poniedziałek, 15 czerwca 2015

Zdobycze poburzowego spaceru


Po obiedzie zaniosło się, grzmotnęło raz i drugi, lunęlo jak z cebra i szlag trafił nasze plany piknikowe. Dopiero wczesnym popołudniem jak się burzyć przestało pojechaliśmy do Marradi, ot tak żeby nogi rozprostować, ruszyć się, nie stać w miejscu. Marradi plac, Marradi most, stała trasa dobrze znane miejsca. Wydaje się, że już każdy detal  tu  fotografowałam, a jednak proszę - znów niespodzianka! Obok sklepu spożywczego dopiero wczoraj wypatrzyłam stare, zardzewiałe napisy. 




- Jakaś loteria chyba - pokazuje Mario na wystawę jednego z moich ulubionych sklepów.
- Jaka loteria? - przystaję zaciekawiona, przystają i chłopcy. 
- No zobacz! Numerki są poprzyczepiane. 
Patrzę i nie dowierzam. 
- Numerki? To euro! Nie numerek, a cena ... ileś tam euro, rozejrzyj się - udaje mi się rozjaśnić sytuacje nim zacznie dławić mnie śmiech. Chłopcy mają ubaw przedni. 
- O popatrzcie tu też loteria! - przystaję przy kolejnej witrynie, gdzie również do towarów ceny są poprzyklejane. Udaję, że nie ma w moim głosie kpiny, Tomek i Mikołaj chichoczą jak dwa skrzaty, a Mario tylko głową kręci i ręką wygraża.
- Chodźmy na via dei Moratelli! - proponuje Mikołaj.
Nie mam pojęcia gdzie to jest, ale daję się grzecznie prowadzić, jeśli to miejsce gdzie nie byłam, nie trzeba mnie namawiać. Via Moratelli, wiedzie w stronę San Benedetto i uczęszczana jest głównie przez gęsi, które na nasz widok wpadają w panikę.


Jakoś to "via" nie bardzo mi tu pasuje. Przecież to jak polna droga z ptactwem domowym na wybiegu, z poboczem czerwonym od poziomek i maków. 
- Skąd znasz takie zakamarki? 
- Byłem tu z klasą - odpowiada Mikołaj.
- Teraz ja będę uczyć się od was.


Dochodzimy do głównej drogi. Mario proponuje byśmy odwiedzili starego znajomego. 
- Ucieszy się!
No to idziemy! Przechodzimy na drugą stronę szosy i zaczynamy wspinać się powoli szutrową drogą w kierunku kasztanowych gajów. W powietrzu pachnie ziolami i niedawną burzą, jest duszno i parno. Ktoś na pewno w takiej aurze czuje się jak ryba w wodzie. 


Wielkie ślimaki wędrują całymi pielgrzymkami. 
- O patrz jaki wielki!
- Nazbierajcie i sprzedajcie - proponuje Mario, a chłopcy całkiem poważnie biorą do siebie plan na nowy biznes. Garście napełniają pasiastymi skorupami, z których wystają dorodne, lepkie ciała. 
- Nie mów im tak, bo oni to biorą na serio. Gdzie to chcecie sprzedać? To nie lata pięćdziesiąte!
- Jutro na targu! 
- Nie ma mowy. 
Idą i szacują wagę, kalkulują ceny. Ja zwariuję.
- A Amos na mercatino teraz sprzedaje starocie z lat pięćdziesiątych i dobrze - argumentuje Mikołaj - to my też możemy.
- A co to w ogóle ma do rzeczy!? Co starociom do naszych ślimaków?

Przypomina mi się niedawna wizyta u Camuranich. A może i my je spróbujemy przygotować? - myślę sobie.
Zbierając ślimaki zaniosło nas wyżej, poza miasteczko i tak to chłopców pochłonęło, że już do żadnych znajomych nie szliśmy, tylko zastanawialiśmy się jak te mięczaki przetransportować do samochodu.

Aaaa laskoczą!
Różni przedstawiciele gatunku.
Wracamy do miasteczka z Tomka bluzą pełną ślimaków i zaraz w pierwszym zaułku spotykamy znajomego rybaka. 
- O ślimaki! Buone! Chcecie worek?
- Grazie! Wiesz może jak się je przyrządza?
- W domu je robimy na różne sposoby: smażone, w sosie albo spiedini
Marco instruuje nas, jak się z nimi obejść, ile dni moczyć i w czym, ale konkretny przepis muszę zdobyć gdzie indziej. 
Kiedy podjeżdżamy pod dom, spotykamy jednego z moich najmilszych sąsiadów. 
Ten jeszcze raz tłumaczy ile moczyć, ile gotować, jak flaczek wyciągnąć. 
- ... a ja to najbardziej lubię spiedini! Żmudna robota, ale za to prawdziwe delicje. Nadziewasz na patyczek na zmianę: ślimaka ...
- Szałwię i pancettę.
- Dokładnie! To co ja cię tu będę uczył, jak ty już wszystko wiesz!
Mężczyzna uśmiecha się tak serdecznie, że aż mi ciepło na duszy. 


Ślimaki moczą się od wczoraj, zobaczymy co mi z tego gotowania wyjdzie. Jeśli tu wszyscy je jedzą i smakiem się zachwycają, to czemu ja miałabym nie spróbować. Nie mogę być mięczakiem!
Dobrego tygodnia!

SPIEDINO - to znaczy SZASZŁYK

4 komentarze:

  1. Pilnujcie zdobyczy by nie czmychnęła z garnka :)
    A czemu gąski nie zabraliście ze sobą ?

    OdpowiedzUsuń
  2. wow zawsze mi się marzyło by spróbować ślimaki.. pięknie mamie robotę dali :P

    OdpowiedzUsuń
  3. o mamo! brawa za odwagę! ja to jednak mięczak jestem heh ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Widziałam twoje zdjęcie na oderwany.com, obłędna ta niebieska sukienka. Wiem, że we Włoszech mieszkasz na stałe, że to zdjęcie nie było zrobione w podróży, ale podsunęłaś mi pewien pomysł: od teraz zawsze będę zabierać w ze sobą jakiś kobiecy ciuch, żeby zrobić sobie super zdjęcie w podróży, że nie tylko szorty i sandały:)

    OdpowiedzUsuń

Drukuj