wtorek, 17 marca 2015

Szkolne tematy



Przez to nasze spacerowanie dolinami i szczytami, od kościoła do kościoła, przemilczałam kilka spraw, którymi chciałabym się jednak z Wami podzielić. Tematem będzie szkoła.

Tomek, jak wiecie, kończy za kilka miesięcy szkołę podstawową. Na koniec piątej klasy przewidziana jest wycieczka dwudniowa z noclegiem. Jest to wielkie wydarzenie, bo tu dzieci zwykle dopiero w szkole średniej zaczynają jeździć na kilkudniowe wojaże w odleglejsze strony. W zeszłym roku piątoklasiści pojechali do Rzymu. W klasie Tomka w ostatecznym rozrachunku wybór padł na Wenecję. Powodów było wiele, między innymi: korzystna oferta jaką znaleźli nauczyciele, a do tego jeden z nauczycieli przez kilka lat mieszkał w tym mieście, więc będzie mógł pokazać dzieciakom to, czego zwykły turysta nie zobaczy. 

Tomek od dawna stoi w progach startowych i na samą myśl o wycieczce dostaje wypieków. W zeszłym tygodniu odbyło się zebranie, które pokazało mi zupełnie nowy obraz włoskiego rodzicielstwa i stało się wyjaśnieniem - dlaczego młodzi tak długo pozostają "przyklejeni" do rodziców.

Okazało się, że nie wszyscy rodzice tak jak ja, entuzjastycznie podchodzą do tematu "długiej" wycieczki. Argumentów padło wiele - że dzieci są za małe! że nie są samowystarczalne! że nie zadbają o siebie! że to niebezpieczne! ecc.... Za każdym kolejnym argumentem moje oczy otwierały się coraz szerzej i nie mogłam uwierzyć w to, co słyszałam. Nieśmiało napomknęłam, że w Polsce już maluchy jeżdżą na tzw. zielone szkoły i jakoś sobie radzą. A jeśli już czyjeś dziecko rzeczywiście jest tak niesamodzielne, to jeśli nawet zębów nie umyje - świat się nie zawali. Oj dyskusja była długa, nie doczekałam nawet jej końca. Zadeklarowałam, że dla mnie nie ma w ogóle o czym dyskutować, może być problemem wydatek, koszt imprezy i dla nas będzie dużym wysiłkiem, ale choćby nie wiem co - warto!

Nauczyciele natomiast zasługują na wielkie brawa. Byłam wzruszona, kiedy sami rozentuzjazmowani jak dzieci opisywali jaki jest plan i że oni sami się nie mogą doczekać. Maestro Francesco słuchał argumentów rodziców cierpliwie, po czym powiedział - "to ja powinienem się martwić, bo to ja biorę za nich odpowiedzialność, ale poza tym wszystkim ja uwielbiam spędząć czas z dziećmi na wycieczce, bo z dala od rodziców, od szkoły są zupełnie inni. To będzie niezapomniany czas zarówno dla nich jak i dla nas nauczycieli. Odwiedzimy Murano, pokażę im miejsca nieznane. Pojedziemy pociągiem, by nikt nie zwariował na myśl o autokarze z dziećmi na autostradzie. Hotel jest blisko stacji, poza śniadaniem i kolacją dadzą nam też "obiad do plecaka". Na wieczór każdy przygotuje "eleganckie ubranie" i wystrojeni popływamy po Canale Grande i zatańczymy na placu św. Marka..." 
Kiedy nauczyciel wykładał plan wycieczki, było mi żal, że sama nie jestem jednym z uczniów! Mam nadzieję, że ta wycieczka się odbędzie!

