmy oczy malunkami ściennymi, znów znaleźliśmy się przed zamkiem. 
- Wejdziemy do środka? - zapytał Tomek - moje dziecko w przeciwieństwie do mnie muzea i historię uwielbia.
- Poczekaj zerknę. 
Wsadziłam nos do środka, a oczom moim ukazał się piękny dziedziniec. Rdzawe fasady oblane porannym słońcem czyniły to miejsce przytulnym i malowniczym. I ja nabrałam ochoty by przejść się po zamkowym wnętrzach niczym dawna contessa...


Zamek w Dozzy liczy sobie około 500 lat, ale to żadna wielka rzecz, tutaj to raczej normalka. Imponujące jest jednak to, że zachowany jest w doskonałym stanie i nie mam na myśli tylko murów zewnątrznych. Kuchnia, sale, więzienie, pralnia - wszystko wygląda tak jakby jeszcze nie dawno było tętniło tu życie. 


Z racji mojej miłości do sztuki kulinarnej, to właśnie kuchni byłam najbardziej ciekawa i tu zachwyty mogłabym pisać do rana. Kominek, zlew, piec, garnki, patelnie ... wszystko autentyczne. Niemal czuć jeszcze zapach potraw, które tu przygotowywano. Kamienna krawędź wyżłobiona od noży, które na niej były ostrzone. Srzęty, których przeznaczenia nawet się nie domyślam, wszystko imponujące! Takie miejsca lubię, tu historii nie trzeba opowiadać, tu widać ją i czuć. Chciałabym przez moment zobaczyć zamkowe życie, właśnie stad, z tej perspektywy, od kuchni!




Ruszamy dalej - na piętro. Tu mieszkało państwo. Komnaty niby bogate, a jednak bez nadęcia. Surowe i bardzo ... dzisiejsze, znów trudno uwierzyć w tak długą historię miejsca. Kołyska, wanna, łoża, stół, kaplica...





Weszliśmy na samą górę, na wieżę mniejszą i większą, a potem znów na dół, do pralni i do więzienia. I to ostatnie pomieszczenie, obok wspomnianej już kuchni zrobiło na nas największe wrażenie. Nie ze względu na narzędzia tortur, bo tu wiadomo, że średniowiecze miało bogatą wyobraźnię, ale poruszyły nas ślady na ścianach. Na pierwszy rzut oka zdające się być dziełem wandali, tudzież turystów, którzy chcą zostawić po sobie pamiątkę, po bliższych oględzinach okazuje się, że to autentyczne wydrapywanki nieszczęśników zamkniętych w niewoli. Być może niektórzy już nigdy stąd nie wyszli.    


Jedna kreska - to dzień? tydzień? miesiąc? 


Mogłabym tu zamieszkać! Kto wie, może nawet płynie we mnie błękitna krew? Przechadzałabym się po krużgankach jak Caterina Sforza setki lat temu. Zachwycałabym się porannym światłem, które przez małe okienka wdziera się do wąskich korytarzy i widokiem z wieży na okoliczne wzgórza, na łagodne pagórki Romagnii... 
Nie ... jednak nie, może kiedyś. Teraz bardziej niż pałacowe stanze, bliższe mi są swojskie izby kamiennych domów ...


CASTELLO to znaczy ZAMEK (wym. kastello)

Przypominam jeszcze, kto ciekawy - dziś 10.25 na Rai 3 Marradi!!

3 komentarze:

  1. Piekne miejsce i dzieki za to, ze mozemy zwiedzac razem z Toba Kasiu.Pozdrawiam i milej niedzieli Alicja

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękne są takie miejsca. Perełki odległe i niedoceniane... a przecież to one nadają smak, to one są najcudowniejsze. Nie te typowo turystyczne, typowo przewodnikowe. Podzielając słowa Alicji... to dzięki Tobie Kasiu poznajemy to co najcenniejsze i najbardziej klimatyczne w Italii.

    OdpowiedzUsuń
  3. Cieszę się, że tak jest a za miłe słowa bardzo Wam dziękuję!

    OdpowiedzUsuń

Drukuj