czwartek, 30 kwietnia 2015

Życie w głębi ziemi


- Masz coś do zrobienia?
- Głupie pytanie.
- No tak, nam się takich pytań nie zadaje. Zawsze jest coś do zrobienia, ale wiesz... pewne rzeczy można zrobić jutro.
- Racja. Świat się nie zawali, a dzień taki ładny. 
- O tutejszych źródłach powinnaś napisać. 
- Dobry pomysł! Ale to argument na cały elaborat, a nie na jeden post!
- To zróbmy dziś wstępny rekonesan.

Tak jest najlepiej. Spontanicznie. Jest pomysł, jest wykonanie. 
Łapię plecak z nikonem i jedziemy.   


O tym, że w każdym włoskim miasteczku i często poza nimi znajdziemy ujścia wody, przez Włochów nazywane fontane wie chyba każdy turysta, który choć raz zawitał do Italii. Są dwa rodzje tych źródeł - ujęcia miejskie (z wodociągów) i naturalne. To właśnie w te drugie bogate są tereny Appennino Tosco Romagnolo, a Crespino, które oddalone jest od Marradi o 9km, jak głosi nawet tablica na wjeździe, zwane jest miastem dobrej wody. Nie bez powodu. 



Postanowiliśmy zacząć od Fonte dell'Alpe, jednego z bardziej znanych ujęć w okolicy. To miejsce ciężko przegapić, bowiem zwykle zatrzymują się tu samochody, a ludzie ustawiają się w kolejce, by napełnić butelki i najlepszą wodę zabrać do domu. Obok omszałych kamieni z kranem stoi opuszczony hotel, tym łatwiej więc miejsce rozpoznać. Teraz trudno sobie wyobrazić, że lata temu było tu gwarno niemal jak w kurorcie.


Niewiele dalej, kierując się w stronę Crespino znajdziemy kolejne źródło, które odkryło się przypadkiem, kiedy osunęła się ziemia. Ludzie twierdzą, że to wciąż ta sama żyła co Fonte dell'Alpe. 
Czas mieliśmy ograniczony i tak jak założyliśmy miał to być tylko pobieżny rekonesans. Jednak następnym razem, kiedy zacznę zgłębiać temat wód, zaczniemy od wybijającego w pobliżu źródła Lamone. Szlak, który prowadzi do tego miejsca bierze początek na Passo della Colla.



Pomiędzy Passo della Colla a Casaglią znajdziemy natomiast kolejne źródło. To jest wyjątkowe, bowiem tutejsza woda ma szczególne walory. Jeśli więc nie zniecięci Was odurzający, jajeczny zapach, pijcie na zdrowie! 

Poza naturalnie wybijającymi z ziemi źródłami nie brakuje tu też wodospadów i kaskad. Sączą się leniwie, szemrzą, spadają z góry bajkowymi strumieniami. Zwłaszcza wiosną, kiedy ziemia nasączona jest jak gąbka, tworzą niezwykły naturalny spektakl.







Wędrując po tutejszych ścieżkach i patrząc uważnie pod nogi można znaleźć ślady bytności różnych swtorzeń. Na załączonym obrazku wyraźna łapa pewnego czworonoga z pokaźnymi pazurami. Widać nawet pan wilk postanowił zaserwować sobie smrodliwą wodną kurację. 


Mario nie mógł się doczekać, żeby pokazać mi najpiękniejszą według niego fontanę, w centrum maleńkiej Casaglii. Jakież było jego zdziwienie i rozczarowanie, kiedy zobaczył, że zamiast kamiennych niecek, które pamiętał z dawnych czasów, zrobiono okropne, betonowe zlewy.
- Nawet tego nie fotografuj...
Zatem nie mam zdjęcia źródła Casaglii, ale nie byłabym sobą, gdybym nie wypatrzyła wyjątkowej urody drobiazgów. 