I jeszcze jeden "drobiazg". Nauczyciele nie przestają mnie tu zaskakiwać. Ponieważ w Italii, jak wiadomo jest kryzys, więc cięcia w wydatkach są wszędzie, gdzie to tylko możliwe, również i dla nauczycieli ukrócono dodatkowe pieniędze za wycieczki, skończyły się diety jakie dostawali z tej okazji. Nasi nauczyciele poszli zgodnie do pani dyrektor i wynegocjowali - sami z siebie rezygnując z jakichkolwiek profitów - by szkoła podstawiła gratis busa, który odwiezie i przywiezie dzieci na stację kolejową i z powrotem. To już nie byle co, bo w dwie strony to prawie 90 km. Taki drobny fakt rownież pozwolił obniżyć wysokie koszty wycieczki. 
Za każdym razem utwierdzam się w przekonaniu, że moje dzieci trafiły pod skrzydła wspaniałych pedagogów. Całe szczęście!

NAUCZYCIEL to po włosku INSEGNANTE  (wym. inseniante)

13 komentarzy:

  1. Dokładnie jak w Polsce :) Wszędzie cięcia... tylko nie na górze. Wszystko zależy od nauczycieli, od ich podejścia i chęci. Ja w "swojej" klasie dostrzegam przepaść pomiędzy klasami 1-3 i klasą 4 (na korzyść tej pierwszej opcji. Teraz np. przepadła jedna fajna wycieczka właśnie z powodu pewnej niechęci nauczyciela do wyjazdu. Wg mnie - brak takiego zaangażowania zabija rozwój wiedzy dziecka i jego kreatywne spojrzenie na świat. A niechęć rodziców to już inna sprawa.
    Zazdroszczę Wam takich nauczycieli.

    OdpowiedzUsuń
  2. Moja obserwacja jest taka - u nas, poza wyjątkami, nie jest się prawdziwym nauczycielem, urzędnikiem, uczniem, lekarzem, tylko wypełnia się funkcje, zadania, spełnia procedury. I uczymy się tego od małego. W szkole szybko zabita jest ciekawość świata i dziecko już po połowie pierwszej klasy zaczyna mieć instynkt samozachowawczy. Dociera do niego komunikat "nie ważne, że chcesz coś wiedzieć, masz być uczniem nie sprawiającym problemów, siedź cicho i rób co ci każą". Jeśli nie ma rodziców, którzy mają tego świadomość, z takiego dziecka wyrośnie dorosły, bez pasji, wtłoczony w następny uniform... Ja się nie dziwię, że tak dużo ludzi lubi tracić w tym kraju świadomość, to są dorośli, w których mieszkają nieszczęśliwe dzieci, które nie potrafią czerpać radości z pracy, z nauki, z tego co mogą zrobić dla otoczenia. Pozory, pozory... Na szczęście wiele się tu zmienia i jest coraz lepiej i wierzę, że będzie z każdym następnym rokiem. Żyjemy w domu, który po kilkudziesięciu latach burzenia jest jeszcze ciągle w budowie. Pozdrowienia dla Kasi i wszystkich czytających :). Aga z Polski

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację... Jest tak... co XIV wieczny poeta miał ma myśli pisząc o zielonej chusteczce i dlaczego chustka pezestawia wg poety uciemiężony lud Urugwaju. ... itd. Swojego zdania nie można mieć.

      Usuń
    2. Michał :-)! Co za metafora! ;-) Można mieć teraz swoje zdanie. Tylko trzeba brać sprawy w swoje ręce i zakładać więcej szkół społecznych, bo system, który jest teraz, wypadałoby zburzyć, gruzy sprzątnąć i zbudować od nowa. Powstaje pełno prywatnych przedszkoli, a dlaczego nie szkół? Powinno być tak, jak w szkole u Kasi! Kasiu, jesteś za granicami, trochę pokłócona z krajem, ale dzięki temu dajesz wiele do myślenia o tym, co jest u nas... I to jest bardzo cenne. Aga z Polski

      Usuń
    3. Problem niestety jest w kosztach. Co by nie mówić o bezpłatnej szkole państwowej to i tak jest tańsza od społecznej. :) Kreatywne nauczanie nie powinno być luksusem...

