niedziela, 14 czerwca 2015

W niezwykłym gronie


Choć już od kilku dni mamy wakacje, to jeszcze przez chwilę temat szkolny. Choć to "szkolny" zupełnie mi tu nie pasuje. Lekcje już się skończyły, świadectwa odbierzemy we wtorek, ale wiadomo przecież, że aby zakończenie miało ręce i nogi trzeba się jeszcze spotkać przy stole. O pizzy w Tomka klasie już pisałam, a zatem teraz czas na IIIa.  
  

Już kilka tygodni wcześniej ustaliliśmy zgodnie, że zamiast kisić się w pizzerii, lepiej wynająć na cały dzień teren boiska z gastronomicznym zapleczem w pobliskim S. Adriano. W ten sposób mieliśmy możliwość spędzić cały dzień pod gołym niebem, bawić się, tańczyć, zorganizować zawody, mecze, porozmawiać, pożartować, pobyć razem bez patrzenia na zegarek. Każdy przyniósł do jedzenia to, co obiecał, a zatem były i sałatki i tarty i "słone torty" i meringa i crostata i inne pyszne słodkości i oczywiście kiełbasa pieczona na ruszcie 



Na nasz piknik zostały zaproszone również nauczycielki. Nawet jeśli nie cały dzień, to choć chwilę mogliśmy pobyć razem w okolicznościach przyrody całkiem nieszkolnych. To łączy jeszcze bardziej. Choć tu o "bardziej" byłoby ciężko, bo same maestry przyznają, że klasa IIIa (teraz już IV) to szczególny przypadek. Jeśli ktoś popatrzyłby z boku, pomyślałby, że to grupa dobrych znajomych, których dzieci, cudownym zrządzeniem losu, poszły do jednej klasy. Ale tak nie jest. To grupa ludzi, którzy wspaniale się czują w swoim towarzystwie i bawią się tak jakby byli paczką zgranych przyjaciół. Miał być tylko piknik i podwieczorek, a potem wszystko się przedłużyło i nikt, kto nie musiał, nie chciał wracać do domu. Zjedliśmy razem kolację, rozegraliśmy mecz siatkówki i rozstaliśmy się dopiero wtedy, kiedy słońce zaczęło znikać za wzgórzami. Dzieci dawno się tak nie wybawiły, a mój Tomek był w siódmym niebie, kiedy mógł brylować przy stole sypiąc dowcipami jak z rękawa, ku uciesze wszystkich biesiadników. 
Nic już nie dodam, bo euforia aż kipi mi uszami, więc powtórki w zachwytach Wam daruję. Żałuję, że zdjęć najciekawszych nie mogę opublikować, ale w tym całym zamieszaniu nie zapytałam, czy mogę, a poza tym z racji upału i niekończącej się wojny wodnej, większość uczestników porozbierana była do rosołu, zatem wybaczcie skromną tym razem fotorelację, 
a ROZEBRANI to po włosku SPOGLIATI (wym. spoliati)

Im bardziej zachwycone dzieci, tym większy pisk mam.
Wojna na wodę w upał bawi i starych i młodych.

A teraz gramy na serio! Tamto się nie liczy!
a teraz bawią się dorośli, a dzieci niańczą młodsze
Rywalizacja! Malowanie nosem!

2 komentarze:

  1. I co ja tutaj mam napisać w komentarzu? Ty dobrze wiesz co ja myślę. Trzeba z tego co Cię spotyka czerpać ile się da, bo każda taka chwila, każdy taki czas jest NIEZMIERNIE ważny dla nas jako ludzi . Ja już wiem, że te chwile dają siłę potężną.
    Pozdrawiam. Asia op.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak dzieci we Wloszech zwracaja sie do doroslych? Np. w takim przypadku jak to swieto?

    OdpowiedzUsuń

Drukuj