niedziela, 1 marca 2015

Lòm a Merz


Lume a Marzo, czyli światło dla marca - dawna tradycja z Romanii, którą poznałam dopiero w tym roku. Oto wyjaśniła się tajemnica przygotowanego stosu, który odkryliśmy przy okazji robienia zdjęć Colombai! Tym razem czarownicy nikt nie palił, na to przyjdzie czas w sierpniu. 


Lume a Marzo to stara tradycja, która w ostatnich latach zdaje się być reaktywowana. Nie wiem jak to możliwe, że w zeszłym roku przegapiłam to wydarzenie. Może nie było aż tak widoczne jak wczoraj. 
Ponieważ Romania to region sadów i winnic, a przełom lutego i marca jest czasem pierwszej przycinki, wszystkie gałęzie i badyle pozostałe po tych zabiegach, zostały zbierane, układane w stosy i podpalane, aby dać światło marcowi, nadchodzącej wiośnie, pobudzić do życia naturę i dać dobrą wróżbę na kolejne zbiory. 



Marradi jest miasteczkiem toskańskim, ale ponieważ znajduje się niemal na samej granicy z Romanią, czerpie zarówno z jednej jak i z drugiej tradycji. Marradyjczycy opowiadali mi, że w dawnych czasach tradycja była bardzo kultywowana, ludzie rywalizowali ze sobą - czyj stos będzie wyższy, czyje płomienie sięgną do samego nieba. 



Po tym jak odkryliśmy stos przy Colombai, dowiedziałam się też, że w pobliskim Popolano organizowana jest z tej okazji prawdziwa festa. Polenta, maialino, chleb ze świeżą kiełbasą, wino i ogień. Znów nie wiedziałam, jak to pogodzić, jak się rozdwoić, by być w dwóch miejscach na raz!

Jeszcze z okien mojej kuchni, nim wyszliśmy w teren mogliśmy podziwiać pierwszy ogień naszego sąsiada. 

O zmroku - tak jak nakazuje tradycja - ostatniego dnia lutego zaczęły płonąć kolejne stosy. Muszę wspomnieć, że w dawnych czasach "obchody" światła dla marca trwały przez trzy ostatnie dni lutego i trzy pierwsze dni marca, przedłużanie tego, było traktowane już jako herezja. 

Postanowiliśmy zatrzymać się najpierw przy Colombai, a dopiero stamtąd ruszyć do Popolano. 
Zjawiliśmy się w samą porę, kiedy mężczyźni przy użyciu pochodni podkładali ogień. Suche badyle zajęły się w momencie, strzelając płomieniami do góry. W oddali migały światła innych ognisk, tworząc atmosferę niezwykłości, jakbyśmy przenieśli się do średniowiecza.

Kiedy ogień przy Colombai zaczął dogasać, przenieśliśmy się do sąsiedniego miasteczka. Tam już płomienie tańczyły w najlepsze, a w powietrzu rozchodził się nęcący zapach polenty. Gości przybywało z każdą chwilą, nie ważne, że chłodno, że późno. Wszyscy, i dzieci i młodzi i starzy i starusieńcy, spragnieni festy i towarzystwa, grzali się przy ogniu, zajadając smakołyki i popijając swojskie wino. Magia! 




Jak dobrze, że jest mi dane przeżyć to wszystko!
Ja dobrze, że od dziś już marzec i fest przez najbliższe miesiące na pewno nie zabraknie.
Jak dobrze...


Lòm a Merz to oczywiście w dialekcie lume a marzo - czyli światło dla marca. 

5 komentarzy:

  1. Cudowna tradycja! Magia totalna :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajnie :) Ogień ma w sobie "to coś".... przyciąga, zmienia. Czuć wiosnę :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Całe to Marrandi niby takie zagubione w głębi Włoch, a ile korzyści :-) Chociażby mieszkanie na granicy dwóch regionów i mozliwość korzystania z dobrodziejstw obu! Świetne zdjęcia, które wspaniale oddają radosną atmosferę. U nas na festyny jeszcze trzeba będzie trochę poczekać, póki co trwa zima i sezon narciarski. Pozdrawiam. Agnieszka.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ha! Dobrze wiedzieć..marzec to niejako mój miesiąc, bom w marcu urodzona.

    OdpowiedzUsuń

Drukuj