Casaglia - kran
Casaglia - niezwykła płaskorzeźba nad drzwiami kościoła.
Zaraz za Casaglią, na jednym z zakrętów, dobrze ukryta wśród traw znajduje się kolejna fontana, ale tę łatwo przeoczyć. Nawet ja, mimo, że tyle razy tędy przejeżdżałam, nie miałam pojęcia o jej istnieniu. Ludzie nazywają ją źródłem rowerzysty. Dlaczego? Pewnie dlatego, że łatwiej dostrzec ją jadąc na rowerze, niż z okien samochodu, a że trasa jest przez cyklistów bardzo uczęszczana, takie źródła pomagają im zadbać o odpowiedni zapasy wody. 


Kiedy na koniec dotarliśmy do Crespino, które jak wspomniałam jest stolicą dobrej wody, było już późno. Zatrzymaliśmy się więc tylko na moment, bo uwiecznić kolejny raz jedno z bardziej znanych źródeł, główną fontanę miasteczka, która liczy sobie ponad sto lat. 

Tablica informacyjna, w Crespino. Wytyczne na następny raz. 

Nim dotarliśmy do Marradi, zatrzymaliśmy się jeszcze prze fontanie Fantino, na przeciwko okazałej willi. I tu woda sama z siebie wybija z ziemi i od lat sączy się niewyczerpanym strumieniem. Ludzie zadbali o kamienną oprawę, a natura postarała się o omszałe dodatki. Ileż życia w tej ziemi... Może właśnie te bijące pod ziemią źródła tak przyciągają ludzi do tego miejsca.  Coś musi być w głębi, coś co sprawia, że już nie chce się człowiek od tych miejsc oderwać.




Dotarliśmy do Marradi, w samą porę, by odebrać dzieci ze szkoły, jednak aby wstępny rekonesans był kompletny nie mogło zabraknąć marradyjskich lwów. I tu, niedaleko domu Dino Campana, sączy się źródlana woda, wypływa z głębi przez dwa grzywiaste łby... 


To tylko wybrane miejsca spośród niezliczonych im podobnych. Wkrótce napiszę więcej o niezwykłych źródłach "toskańsko - romagnolskich" Apeninów. 

ŹRÓDŁO to po włosku FONTE (wym. fonte)

środa, 29 kwietnia 2015

Deszcz, kolory i dobroć


Przez dwa dni padało, na moment wchodziło słońce, a potem znów deszcz, deszcz, deszcz... Jednak mimo deszczu, wciąż było dosyć ciepło i teraz widać, jak to ziemi dobrze zrobiło. Ta wyczekana przeze mnie zieleń wystrzeliła tysiącami odcieni - od ciemnej butelkowej, przez jaskrawą, w oczy kłującą, aż po delikatną, wyblakłą, niemal białą. 
Wzgórza wokół Marradi porośnięte są kasztanami, bukami, dębami i dzikimi czereśniami. Wzdłuż dróg rosną długimi szpalerami lipy. I teraz korony tych wszystkich drzew spuchły od zieleni łącząc się w jeden dywan. Są jak patchworkowa narzuta, którą przykryły się pagórki i dolina. 


A między tą zielenią wciska się gdzie może pachnący, odurzający fiolet, kwitną bzy, glicine, drzewa, których nazwać nie umiem, spod płotów wystrzeliły irysy i prężą się dumnie wśród dzikich traw. Już za chwilę zmieni się scenografia, już niedługo soczystą zieleń i fiolet zastąpią żółte ginestre.  




- Caterina nie chodź tą stroną drogi!! - woła za plecami Giorgio, kiedy widzi mnie wracającą z Marradi. 
- Wiem, wiem - odpowiadam i dalej dziarsko maszeruję - ale ja już jestem prawie w domu. Popatrz brakuje sto metrów!
- To niebezpieczne! - mój sąsiad jest nieugięty - A jak coś ci się stanie, to będzie nam bardzo przykro!! - Woła już z daleka. 
Jak coś mi się stanie, komuś będzie przykro. Komuś obcemu. Takie niby nic, ale Giorgio "robi mój dzień", na pewno całkiem nieświadomie, z serca, ale to jego przejęcie trafia na podatny grunt, nie jestem w najlepszej formie i świadomość, że ktoś martwi się tym czy chodzę dobrą stroną drogi, przywraca mi uśmiech.  




Szczyty chowają się jeszcze w resztkach mgły, ale ponad nią już widać nieśmiały błękit. Niech to będzie dobry dzień! A tymczasem zostawiam Was z migawkami z wiosenno deszczowego Marradi.

