środa, 20 maja 2015

Długie Włochów rozmowy




Po porannych lekcjach idę do Marradi. Stały punkt dnia. Gdzie indziej powiedziałabym - "dzień świstaka", gdzie indziej - ale nie tu. Zaczynam "od dołu", to znaczy od najbardziej oddalonego sklepu - od piekarza. Proszę o chleb - mały toskański i okrągły puglieski, dla dzieci, płacę, a Pani Piekarzowa opiera się o ladę i mówi - "opowiedz coś, co u ciebie słychać, czym się teraz zajmujesz?" A zatem i ja opieram się z drugiej strony o ladę, chwalę się zdjęciami z festy, opowiadam o nowych artykułach, nad którymi pracuję, o wycieczce Tomka do Wenecji, o pomidorach, o tym i o tamtym. Gadam i gadam, buzia mi się nie zamyka. Ja - największy milczek świata. Antonella tylko słucha, podpytuje, komplementuje, nadziwić się nie może. Rozmawiamy tak dłuższą chwilę. Rozmawiamy naprawdę, jak człowiek z człowiekiem, nie ma to nic wspólnego z wymuszoną wymianą kurtuazyjnych zwrotów. 

Kolejny przystanek - warzywniak. W środku poza sprzedawcami jeszcze kilka osób, ciasno i gwarno. Zastanawiam się kto tu przyszedł po zakupy, a kto na gadu - gadu. Martina pyta jakąś kobietę, co będzie serwowała na obiad. Inna żartuje, że musi mężowi danie doprawić. imbirem Ja proszę o piselli mangiatutto i o instrukcję jak najlepiej je przygotować. Żarty, aluzje, dwuznaczności, obserwuję, wtrącam swoje pięć groszy i uśmiecham się znów do mijającej chwili. "Wariactwo, prawda?" - pyta retorycznie Martina. "Ja wciąż jestem pod urokiem!" - wyrażam szczerze swój zachwyt. Życzymy sobie miłego dnia i wychodzę.

Teraz mięso... Ale o rzeźniku napiszę innym razem, może odważę się wreszcie wyciągnąć aparat i wtedy też będziecie mogli zobaczyć, gdzie marradyjczycy kupują bistekki i trippę. To jeden z moich ulubionych sklepów. Choć tak naprawdę wszystkie są moimi ulubionymi.

Przypadkiem przed wejściem spotykam innego rzeźnika, który obecnie już cieszy się, życiem emeryta, ma zatem czas na dłuższe gadu gadu. Stoimy na środku ulicy, słowa płyną wolno i spokojnie, zupełnie jak życie tutaj. Zawsze jest temat do rozmowy i nigdy nie zapada niezręczna cisza.  

Zegar na wieży wybija południe. Jak ten czas leci! Za dwadzieścia minut muszę być w szkole po chłopców...
- "Ciaoooo!! Come va?" - Linda! Nie widziałyśmy się chyba rok.... Gadu gadu gadu....

Przed pierwszą jestem już z chłopcami w domu. Siadamy do stołu.
- Mamusiu jaka jest najniebezpieczniejsza bomba świata? 
- Policzyłem dni! Wiesz mamusiu ile zostało dni lekcyjnych? Dwanaście!
- Mamusiu dlaczego się rozchoruję, jak zjem surowego ziemniaka?
- Mamusiu czy basen będzie otwarty przez całe wakacje?
- Mamusiu zagramy w zgadywanki?
- Mamusiu pamiętasz, żeby dać mi jutro duże drugie śniadanie?
- Mamusiu jaką mam grupę krwi? 
- Mamusiu jak jest ćma po angielsku?

Gadu gadu gadu ....
Czemu im się buzia nie zamyka? - myślę sobie. Ile można mówić!?? 
I zaraz potem śmiech mnie ogarnia - przyganiał kocił garnkowi!
Chyba i oni odkryli tutaj to, co ja - radość ze zwykłej rozmowy. 

Po obiedzie wpada do mnie dawna znajoma na kawę. Włoszka, która w miasteczku jest jedną z kucharskich wyroczni, z resztą znają ją nie tylko w Marradi. Jej umiejętności doceniła nawet zagraniczna telewizja. Wypić z nią kawę i wysłuchać co ma ciekawego do opowiedzenia o ziołach, które są jej pasją, czy o makaronie, jest ukoronowaniem niby zwykłego dnia. 
Dziś odwiedza mnie ona, jutro będzie ktoś inny. Dzień za dniem. Jeden barwniejszy od drugiego. 

