niedziela, 31 maja 2015

Calcaterra znów niepokonany - 100 km del Passatore 2015


O biegu 100 km del Passatore pisałam już na blogu kilka razy, a dwa miesiące temu ukazał się na stronie La Rivista mój artykuł poświęcony temu wydarzeniu, dlatego jeśli ktoś jeszcze nie wie o czym mowa, odsyłam właśnie tam, gdzie zebrałam w całość wszystkie informacje.
100 km del Passatore to jedno z tych wydarzeń, na które czekam zawsze wyjątkowo niecierpliwie. Może dlatego, że kiedyś pokonanie maratonu było moim marzeniem i teraz gdy patrzę uczestników biegnących przed moim domem, a zaraz potem przez marradyjski plac, wzruszam się, jakby to mój bieg był. 
W zeszłym roku pojawiły się nieprzychylne komentarze, że blask "100 km" nieco przygasł, że bieg stracił na popularności, tym bardziej miło było poczuć, że absolutnie tak nie jest. Tegoroczna edycja była naprawdę hucznym, żywym i pełnym emocji wydarzeniem. 
Zacznę od tego, że inaczej śledzi się sportowe zmagania, kiedy można kibicować komuś znajomemu, zatem jak tylko dowiedzieliśmy się, że Massimo startuje, postanowiliśmy przygotowć mu dopingującą niespodziankę. Jeśli ktoś dotarł pod mój dom, to znaczy, że ma za sobą najwyższe wzniesienie - Passo della Colla i w sumie 64 km pokonane - to już nie byle co! 


Około 19.30 zazwyczaj pojawiał się w Biforco pierwszy uczestnik. Wczoraj jednak głos przez megafon już o 19.20 obwieścił, że oto witamy lidera biegu - Giorgio Calcaterra! Zwycięzca dziewięciu poprzednich edycji. Człowiek maszyna! Patrząc na jego dziarskie kroki, powiedziałabym, że dopiero wystartował, a nie, że pokonał już 64 kilometry!!  Pomijam fakt, że pokonanie tego dystansu zajęło mu niewiele ponad cztery godziny. Dla mnie to nieprawdopodobe! 

Niepokonany! 
Taksówkarz z Rzymu, Giorgio Calcaterra biegnie po swoje 10-te z rzędu zwycięstwo!
Drugi w Biforco.
Poprosimy o zdjęcie!
Trzeci!
Czwarty
Słaba płeć???

Wśród pierwszej dziesiątki pojawia się dziewczyna, witana jest szczególnie entuzjastycznie. Nie tak daleko za nią pojwaiają się kolejne. Wyjątkowo dużo kobiet wzięło udział w tej edycji i bardzo dużo z nich było ozdobą czołówki maratonu. 


Kiedy już z domowego tarasu powitaliśmy pierwszą dwudziestkę, przenieśliśmy się na marradyjski plac, gdzie zebrali się mieszkańcy, gdzie jeden z nich rozgrzewał atmosferę śpiewem, gdzie uczestnicy biegu mogli złapać kanapkę, ciasto, napić się, złapać oddech i przysiąść na moment. 


Wiadomo, że szczególnymi owacjami witani są "tubylcy". W tym roku trzech śmiałków z Marradi wystartowało w tym morderczym biegu. Poza Massimo, jeszcze dwóch, przy czym jeden z nich wycofał się kilka kilometrów przed naszym miasteczkiem. Nie wiem jeszcze czy Massimo udało się ukończyć bieg. Ostatnie wieści miałam z Borgo S. Lorenzo, które od Marradi oddalone jest o trzydzieści kilka kilometrów i tam ponoć nasz znajomy nie czuł się najlepiej. 


