sobota, 28 lutego 2015

Chęć poznania



W czasie moich ostatnich bibliotecznych odwiedzin odkryłam szafę zamykaną na kluczyk z literaturą o Mugello, o Toskanii, o Romanii, o Marradi i okolicach. Jak się domyślałam, książek tych nie można było wypożyczać, a jedynie poczytać, przejrzeć na miejscu. 
Już kilka razy wybierałam się tam na dłuższą nasiadówkę, ale zawsze coś krzyżowało mi plany. W końcu w piątek, po ostatnich nerwach, czując wciąż huczące w głowie ciśnienie, postanowiłam właśnie tam poszukać przynajmniej chwilowego relaksu. Zapakowałam aparat, notes i poszłam do Marradi. 
Dzień wspaniały, może jeszcze ciut chłodny, ale wiosną przeszyty na wylot. Już na sam widok strzelającej z ziemi zieleni, robi się lepiej na duszy. Wszędzie, gdzie nie spojrzeć wyskakują  kępy żonkili, narcyzów, irysów, pąki magnolii pęcznieją coraz bardziej, zaczyna kiełkować życie na gołych badylach glicine i forsycji. Wszystko zmienia się na moich oczach, za chwilę przyoblecze się marradyjski świat w kolory. Choć tak jak zauważył ktoś z Was, tu nawet jak jest szaro, jest kolorowo. 


Nim doszłam do biblioteki zatrzymałam się sto trzydzieści pięć razy, żeby te zielone kępy nowego życia sfotografować.



W bibliotece stanęłam przed szafą "specjalną" nieco ogłupiała, bo co tu na dzień dobry przejrzeć, jeśli ja bym chciała wszystko na raz. W końcu wyciągnęłam trzy albumy o Mugello. Chciałam znaleźć i zlokalizować na mapie wszystkie kościoły i opactwa ukryte w górach i najciekawsze domostwa tych stron. Przygotowuję się do wakacji i do nowych artykułów, chcę zatem poznać każdy centymetr tej ziemi. Wynotowałam dwie strony miejsc - absolutnie do odwiedzenia. 

Fascynujące miejsce, nieprawdopodobne historie, dzielę się z Wami drobną częścią tego co mnie poruszyło.

Ze starych fotografii patrzą na mnie ludzie z minionej epoki. Co ja bym dała, żeby na chwilę przenieść się w czasie i zobaczyć Marradi sprzed wieku. 





Najbardziej wzruszyły mnie zdjęcia, do których dodano jako podpisy fragmenty poezji Dino Campana. Aż nie do wiary! Teraz jeszcze bardziej czuję, że to mój poeta, gdybym mogła tak pięknie oddać słowami to, co w duszy mi gra, napisałabym dokładnie tak samo...

Ukradłabym te słowa, są tak bardzo moje...


piątek, 27 lutego 2015

Marradi, tak po prostu


Za każdym razem, z każdej strony. Czy do biblioteki, czy po chleb, czy do szkoły. Gdziekolwiek, kiedykolwiek... Nie nauczyłam się jeszcze po Marradi spacerować obojętnie. Nie znieczuliłam się na jego urok i tak już pewnie zostanie na zawsze... Przystaję co kilka kroków, by oczy nakarmić dachami czerwonymi, górzystym otuleniem, zielonkawym szemraniem Lamone. 


Wciąż też uczę się nowych miejsc, odkrywam nieznane historie, stare tajemnice, poznaję niewygodne drogi. Kaplica, fontanna, Madonnina, zakole rzeki, gdzie w dawnych czasach wygrzewali się latem marradyjczycy. Uczę się nowych powiedzonek, regionalnych przysłów, chłonę miejscowe frazeologizmy i tradycje. 


Mam wrażenie, że podobnych postów pisałam już kilkanaście, że wciąż pieję w tym samym zachwycie, na identyczną nutę. Ale tyle dobrych emocji wyołują te widoki, tyle ciepła tu zaznałam, że opasła księga nie wystarczyłaby, bym te opowieści mogła pomieścić. 



To miał być optymistyczny post, na przekór temu wszystkiemu, co się dzieje, na złość pechowi, któremu widać zbyt dobrze jest przy mnie. Zastanawiam się czy można rozdać swoje szczęście, czy są granice "sfortuny"? Jak daleko sięga ludzka zawiść i czy ma taką moc, by złorzeczenie mogło się materializować? 
Oby znów zadziałał płaszcz ochronny marradyjskiego ciepła i serdeczności. Oby życzliwość miejscowych dała mi siłę do walki o własne, malutkie szczęście. 