NIEŚWIADOMIE to znaczy INCONSAPEVOLMENTE (wym. inkonsapewolmente)

wtorek, 28 kwietnia 2015

O zielonych łąkach, banalnie, do znudzenia


Może wydać się to niemożliwe, ale zaledwie kilka kilometrów od Marradi odkryłam kolejne miejsce jak z bajki. Pamiętacie film Dźwięki muzyki? Tu oczywiście nie ma Alp, są za to łagodne pagórki Apeninów, ale jak patrzę na to, co dookoła, to też mam ochotę ... nie powiem, że śpiewać, bo nie mam głosu jak Julie Andrews, może gdybym miała pewność, że nikt nie słyszy... ale choć pobiegać, potańczyć! Nawet jeśli mi teraz duchowo nie do tańczenia. 

Tu z każdego miejsca można obrać swój szlak.
Mario opowiadał, że dawno temu chodził tam na polowania, mówił o kamiennym domu i zielonych łąkach. 
Po sobotnich sportowych emocjach pojechaliśmy na krótki spacer, by po tych soczystych, falujących połaciach traw pobiegać, nim zostawimy Mikołaja na noc w Popolano. Z kamiennego domu ostały się tylko fragmenty, aż dziw bierze, jak czas bezlitośnie obchodzi się z porzuconymi posiadłościami. 

Może byłam zmęczona fotografowaniem w Redzie, może miałam chwilową utratę świadomości, bo nie wiedzieć czemu, nawet nie zabrałam ze sobą aparatu. 
A może też na chwilę zapomniałam, że tak blisko wciąż są nieodkryte miejsca, a jedno bardziej niewykłe od drugiego.
Nie myślcie proszę, że jestem przesadzona w zachwytach, egzaltowana i górnolotna w słowach, bo jakaś głupia łąka doprowadza mnie znów do ekstazy. Ja sama czasami nie wierzę, jak piękny jest tu świat dookoła, ale i chłopcy mają podobne odczucia. Biegają z góry na dół, turlają się, nawołują, improwizują nowe zabawy i jak tylko wsiadamy do samochodu zaraz pytają - kiedy tu znowu przyjedziemy???

Wróciliśmy oczywiście zaraz następnego dnia, ale pogoda postanowiła skomplikować nam plany. Zburzyło się, zaniosło i bez pardonu deszczem chusnęło, więc nawet nie było jak wyciągnąć aparatu, a ja nawet w zamyśle film krótki miałam, by lepiej oddać urok zakątka. Niepocieszeni, z nosem na kwintę wróciliśmy do domu, ale jak tylko się uda, znów tam pojedziemy. Dzieci ze swoją fantazją, ja z trzecim okiem i duszą spragnioną kojącej zieleni. 

ESSERE STANCO - to znaczy BYĆ ZMĘCZONYM (wym. essere stanko)

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Kościół na placu





Marradi ma pięć albo sześć kościołów, zależy jak szeroko zakreśla się krąg miasteczka. Jest główny kościół parafialny pod wezwaniem świętego Lorenzo, jest kościół na Cardeto, jest stary, zabytkowy klasztor, w którym mieszkają mniszki (o nim już wkrótce osobny artykuł), jest Badia na peryferiach. Ponadto przy drodze do Palazzuolo ukryty jest wśród drzew malutki kościół - bardziej jak kaplica, który ożywa w czasie majowych nabożeństw. 
O kamiennych kościółach w górach tutaj nie mówię, o większości już pisałam, ale tak naprawdę sama nie wiem ile ich jest! 





Na koniec jeszcze jeden kościół, a dokładnie oratorio, który znajduje się w samym centrum Marradi, wciśnięty między kamienice, zakamuflowany, że jeśli nie spojrzy się w górę i nie zauważy krzyża, można zupełnie go przegapić. Zwykle zamknięty jest na cztery spusty, jedynie latem w czasie wybranych dni, otwarty jest dla ludzi. Pierwszy raz udało mi się go zobaczyć w czasie letniego mercatino, kiedy w jego wnętrzach urządzono ... wystawę haftów!






