poniedziałek, 23 marca 2015

W kuchni na Cavallarze





Mam wrażenie, że wieki całe nie byłam na Cavallarze. Od kilku tygodni przekładaliśmy odwiedziny u Lorenzo, bo śnieg, bo deszcz, bo... bo... bo... bo nie wiadomo co. Aż w końcu w sobotnie popołudnie, spakowaliśmy kilka drobiazgów i pojechaliśmy do domu z wieżyczką. Mieliśmy przygotować razem pastę al forno, do której ragu' z dzika już wcześniej upichcił gospodarz. 
Dojechanie na Cavallarę po zimie, po tych wszystkich śnieżycach, okazało się zadaniem karkołomnym dla zwykłego samochodu. Teraz już nawet nie można było mówić o wyrwach w asfalcie, bo asfaltu zostały śladowe ilości. Jego pozostałości, wraz z kamieniami i dziurami utworzyły coś, co bardziej niż zwykłą drogę przypominało trasę wyścigu Camel Trophy. Ale daliśmy radę i nim słońce zaszło siedzieliśmy w ciepłej kuchni toskańskiego domu, a kiedy ragu' pyrkało delikatnie na starej kuchni i rozsiewało obłędne aromaty, drocząc się z nami, bezczelnie kokietując nozdrza, Lorenzo wyciągnął z cantiny domowe prosciutto i inne wędliny, na widok których aż jęknęliśmy z zachwytu. 



- Domowa szynka, musi być krojona nożem - podkreślił Lorenzo. - Nie można jej "plasterkować" maszynką, bo wtedy nie wiedzieć czemu, ale traci na smaku. To co kupujesz w sklepie, te równiutkie, cienkie plasterki są niczym w porównaniu z tym - tu podał mi przygotowaną kanapkę, to znaczy dwie pajdy toskańskiego chleba, pomiędzy które upchnął na bogato prosciutto i trochę innych wędlin. 
Kwintesencja swojskiej, włoskiej kuchni. Do tego jeszcze kieliszek wina i czego chcieć więcej?





Po przekąskach zabraliśmy się za przygotowanie dania głównego. Ragu, garganelli, beszamel, mozzarella i grana. Mieszanka cudownych smaków ułożonych warstwami, a potem hop do pieca i kiedy ser na wierzchu utworzył złotą skorupkę, pasta al forno wylądowała na stole. Co za smakowitości!



Ja wiem, że te opowieści o szynkach, serach, długich wieczorach, są niczym w porównaniu do górskich spacerów i odkrywaniu kolejnych kościołów. Nie są tak widowiskowe, być może nudne, ale dla mnie jednak są najwspanialszą częścią toskańskiej codzienności. Wspólne gotowanie, opowieści o jedzeniu, degustacja rarytasów, które kryje cantina, ciepło kuchennego pieca i smak wina, to jest coś, czego nie można nie kochać, nic nie może się z tym równać. To jest jeszcze bardziej inspirujące niż dywany fiołków, kasztanowce we mgle i średniowieczne opactwa.
Dobrego tygodnia!


 NÓŻ to po włosku COLTELLO (wym. koltello)

8 komentarzy:

  1. Ummmm, wygląda smakowicie i na pewno takie było.
    Pozdrawiam
    Aneta

    OdpowiedzUsuń
  2. No widzę, że moja (pseudo-włoska) lasagna przy waszych pysznościach jest niczym. A tak się starałem :( Nie... no była dobra... ale spoglądając na zdjęcia znów zgłodniałem!
    Takie prosciutto przywodzi mi wyjątkowy i niezapomniany widok z Greve in Chianti.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wcale nie nudne! Kościoły i zakątki swoją drogą, ale kulturę i miejsca poznaje się rówież przez lokalne smaki, które kryją w sobie lata historii. Patrząc na szynkę zrobiłam się bardzo głodna :-).

    OdpowiedzUsuń
  4. Hmmmm, wygląda smakowicie ,wciąż mam w kubkach smakowych smak prawdziwych toskańskich potraw:),więc zazdroszczę-choć nie jestem zazdrośnikiem:) Jack ZG

    OdpowiedzUsuń
  5. Dla mnie prosciutto ze zwykłego Conadu to już przysmak:) a jeszcze do tego sposób, w jaki wędliny są tam pakowane - folijka, papierek, papierowa torebka, plasterki ułożone w równych odstępach, szacunek do jedzenia i do klienta. Podoba mi się to.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak tu się zgadzam, kwestia pakowania tu wędlin, czy w ogóle artykułów spożywczych to jest majstersztyk!!! Dla mnei też szynka z Conadu jest pyszna, ale muszę przyznać, że ta domowa, bo tą ze zdjęcia przygotował właśnie Lorenzo, jest czymś absolutnie genialnym!

      Usuń
  6. Ja wolę opowieści o ludziach i jedzeniu, niż o Kościołach :)

    OdpowiedzUsuń

Drukuj