SFORTUNA to znaczy PECH (wym. sfortuna)

czwartek, 26 lutego 2015

Stare domy i jedwabniki



Ze szkolnego terenu, gdzie każdego dnia odbierane są dzieci, widać dachy Marradi, skupione w dolinie. Ponad nimi góruje stary, kamienny dom, sprawia wrażenie strażnika miasteczka. Obecnie znajduje się tam restauracja i b&b. Dawno temu kilka słów o nim napisałam - to miejsce nazywa się La Colombaia - czyli gołębnik. 
- Ile może mieć lat? - pytam Mario.
- Dużo - odpowiada lapidarnie.
- Kilkaset? 
- Na pewno!
Kiedy tak dyskutujemy pokazując palcami w kierunku budynku, podchodzi dwóch starszych mężczyzn. 
- Właśnie szacujemy ile lat może mieć Colombaia - wyjaśnia Mario. 
- Według mnie około 400 - tłumaczy starszy z panów. - Zwróćcie uwagę na wieżyczkę, to typowy styl z tamtych czasów. Jest tu kilka domów podobnych i na pewno zbliżonych wiekiem. 
- Na przykład ten w Sant' Adriano, a dokładnie te dwa bliźniacze. 
- Zgadza się! I jeszcze Villa Nova w Biforco.
- Rzeczywiście. Są podobne.
- Villa nova to piękny dom, bawiłem się tam jako dzieciak. - Starszy pan zaczyna wspominać dawne lata, a ja natychmiast daję się porwać i już myślami jestem w Italii minionych dekad, w dawnym Marradi, gdzie wszyscy hodowali ... jedwabniki! To wydaje się nieprawdopodobne i zupełnie nie kojarzy się z Toskanią. Próbuję sobie wyobrazić wszechobecne morwy, na których żyły "bachi di seta", nie wiem co się z nimi stało, ale wiem, że mam kolejny temat do zgłębienia. Czeka mnie zatem znów posiedzenie w bibliotece.  


Po szkole jedziemy zrobić z bliska zdjęcia Colombai. Okazuje się, że z tyłu jest kaplica, której nigdy wcześniej nie zauważyłam. Stąd też odchodzi droga, która prowadzi do Badii, o której pisałam nie tak dawno. Kolejna droga do przejścia, jak tylko zrobi się cieplej i błoto przyschnie. Między domem a kaplicą rośnie stara morwa, świadek dawnych czasów. Zdaje się, że wszystko tu ma duszę, dom, drzewo, stary samochód, że wszystko chce opowiedzieć swoją historię. 
Kiedy zjeżdżamy ze wzgórza, Mario zatrzymuje się przy sporym stosie gałęzi i patyków. 
- Oooo! Już się przygotowują. Wiesz co to jest?
- Nieee...
I dziś jeszcze tego nie zdradzę, a Czytelników znających tę tradycję, proszę - cicho sza:) 


BACHI DI SETA to oczywiście JEDWABNIKI

środa, 25 lutego 2015

Nigdy z pustymi rękami


Mario zawsze powtarzał chłopcom - "Mai tornare a casa senza niente". Tak weszło im to przez lata w nawyk, że z każdej mniejszej czy większej wycieczki, nawet ze zwykłego spaceru znoszą do domu rupiecie. Dobrze jeśli jest to wiązka drewna, bo w domu, w którym jest kominek, drewno zawsze się przyda. Niestety, zwykle naznoszone patyki są tak wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju, że nie wolno ich przeznaczyć na spalenie. Bo albo miecz albo przypomina jakiegoś stwora, a ten to laska czarodzieja... Rośnie więc sterta koło furtki i dopiero kiedy jest na tyle duża, że ciężko połapać się w ilości sztuk drewna, podbieramy na rozpłkę. Poza patykami są oczywiście kwintale kamyków, muszelek i innych dziwnych znalezisk - nawet mała stara szafeczka, ale o tym innym razem.

- Musi być właśnie ten? - Tak, ten, żaden inny!

Kiedy z ostatniej wycieczki pakowaliśmy się do samochodu, uciekając w popłochu przed siąpiącym coraz mocniej deszczem, Tomek nie poddawał się i drzewo wytrwale zbierał.
- Co ty robisz? - pytał Mario - Wskakuj do samochodu, bo pada coraz mocniej. 
- Mai tornare a casa senza niente! Mai....* (Nigdy nie wracaj do domu z pustymi rękami. Nigdy...) 