100 km del Passatore to wspaniała impreza sportowa, tyle emocji i wzruszeń, kiedy patrzy się na nieludzki wysiłek ultramaratończyków. Gdy wracaliśmy przed północą do domu ruch na drodze był nasilony, a biegacze w ciemnościach przypominali roje świetlików. Miło było mi słyszeć ich komentarze, kiedy docierali na plac - che bello! (jak pięknie!)
Mario, który w tym czasie jechał do pracy do Faenzy, gdzie znajduje się meta 100km, dzwonił co jakiś czas i przekazywał najświeższe informacje z radia. Zaciskałam kciuki, żeby rzymskiemu taksówkarzowi udało się sięgnąć po 10 zwycięstwo. 
- Calcaterra na mecie!
- Wygrał??
- Wygrał!
Brak słów. Nie wiem jeszcze ile czasu zajęło mu pokonanie 100 km i czy udało mu się pobić swój rekord. Tak czy inaczej będzie to pewnie około 7 godzin! Ciekawa też jestem ilu Polaków wzięło udział w tegorocznej edycji. Już wkrótce pojawią się za pewne oficjalne wyniki. 
Czapki z głów proszę Państwa! Czapki z głów!



- 100 km, Passo della Colla ... ja nie wiem jak oni to robią! Co oni jedzą? Co mają w mięśniach, we krwi, z czego stawy??? 
- W życiu nie dałbym rady, nawet jeśli mięśnie jeszcze mi się nie zastały i formy wielu mi zazdrości, to nawet do głowy by mi nie przyszło porwać się na 100 km - powiedział Mario, który dziś świętuje swoje "naste" urodziny i trzeba przyznać, że choć ultramaratonów nie biega, to natura jest dla niego bardzo łaskawa. Wciąż wszystkich zadziwia, kiedy przyznaje się do wieku. TANTISSIMI AUGURIII!!!  
Ale o super formie, świętowaniu i niedzielnym łazikowaniu już jutro.
BUONA DOMENICA!

sobota, 30 maja 2015

Powycieczkowe emocje Mikołaja





- A teatr La Scala był? - dopytuje Tomek.
- A co to jest?
- No jak to co? Słynny teatr w Milano, do którego nie wpuszczą cię bez garnituru. 
- To ja nie znam. Było koloseum i arena w Weronie i Monte Bianco i Monte Rosa i Monte Cervino i Alberobello i delta del Po i torre di Pisa i Etna i weneckie gondole i Ponte Vecchio - wylicza Mikołaj, mimo, że śpiący, to wciąż jeszcze rozemocjonowany do granic możliwości. 
O 20.00 wrócili z całodniowej wycieczki do Rimini. W programie były: park Italia w miniaturze i morze. Wszystko, z pogodą włącznie udało się fantastycznie. Przez cały wieczór Mikołaj trajkotał jak katarynka, zdając szczegółowe relacje z tego co widział i jak się bawił, a ja dawno nie widziłam go w takiej euforii. 
Tym razem nie przetracił na szczęście całych pieniędzy na kolejnego pluszaka, ale za to wrócił z pamiątkowym zdjęciem rozpędzonej łódki spadającej z góry. Niekwestionowaną ozdobą fotografii jest maestra na dziobie z miną wyrażającą przestrach i przerażenie. Poza zdjęciem wyrobił też Mikołaj prawo jazdy, choć jak twierdził, wcale się dobrze nie spisał, bo nawet na chodnik wjechał i poszarżował nieco, ale za to parkowanie wyszło mu bardzo dobrze. Bilet z wczorajszej wizyty zachował, bo ważny jest do końca roku na gratisowe wejście, dlatego wcześniej czy później będziemy musieli wszyscy do parku się pofatygować, tym bardziej, że Tomek nie mógł odżałować, że na takiej wycieczce nie był. 

I tym akcentem już prawie kończymy rok szkolny, zostały w sumie 3 dni lekcji. Dziś zaczął się u nas długi weekend. Szczerze mówiąc to już wczoraj, bo dzieci które były w szkole, wyszły z niej już w południe z racji niedzielnych wyborów. Do wtorku mamy wolne!!!! A w środę do szkoły dopiero na po dziesiątej, bo też jakieś zebranie w planie. Potem jeszcze w piątek dzieci z całej szkoły zawiezione zostaną na Gamognę, gdzie z Alpini spędzą cały dzień.  