      Usuń
    4. Jednak za przedszkola są rodzice skłonni płacić, za szkoły już nie. Może problem polega na tym, że nie zawsze zależy im na dziecku, tylko na dostosowaniu jego umysłu do testów i życia w tym społeczeństwie, w końcu "ja też miałem (-am) dużą klasę...itd. I jeszcze "w takiej małej, prywatnej, czy społecznej szkole hoduje się odludka, jak potem poradzi sobie w gimnazjum, w liceum, na studiach..." ... itd. itp. Ja takie głosy niestety często słyszę. Aga z Polski

      Usuń
    5. Michale.Dawno temu, w liceum (lata 1974-78) miałam nauczycielkę języka polskiego, która - w świetle tego co się dzisiaj o nauce mówi - była wyjątkiem. Otóż powtarzała nam zawsze, że poeta miał na myśli to, co każdy z was zrozumiał z czytanej, przerabianej własnie poezji. To jej słowa: Jeżeli udowodnisz mi swoją argumentacją, że poeta pisząc o wiośnie miał na myśli przewrót w chińskiej dynastii Ming, to tak właśnie jest. Pozdrawiam Hanka.

      Usuń
  3. O! Michał! Kasiu jesli pozwolisz, to muszę... Powiem dlaczego niektórzy nauczyciele są niechętni, bo po pierwsze często już w trakcie wycieczki wykonywane są telefony do nauczyciela z pretensjami a dlaczego? A po co? Jakim prawem... Jeśli nauczyciel mimo wszystko organizuje wycieczkę to najczęściej na określonych warunkach np; jak u mnie z oddawaniem telefonów na noc do depozytu i wtedy jest jakim prawem? Żaden rodzic nie chce zrozumieć faktu, że dzięki temu ich dzieci śpią w nocy, nie umawiają się na wariactwa, nie grają w gierki i następnego dnia są w stanie dobrze funkcjonować i dzięki temu nauczyciele też mogą spać na zmianę, bo na zmianę koczuje na korytarzu na krzesłach bądź fotelach. Często po powrocie jest krytyka mimo, że wycieczka jest super i dzieciaki wspaniałe ale rodzic docieka cudów i osądza, ocenia, krytykuje. Wariaci w takich warunkach podejmują się organizacji wycieczek, bo uważają, że warto, bo dzieciaki na wycieczce są tak inne i wspaniałe najczęściej. Po drugie cóż niektórzy nauczyciele nie powinni być nauczycielami taka brutalna prawda i jest takich "odbębniaczy" niestety sporo.
    Pozdrawiam A.op

    OdpowiedzUsuń
  4. Dla mnie taka sytuacja to nic nowego, nawet sie zdziwilam ze ktos o takiej wycieczce pomyslal. Kuzynka mojego meza ma prawie 12 letnia corke, ktora chodzi do pierwszej klasy gimnazjum jest odprowadzana i przyprowadzana przez mame, nie ma mowy o zadnych obozach, wycieczkach. Inna sytuacja 80 urodziny mojego tescia swietujemy w restauracji wrescie pada pytanie o to gdzie jest ich przyjaciolka, bez ktorej zadne swieta sie nie moga odbyc. Otoz pani sie nie mogla pojawic na obiedzie, bo sie musi zajac dzieckiem. Ile lat ma dziecko? 21. Tak, to smieszne ale prawdziwe. Dlugo bym tak mogla opowiadac. Widze tylko roznice miedzy szkolami prywatnymi a publicznymi. W szkolach prywatnych takie wyjazdy zaczynaja sie duzo wczesniej, corka mojej przyjaciolki jezdzi na zielona szkole, na narty z klasa juz od poczatku szkoly. Ty mialas duzo szczescia z ta szkola w malej miescowosci gdzie wszyscy sie znaja, nauczycie pracuja z pasja. No i twoje dzieci maja szczescie ze maja takich rodzicow, ktorzy zachecaja do nauki, poznawania swiata. Ja niestety widze wsrod moich wloskich znajomych tendecje odwrotna. Wczesniej wspomniana kuzynka nie moze sie doczekac kiedy jej corka w koncu skonczy gimnazjum zeby mogla wrescie miec spokoj, bo dalszej nauce nie ma mowy. Moja szwagierka w zeszlym roku cieszyla sie ze jej dzieci nareszcie zdaly mature i wreszcie bedzie miala porzadek w domu, bo wywali te glupie ksiazki.
    Ja pamietam moja podstawowke, gdzie sami namawialismy nauczycieli na dodatkowe zajecia i oni to robili czasami nawet za darmo, jezdzilismy na wycieczki 2-3 dniowe 2 razy w roku. Czesto sami zarabialismy na nie pieniadze. Takich wspomnien nie zabierze nam nikt. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O właśnie! Zapomniałam o tym napisać. Moi chłopcy spokojnie mogliby wracać już sami do domu. Jeśli po szkole biorą rowery i jeżdżą do Marradi na lody, to w czym problem by sami wrocili, kiedy widno, kiedy piękna pogoda. Niestety nie mogą! Do końca podstawowki muszą być odbierani przez rodziców! Kiedy odbieram chłopców tylko na jedzenie, na obiad, też podpisuję listę, że dzieci opuszczają szkołę.
      Masz rację też, że mieliśmy dużo szczęścia ze szkołą. Wcześniej to była moja największa obawa, bo o włoskich szkolach nasłuchałam s^ę tego co najgorsze! A tu niespodzianka! Oby i średnia była taka fajna!