GIORNO DOPO GIORNO to znaczy DZIEŃ ZA DNIEM (dżiorno dopo dżiorno)

8 komentarzy:

  1. I to jest właśnie najpiękniejsze życie świata :)

    OdpowiedzUsuń
  2. I tak powinno się żyć... :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Po powrocie z majowego pobytu w Toskanii brakuje mi tych zwyczajnych rozmów z przypadkowo poznanymi ludżmi, nie znam włoskiego, ale jak człowiek chce to zawsze się dogada - sympatyczne zaczepki pana z recepcji hotelu, doradzającego co jeszcze mogłabym zobaczyć, rozmowa z Marokanką pracującą w Montepulciano, z przypadkowo poznaną Polką w autobusie w Fiesole itd. też raczej jestem milczkiem, ale we Włoszech się otwieram i to tak zupełnie naturalnie, może to tutaj wychodzi moja prawdziwa natura. Mieszkam na peryferiach dużego miasta, dookoła mam sąsiadów,ale oni wcale nie są ciekawi innych.

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak się zastanawiam z czego to wynika? Myślę, że ze zwykłej życzliwości, w takim razie czemu jej brakuje u nas? Dlaczego w Polsce boimy się otwierać na innych? Czy to rzeczywiście jest charakterystyczne dla Polaków? Nie wiem...
    Przemyślałam po dzisiejszym Twoim wpisie jak to u mnie w małej miejscowości wygląda? Neutralnie rozmawiam z panią w kwiaciarni tak po prostu o zdrowiu itp, w sklepie wszystko zalezy od tego kto obsluguje, jedna pani nie lubi "obcych" czyli tych co się przyprowadzili, woli "swoich" co akurat mnie skutecznie okazuje. W kościele wiejskim patrzą intensywnie i obserwują, każdy ruch i nagle dowiaduję się po czasie jak to uklękłam w niewłaściwym momencie (co nie było prawda), dlatego uprawiam churching. Myślę, że boimy się złych intencji innych (obgadywania), oceniania i krytykowania. Chyba tak to jest. Może nie tylko boimy się ale chcemy uniknąć. Bo po co nam to.
    Gratuluję miejsca Kasiu! Przynajmniej jak dotąd bardzo udanego! Dziękuję Ci za dzielenie się z nami czytaczami. Ważne, bo wtedy wraca wiara w jakąś normalność. Pozdrawiam mocno Asia op.

    OdpowiedzUsuń
  5. "Zawsze jest temat do rozmowy i nigdy nie zapada niezręczna cisza." To jest piękne.

    OdpowiedzUsuń
  6. Mieszkam w Wielkiej Brytanii od 10 lat.. w duzym miescie, choc blizej jego obrzezy. Wiekszosc sasiadow jest mila i sklonna do pogaduszek, jednak szklanka cukru nie wymienilibysmy sie w razie potrzeby :( aczkolwiek w mniejszych miescinach jest juz kompletnie inna rozmowa :) sama radosc! szkoda, ze ludzie sie tak bardzo separuja..

    OdpowiedzUsuń
  7. Ludzie sie boja, nie lubia sie, wkurzaja sie na siebie. A jednoczesnie pragna bliskosci, bezpieczenstwa, takiej wzajemnej zyczliwosci. Jak to pogodzic? Jak patrze na smutne twarze mieszkancow Warszawy w metrze, to mi zal.

    OdpowiedzUsuń
  8. Na pewno w integracji pomaga "posiadanie" dzieci. Sila rzeczy (wybacz, nie mam dzis polskiej czcionki!) trzeba wejsc w cale srodowisko szkolne i pozaszkolne. Mniejsze dzieci powoduja "zaczepianie" przez osoby starsze albo kobiety doslownie wszedzie. Mieszkam w mojej miejscowosci od 7,5 roku, znam tu mnostwo osob. Sasiedzi regularnie odbieraja dla mnie przesylki kurierskie, od sasiadki moge pozyczyc mleko albo jajka. Jezeli zabraknie mi pieniedzy, pani w kiosku da mi gazete a zaplace jej kiedy indziej.
    Mozecie powiedziec, ze tak jest w malych miejscowosciach, ale to niekoniecznie prawda. Mieszkalismy z mezem przez 5 lat w Turynie i tam tez mielismy dobrych sasiadow: pani z parteru miala maszyne do szycia i podwijala mi spodnie, jej 12-letni syn wnosil mi wozek na 6 pietro kiedy zepsula sie winda, kioskarz-Chinczyk poczestowal mnie kiedys kawa z termosu, pani w kolekturze lotto (tabacchi - taki kiosk bez gazet) podarowala nam ozdobe na choinke tak po prostu, a inna wyszla ze sklepu z cukierkami i poczestowala synka "bo taki sliczny"... Moglabym tak dlugo wyliczac takie Sygnaly Dobra, wcale nieEksperymentalne (kto czytal Musierowicz, to wie ;))
    Przykro, ze w Polsce tak nie jest. Wydaje mi sie, ze jako narod jestesmy zbyt stlamszeni, zestresowani i zakompleksieni zeby interesowac sie bliznimi (w tym dobrym tego slowa znaczeniu, oczywiscie).

    OdpowiedzUsuń

Drukuj