Pogoda piękna, lato wróciło. Mam zamiar odpocząć, choć wciąż z obowiązkami jestem do tyłu. Już dziś czekają nas wielkie atrkacje, bowiem wczesnym popołudniem startuje z Florencji 100 km del Passatore i tym razem nasz znajomy Massimo podejmuje wyzwanie. Ponieważ mój dom, znajduje się w strategicznym miejscu, na trasie biegu, zatem planujemy przygotować mu podnoszącą na duchu niespodziankę. Jutro też chcemy zrobić komuś niespodziankę i ustawić dużo świeczek na torcie, we wtorek znów będę sportowym fotografem, a pomiędzy  tym wszystkim może uda się wyskoczyć nad morze. Podsumowując: atrakcji na pewno nam nie zabraknie. Miłego weekendu!!!

Ps. Przepraszamy Nicko - bazylika mimo, że miniaturowa - nie mieściła się w autokarze. 

EMOZIONI to znaczy EMOCJE (wym. emocjoni)

piątek, 29 maja 2015

Południe z dostawą do domu


- Czereśnie mam! - woła Domenico z daleka.
- Czereśnie jeszcze nie tym razem. Oooo ale jakie pomidory! 
- Te doskonałe do insalaty, a te słodkie jak nie wiem co.
- To daj mi trochę tych i trochę tamtych. Jeszcze czosnek bym wzięła i fasolkę.
- Lubisz paprykę?
- Lubię, a dzieci uwielbiają!
- To weź tę zieloną.
- Dobra?
- Bardzo dobra. Odcinasz koniec z szypułką, wyciągasz nasiona, kroisz w kawałki i wrzucasz na kilka minut na rozgrzaną oliwę. Doprawiasz solą i jak lubisz to odrobiną aceto. 
- Takie proste! Spróbuję!
- Smacznego. Wszystko świeżutkie, dziś rano przyjechało z południa. Nie chcesz na pewno czereśni?
- Jeszcze za drogie.
Domenico przyjeżdża raz w tygodniu. Zimą samochód ma wyładowany pomarańczami i mandarynkami. Kolory na jego furgonetce zmieniają się wraz z porami roku. Teraz zrobiło się czerowno - od pomidorów, czereśni, truskawek i czerwonej cebuli. Ale są też białe bulwy kopru, główki świeżego czosnku, zielone papryczki i fasolka szparagowa, żółto pomarańczowe morele i melony. 





Lubię, kiedy pojawia się przed moim domem, bo zawsze ma coś ciekawego do opowiedzenia, o rodzinie, o miejscach skąd pochodzi, o tym co gotuje jego żona. Z rozmarzeniem wspomina pewne nadmorskie miasteczko w Basilicacie, kolor wody, ryby, gaje morelowe i oliwne. Na chwilę przenoszę się razem z nim na spalone słońcem południe. Tak bardzo marzy mi się choć krótka podróż na sam koniec, na sam dół... 

CZEREŚNIE to po włosku CILIEGIE (wym. ciliedżie)

czwartek, 28 maja 2015

Problem z tytułem, czyli jeszcze raz daleko od poezji.


Daleko od poezji, bo rzecz będzie o finansach, ale przecież to Wy często pytacie mnie o takie normalne życie, więc dziś chwilowa odmiana od moich górnolotnych zachwytów. Choć szczerze mówiąc i zachwytów nie zabraknie, tym razem jednak nie nad kwiatkami czy bajkowym krajobrazem.
Kilka miesięcy temu, kiedy wychwalałam włoską szkołę i podejście do finansów, między innymi książki kupowane przez gminę, jedna z Czytelniczek też mieszkających w Italii ostudziła moją radość, uprzedzając mnie, że takie cuda to tylko w szkole podstawowej, a już w gimnazjum jest mniej różowo, bowiem zakup książek do szkoły średniej to już duży wydatek. Przyznam uczciwie, że zmroziły mnie ceny podręczników i już od dawna drżałam na myśl o wrześniu i rozpoczęciu edukacji Tomka w scuola media.
Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy dowiedziałam się, że rodzice szkolni utworzyli swego rodzaju komitet, którego ideą ma być zorganizowanie i przekazywanie sobie używanych książek. Oczywiście bez chwili namysłu przystąpiłam do niego, bo pomysł wydaje się wyjątkowo trafiony. Wygląda na to, że komplet książek dla Tomka będzie kosztował zamiast około 270 euro - maksymalnie 100, różnica znaczna! Dzieci też się przy tym czegoś uczą, bo w takim wypadku zobowiązani są szczególnie dbać o podręczniki, gdyż te potem przechodzą dalej. Obowiązkowa okładka i zakaz podkreślania i pisania w nich długopisem. 


