wtorek, 11 sierpnia 2015

Florencja towarzysko i kulturalnie


Miniony tydzień był najbardziej intensywnym tygodniem w moim biforkowym życiorysie. Święto piadiny, noc polenty, corrida, Dozza i na koniec, jakby atrakcji jeszcze było mało ... Firenze!


O 9.00 w sobotni ranek staliśmy na stacji Biforco i czekaliśmy na spóźniony pociąg. W taki upał i one ruszały się wolniej. A upał rzeczywieście był nieziemski, nawet o tak wczesnej porze i to w miasteczku o - jakby nie było - górskim klimacie. Czekała na nas Florencja, przemiłe towarzystwo i potężna dawka sztuki. 


Mieszkam 60 km od Florencji, to godzina jazdy pociągiem. Mogę tu wpadać, kiedy tylko chcę i tak też robię. Jak już kiedyś pisałam - po początkowej niechęci nadszedł czas pełnego zakochania się w stolicy Toskanii. Uwielbiam Florencję, uwielbiam ją o każdej porze, z piekielnym upałem w sierpniu, z marznącym deszczem w marcu, z turystami, z całym chaosem, jaki tam panuje. Nie jestem jednak osobą, która jadąc gdzieś musi odhaczyć na liście wszystkie obowiązkowe zabytki, a już tracić pół dnia na stanie w kolejce, żeby zobaczyć muzeum, katerdrę, obraz? O nie! To nie dla mnie.  


Ale kiedy ktoś mówi - słuchaj tego i tego dnia, o tej i o tej godzinie wchodzimy do galerii - pasuje? No jakby mi mogło nie pasować???! Ciekawa byłam bardzo, cieszyłam się, że znów "ukulturalnię" chłopców, choć co do nich miałam wątpliwości czy nie wymagam zbyt wiele. Ale pomijając Uffizi i dzieła sztuki - przede wszystkim cieszyłam się na wyczekane spotkanie. 


Po blisko roku znów usiedliśmy przy kawie, tym razem nie w Montecatini, a we Florencji. To są dla mnie wzruszające, bezcenne momenty. Znajomości, przyjaźnie, które zagościły w moim życiu właśnie dzięki blogowaniu. Czytelnicy i uczniowie - pamiętajcie, że dla mnie nasze spotkania są zawsze wyjątkowe, a ostatnie dni - od niedzieli zaczynając, jak i te nadchodzące obfitują w podobne wzruszenia. 



W takim towarzystwie zatem, zwiedzanie jednej z najsłynniejszych galerii świata jest przyjemnością nadzwyczajną. Malarstwo uwielbiam, ale też muszę przyznać, że nie padam na kolana tylko dlatego, że mam przed oczami oryginalne Narodziny Venus Botticellego. Tak naprawdę w równej mierze cenię sobie nieznane wiekowe freski w wiejskiej pieve. Ale  oczywiście nie ukrywam, że miła mi świadomość mieć te wszystkie skarby tak blisko. 


W takich miejscach równie ciekawym obiektem jak dzieła sztuki są ludzie. Turyści, którzy przyjechali tu z różnych zakątków świata, niektórzy pokonali tysiące kilometrów, odstali kilka godzin w kolejce - ich zachowanie, przejęcie, ekscytacja, są dla mnie jak spektakl. Mogę do woli prowadzić moje socjologiczne obserwacje. Zastanawiam się co myślą i co czują, kiedy wyciągają telefony, tablety, aparaty w stronę Giotto. Ilu z nich naprawdę kocha sztukę, a ilu chce mieć tylko "ambitny" materiał na portale społecznościowe.  


A teraz słów kilka o moich chłopcach...
Zerwałam ich rano z łóżka, dałam po plecaku do dźwigania - jeden z prowiantem, drugi ze sprzętem fotograficznym. Zabrałam do jednego z najbardziej upalnych miast na Półwyspie. Kazałam chodzić w te i we wte, zaglądać do sklepów i innych zakamarków, ale ... wcale nie kazałam się niczym na siłę zachwycać. Martwiłam się wręcz, że mogą w Uffizi troszkę się wynudzić, bo mimo całej swej wyjątkowości, to przecież dzieciaki jak każde inne. Przynajmniej tak myślałam do tej pory...  


Ale po tej sobocie we Florencji mam wątpliwości. Muszę stwierdzić, że to chyba jednak nie dzieciaki jak każde inne. Kiedy weszliśmy do środka, zaraz wyciągnęli kamery i dalej dokumentować obraz po obrazie, oceniać te, które najbardziej do gustu przypadły i to ja byłam tą, która poganiała - no chodźcie już, nie filmujcie każdego obrazu, bo nas pasterka zastanie, itd... itd ... Byli autentycznie, przejęci, zainteresowani i poruszeni, choć ze zmęczenia i z gorąca słaniali się na nogach. 




I na koniec jedno zajście z wejścia do galerii. 
- W plecaku jest nóż - informuje strażnik, kiedy plecak ze przętem fotograficznym przejeżdża na taśmie jak te na lotnisku. 
- Jaki nóż???
- Szwajcarski - odpowiada rezolutnie Mikołaj. 
Nasz towarzysz wycieczki, nie rozumiejący wszystkiego po włosku patrzy oszołomiony na Mikołaja, jakiego to "szwajcara" uwięziło dziecko w plecaku.

- Nóż? Nóż? Matko! Aaaa nóż mojego dziecka - i zaraz sobie myślę, że brzmi to dosyć dziwnie - "nóż mojego dziecka". Scyzoryk! - Mierzę Mikołaja wzrokiem bazyliszka - nie rób mi obciachu, gdyby to było lotnisko, scyzoryk byłby już w śmieciach, masz częście, że mają tu skrytkę na takie przedmioty. 
- Ale mamusiu, przecież ja jestem chłopak ze wsi - szepcze mi do ucha rozbrajająco - to normalne, że mam nożyk...  
I takie to atrakcje mieliśmy w sierpniową sobotę. Bardzo, ale to bardzo dziękujemy za tyle niesamowitych wrażeń, za organizację, za niespodzianki i za kawę bardzo bardzo mleczną:) ! 



DZIEŁO SZTUKI to po włosku OPERA d'ARTE (wym. opera darte)

3 komentarze:

  1. Świetne! :) Takie spotkania są cudowne, niezapomniane i wyjątkowe... oczekując przyszłych wakacji pozdrawiam Was cieplutko już teraz...

    OdpowiedzUsuń
  2. Fantastycznie miec takich znajomych.Florencja musi byc piekna, a ja mam nadzieje jeszcze kiedys odwiedzic Wlochy.Pozdrawiam z chlodnej Anglii.

    OdpowiedzUsuń
  3. właściwe osoby na właściwym miejscu - to musiało się udać ;))

    OdpowiedzUsuń

Drukuj