Kiedy ostatnio wróciliśmy wczesnym popołudniem do Marradi z naszych wojaży po kamiennych domostwach, plac był wyludniony, zaledwie kilku niedobitków w barze, poza tym pusto i cicho. Przed wspomnianym wyżej kościołem stał zaparkowany rower, a drzwi otwarte były na oścież. To było jak zaproszenie. 



Na głównym ołtarzu starsza kobieta zgarbiona, na klęczkach, czyściła zakurzone kandelabry. Przywitaliśmy się uprzejmie i wymieniliśmy grzeczności. Mogłam spokojnie pooglądać i sfotografować wszystkie pamiątki sakralne zgromadzone w środku - zupełnie jak w muzeum. Tablica w środku informuje, że kościół zbudowany został w 1732 roku - ani stary, ani nowy. Poza tą informacją, nie dowiedziałam się niczego więcej. Wypytałam kilka osób i okazało się, że większość z nich nawet nie była nigdy w środku, prześledziłam strony internetowe - i tu niczego nie znalazłam. Jak zawsze w takiej sytuacji, pozostaje mi biblioteka ze swoją najcenniejszą gablotą. Mam nadzieję, że wcześniej czy później uda mi się poznać jego historię. 





I na koniec dodam, że chyba polubię "fejsbuka". To właśnie tam miejscowi widzą miejsca, które odwiedzam i sami od siebie mogą mi coś zasugerować. W czasie torneo w Redzie jedna z mam podziękowała mi serdecznie za piękne zdjęcia "jej" S. Adriano. I na koniec zapytała:
- A o Madonnie za domem słyszałaś? 
- Za domem na Montebello? Tam jest ścieżka...
- Otóż to, na tej ścieżce ... Madonna ... 
Ale o tym już nie dziś, najpierw sama na Piękną Górę jeszcze raz muszę się pofatygować. Tym chętniej, że poza Madonną, ostały się tam resztki zamku Maghinarda! Czy to nie wspaniałe mieć pod bokiem, tyle historii do zgłębienia i do opowiedzenia? Niewyczerpane żródło inspiracji, moje ukochane Appennino...

SPOLVERARE - to znaczy ODKURZAĆ (wym. spolwerare)

niedziela, 26 kwietnia 2015

Piłka w grze - start w Redzie


Ruszyło wiosenne "torneo". Całą świąteczną sobotę - bo 25 kwietnia w Italii to Dzień Wyzwolenia - spędziliśmy na boisku w Redzie, małym miasteczku Romagnii. Jak takie imprezy sportowe wyglądają, pisałam już rok temu. Boisko miejskie podzielone jest na kilka mniejszych, na których równolegle rozgrywane są mecze pomiędzy drużynami z okolicznych miejscowości. Sportowych emocji nie brakuje, ale takie wydarzenia to przede wszystkim czas na zabawę, na biesiadę przy stole, na zacieśnienie znajomości, na interesujące rozmowy, a także na promocję swojego miasteczka. Wróciłam zmęczona, bo to kolejny dzień bez chwilki dla siebie, poza tym narzucając sobie rolę oficjalnego fotografa, śledziłam wszystkie mecze, nie tylko te, w których brał udział Mikołaj, tak czy inaczej muszę przyznać, że dzień był wspaniały, a dla małych graczy zakończył się "przygodowo", bowiem trener zorganizował im nocleg bez rodziców, w przyległościach starego kościoła,  tego samego, w którym kilka tygodni temu Tomek ze swoją klasą zaprezentowal "veglię". Wybaczcie, że dziś tak krótko! Zostawiam Was z efektami mojej pracy czyli fotoreportażem, a sama idę nadrabiać zaległości w obowiązkach!
Dobrej niedzieli!
CALCIATORE - to znaczy PIŁKARZ (wym. kalciatore)

Prezentacja przed meczem
Powodzenia!
Wygrajmy choć jeden!
Goool
Odważnie
z uporem
I jeszcze raz gool
Trener to nie tylko trener
Jak u mamy
Sportowa reprezentacja Marradi - piłka nożna i siatkówka - razem w czasie torneo w Redzie
Nie ma wierniejszych kibiców, niż rodzice!
Przerwa na zabawę

Drukuj