Zdecydowanie inne jest tu podejście do finansów szkolnych, komunijnych i wycieczkowych. O komunii już rok temu pisałam - nikt nie rujnował się na drogie prezenty, na drogie ubrania, na wystawne przyjęcia. Nikt z nikogo nie zdzierał pieniędzy za zdjęcia, filmy, czy udekorowanie kościoła kwiatami. Tyle przecież można zrobić własnymi siłami, wspólnie, ma to też przy okazji inną wartość - bo to "razem" stwarza wspaniałą atmosferę bliskości, a poza tym ważne wydarzenia nie toną w komercyjnym opakowaniu. 
Przy okazji końca roku szkolnego wspomnę też, że nie ma tu zwyczaju obdarowywania nauczycieli materialnymi prezentami, nikomu nie przyszłoby do głowy kupowanie biżuterii, aparatów fotograficznych, czy innych wartościowych rzeczy. Jedynie Tomka klasa szykuje na zakończenie szkoły podstawowej (i to ja jestem siłą roboczą i spiritus movens pomysłu) - foto książkę, która ma być wzruszającą pamiątką po wspólnych latach, tym bardziej, że jedna z nauczycielek, też żegna się ze szkołą i przechodzi na emeryturę. Do tego jak zawsze tutaj - wspólna pizza i bycie razem, to jest dla marradyjczyków ważniejsze i bliższe sercu niż materialne upominki. 
Zdaję sobie jednak sprawę, że to właśnie Marradi jest nietypowe, ciekawa jestem jak jest w innych częściach Włoch. 

COSTARE to znaczy KOSZTOWAĆ (wym. kostare)

Nabytek z książkowych targów
Coś znajomego?

środa, 27 maja 2015

W stronę Marradi


Kiedy po naszych niedzielnych atrakcjach w Brisighelli wracaliśmy do domu, znów nadziwić nie mogłam się światem. Wciąż, jak kiedyś wzruszam się, kiedy samochód mknie wśród zielonych wzgórz pogranicza Romagnii i Toskanii. Im bliżej granicy tym bardziej dolina się ścieśnia. Robi się znów tak ciepło na sercu, przytulnie i bezpiecznie. Kiedyś czekałam na ten moment z utęsknieniem. Ostatnie dni maja, początek czerwca to było jedno wielkie odliczanie. Odliczanie do momentu, kiedy miniemy Faenzę, otworzymy okna i będziemy wdychać znajomy zapach i cieszyć oczy ukochanym widokiem. 


Teraz nie muszę czekać rok, teraz wystarczy pojechać do Faenzy na zakupy albo do Brisighelli na spacer, by potem znów móc wrócić najmilszą drogą na świecie i choć jak wszystko inne tu, powinna mi już spowszednieć, to wciąć jednak nie potrafię przejechać nią obojętnie. Śledzę wzrokiem kolorowe, zużyte przez czas fasady domów, ciasno skupione przy drodze, tak że miejscami ruch jest wahadłowy. Uśmiecham się do tabliczki Firenze, do szpalerów lip i castello w oddali. 


Cieszę się widokiem pól, które powoli z zieleni przechodzą w nieśmiałe jeszcze złoto nakrapiane czerwonymi makami, słońcem, które po południu przechodzi na drugą stronę doliny, starszymi ludźmi na ławeczkach przy drodze, pierwszymi belami pachnącego siana rozrzuconymi na łąkach... Cieszę się każdym metrem i każdą minutą, tym co mija i tym co jeszcze przede mną...  

KIEDY to po włosku QUANDO (wym. kłando)



Drukuj