czwartek, 14 maja 2015

Marradyjska niecodzienna codzienność



Zrobiło się całkiem letnio, więc nie tylko w poniedziałki, kiedy przypada dzień targowy, przewija się przez Marradi tłum ludzi. Każdy ranek tętni teraz życiem, ludzie kupują kwiaty, pomidory i inne sadzonki, kursują w te i we wte, od baru do baru, od sklepu do sklepu. Z porannej polifonii moje uszy wyłapują: buon giorno Maria, buon giorno Francesco, ciao Fabio, ciao Chiara, ciao Caterina ... 

To personalne ciao, jest jeszcze piękniejsze niż to zwykłe, bez adresu. Ja również pozdrawiam i odpowiadam z radością, staram się dodać imię, problem jednak w tym, że nie zawsze je znam, ale cierpliwie uczę się każdego dnia. Tak jak ludzie tu nauczyli sie mojego, co często mnie zadziwia. Czasem okazuje się że osoby, które widzą mnie przelotem, doskonale wiedzą jak się nazywam. Tak też było ostatnio w kolejce w sklepie. 


Kolejka tu nie jest poukładanym ogonkiem, tylko rozproszoną grupą, jednak każdy doskonale wie kto za kim i kto po kim. Te kolejki, to jak spotkania towarzyskie, jest czas na rozmowę, wymianę przepisów, przesłanie pozdrowień córce, czy mężowi i jeśli ktoś się spieszy ... no cóż, to jego problem. I właśnie kilka dni temu stałam w takiej kolejce i kiedy nadeszła moja kolej, sprzedawczyni zwróciła się przez pomyłkę do innej osoby. Na co zagadnięta osoba szybko odpowiedziała, że teraz kolej Cateriny. Aż się odwróciłam zaciekawiona, bo nie bylo w sklepie nikogo ze znajomych, sami marradyjczycy, oczywiście znani z widzenia, z zakupów, z baru, ale nie przypuszczałam, że aż tak, by znać moje imię. 
Dokładnie tego dnia ktoś z Was napisał w komentarzu, że ja już bardziej "ichnia". Chyba rzeczywiście tak jest. Coraz częściej i wyraźniej pozwalają mi to poczuć. Kiedy jestem w barze i proszę o kawę nie muszę dodawać, że ma być macchiato, barman to wie. Coraz rzadziej też tłumaczę się z aparatu zawsze przy oku. Wiedzą, że ich miasto stało się moją miłością, która nawet po dwóch latach nie okrzepła nic a nic. 


 
Wchodzę do supermarketu po drobne zakupy. Ustawiam się przy stoisku z wędlinami, kiedy na środek sali wjeżdża na wózku dostawa serów. Wózek jak te na lotnisku, ale na nim zamiast walizek wielkie formy grana padano. Wciskam rękę do torby i cap za aparat! 
- Mogę, mogę? - pytam, pokazując nikona i już nie czekając nawet na odpowiedź chwytam w locie kolejną chwilkę do kolekcji. Młody chłopak nieco speszony obiektywem przekłada sery i znika po następną partię. Wtedy sprzedawczyni zza lady wędliniarskiej macha i szepcze konspiracyjnie. 
- Chcesz zrobić kilka zdjęć na zapleczu? Tam rozładują resztę.
- Pewnie! Mogę? 
Przechodzę za ladę i jednocześnie zerkam na sklep. Nigdy go z tej perspektywy nie widziałam. Przeciskam się pomiędzy szynkami i mortadelami i zaraz jestem na zapleczu. Chłopak jest zaskoczony widząc mnie znowu. Rumieni się, a sprzedawczyni zdaje się być jeszcze bardziej ubawiona sceną niż ja. Dla mnie to przede wszystkim żywy teatr, scenka z włoskiego życia, najmilsza niecodzienna codzienność. 

SPESE to są ZAKUPY (wym. speze)

8 komentarzy:

  1. A co to za biało-niebieska flaga? Oczywiście kupiłaś ten serowy krąg? :-))) Kasia z Pragi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście! Cały :)) Flagi to barwy klubu sportowego marradese, w ten weekend odbędzie się festa dello sport, zatem miasto już jest dekorowane.

      Usuń
  2. Tak pewnie kupiła bo ostatnio słyszałem jak ludzie rozmawiali o jakiejś blond lasce co ogromną forme grana padano do domu toczyła :)
    Nicko

    OdpowiedzUsuń
  3. KASIU TAK BARDZO POZYTYWNIE WYRÓZNIASZ SIĘ Z TŁUMU, ZE NIE DZIWOTA, ZE CORAZ WIĘCEJ LUDZI CIĘ ZNA

    OdpowiedzUsuń
  4. Kasiu - cudowna codzienność-życzę sobie takiej każdego dnia !!! Kawa,sery,ludzka życzliwość,uśmiech i słonce.....wiosna w sercu. Pozdrawiam Cie Kasiu serdecznie z Wodzisławia Śl.

    lucyna S.

    OdpowiedzUsuń
  5. fajnie że tak miło Ciebie pozdrawiają.. ech czytając książki dla dzieci czasami mam wrażenie że naprawdę lepiej było kiedyś kolejki do sklepików gdzie właśnie w kolejce się rozmawiało brak maszyn rolniczych powodował że ludzie dłużej pracowali ale więcej ze sobą rozmawiali bo sąsiedzi sobie nawzajem pomagali.... teraz tylko pośpiech byle szybciej więcej nie mam czasu.... ech kiedyś było lepeij i u Ciebie też tak w miasteczku jest cudnie przyjaźnie rodzinnie bez mega pośpiechu...

    OdpowiedzUsuń
  6. Sery- moja miłość ;). Marzeniem byłoby kupić taki serowy krąg :). Coraz bardziej urzeka mnie Marradi opisywane przez Panią i chyba zaplanuję w końcu podróż w te rejony Włoch. Nie w tym roku bo już mam plany na urlop ale może w przyszłym... w oszukiwaniach ciekawych miejsc i noclegu zawsze mogę skorzystać z Pani bloga Pani Kasiu ;) :). Pozdrawiam ciepło- karolina

    OdpowiedzUsuń

Drukuj