      Usuń
  5. Włączając się do rozmowy na temat wycieczek szkolnych to zdarzyło mi się raz przeżyć wycieczkę włoskich nastolatków - dodam, że była to wycieczka szkolna. Owego czasu, a było to podczas jednego z majowych weekendów obwoziłem turystów po toskańskich zakamarkach. W jednym w hoteli w którym spaliśmy - czas wiosennego wypoczynku na całe nasze nieszczęście spędzało stadko włoskich uczniów. Oj się działo - biegi po dachu, plucie z dachu na odległość - skończyło się wysadzeniem korków i cały hotel pogrążył się w ciemnościach na kilka godzin. Moi turyści z przerażeniem w oczach pozamykali się w pokojach i tak dotrwali do rana. I jak tu nie lubić wycieczek szkolnych.
    P.S.
    A przed nauczycielami chylę czoła za ich cierpliwość i wyrozumiałość
    Nicko

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Urocze! Ja też chylę czoła przed nauczycielami, bo taka wycieczka, to gigantyczna odpowiedzialnośći i tak jak Asia pisze wiecznie ktoś z rodziców niezadowolony. Tym bardziej więc podziwiam naszych za chęć i dążenie by ta Venezia doszla do skutku.

      Usuń
  6. Ja mieszkam w Pólnocnej Anglii.Tutaj na wycieczki jednodniowe jezdza juz dzieciaki w nursery, a 10-latki spedzaja zazwyczaj ostatni weekend przed zakonczeniem roku szkolnego na 3 dniowej wycieczce.Sa to wycieczki np do parkow linowych, badz jakiejs farmy.Nie zwiedzaja wielkich miast a sa caly czas w grupie na aktywnych zajeciach.Dzieci nie moga zabierac ze soba telefonow, natomiast rodzice znaja nr do opiekunow i opiekunowie do rodzicow.Ciagle slysze, ze poziom w UK jest niski itp. a ja wole zeby byl niski, ale zeby moje dzieci chodzily z usmiechem na twarzy do szkoly.Wole, zeby zamiast wkuwac regulki uczyly sie w szkole sadzic pomidory czy ziemniaki, szukaly robali pod kamieniami.Ten, kto bedzie sie chcial uczyc to sie bedzie uczyl.Moze mialam szczescie, bo rowniez mieszkam w bardzo malej miejscowosci i szkola zarowno Primary jak i Secondary sa dla mnie idealne (porownanie mam z innymi szkolami ).A angielskim nauczycielom wspolczuje i ich podziwiam za cierpliwosc, wszak angielskie dzieci sa bezstresowo wychowywane hehehe.

    OdpowiedzUsuń

Drukuj