_______________________________________________________________
Poranny dialog, na gorąco:

- Mamusiu czy do ciebie w szkole mówili po nazwisku?
- Tak i nienawidziłam tego!
- Ojej!
- A u was jak jest? Jak się do was zwracają nauczyciele? 
- Po imieniu, ale do X i Y czasem po nazwisku.
- A do ciebie? No tak głupie pytanie. - dodaję po chwili. - Zwracanie się do ciebie po nazwisku to nie lada wyzwanie, nawet jeśli nie nazywasz się Brzęczyszczykiewicz.
- No właśnie! - śmieje się Tomek - do mnie mówią Thomas. 
- I podoba ci się?
- Tak, ale wolę Tomasino. Z Mikołajem mieli trudniej. Dwie litery, których nie znają - J i Ł. Widziałaś jak piszą - Mikolay. 
- Zatem żeby było bardziej swojsko jest Nicola.
- Rodzice powinni dawać dzieciom łatwe imiona - podsumowuje Tomek.
- Dla mnie jednym z podstawowych kryteriów przy wyborze waszych imion, była możliwość przetłumaczenia ich na inne języki. Nigdy nie wiadomo, gdzie w przyszłości zaniesie nas los. 
- Ale Mikołaja chciałaś nazwać Klimek. 
- Tak, bo zawsze kochałam góry, a to przecież góralskie imię. 
- No to czemu wybrałaś Mikołaja?
- Bo wszyscy krytykowali, że ktoś kto mieszka w Warszawie, nie może być Klimkiem, że to zbyt wydumane i oryginalne. 
- Szkoda.
- Ale Mikołaj przecież też jest ładnie. 
- No tak. Ale ja jak będę miał syna, to nazwę go Klimek. Będę przecież mieszkał w Val d'Aosta, w górach!

CHIAMARSI - to znaczy NAZYWAĆ SIĘ (wym. kiamarsi)

wtorek, 24 lutego 2015

Pranie - bezpruderyjnie


Dawno temu miałam przyjaciela zakochanego w krajach północnych. Tak jak moje serce patrzyło tęsknie na Południe, tak na jego mapie świata istniało tylko to, co za Bałtykiem i bezpośrednio na zachód od Polski. Ileż my się spieraliśmy dyskutując o wadach i zaletach narodów, o kulturze i mentalności. Pamiętam jak dziś jego oburzenie, kiedy pewnego razu poruszyliśmy temat "prania".
Nie mógł pojąć - jak tak można bezwstydnie swoje .... wywieszać na widok publiczny, że to nieestetyczne, niekulturalne, że psuje krajobraz, że narusza intymność. Że pranie na sznurku to widok, jakiego w Skandynawii się nie uświadczy. Ja oczywiście zacięcie broniłam Południa z bielizną intymną wystawioną na widok publiczny. 
Lata minęły, teraz sama jestem mieszkanką Południa, mam swoje sznurki na zewnątrz i też bezwstydnie pokazuję wszystkie części garderoby. I wciąż, tak samo jak kiedyś uwielbiam widok rozciągniętego prania. Sfotografowałam garderobę chyba wszystkich marradyjczyków. Oczywiście nie ośmieliłam się nigdy tych zdjęć opublikować, bo nawet jeśli jestem znana z miłości do tego miejsca, to w końcu zaczną brać mnie za wariatkę, jeśli zorientują się z jakim zachwytem patrzę na łopoczące na wietrze prześcieradła. 


A mówiąc między nami - przyznaję otwarcie - zachwycam się nimi jak głupia i nawet w tym widzę poezję zwykłego włoskiego dnia. Lekkość, zwiewność, kokieteria ... Sami przyznajcie, czy taki widok - ciasna uliczka, kamienne domy i wiszące pranie - nie jest piękny? Idę o zakład, że ktokolwiek był na Południu ma choć jedno takie zdjęcie w swoich zbiorach. 
Nie chcę dorabiać ideologii, ale w pewnym stopniu takie widoki też przyczyniają się do tego, że dobrze się tu czujemy. Przesunięte granice intymności, otwartość, brak nadęcia. Swojsko, bez niepotrzebnej pruderii. Jak tego nie kochać?

ROBIĆ PRANIE to po włosku FARE IL BUCATO (fare il bukato)    

poniedziałek, 23 lutego 2015

Niedzielne zabijanie czasu




Niedziela od "po obiedzie" już nie daje łatwo się lubić, bo zaraz znów obowiązki, bo szkoła, bo wczesne wstawanie... A jak jeszcze pogoda kaprysi tak, że nosa za drzwi nie można wystawić, to już całkiem człowieka marazm ogarnia i nawet dywany prymulek i lęgnące się w ogródku tulipany są niewielkim pocieszeniem. W takich momentach, potrzebny jest ktoś, kto przyjdzie, tupnie nogą, myśli bure pogoni i zarządzi, że "jedziemy" na spacer tak czy inaczej.
Jak jedziemy, to jedziemy, dzieci na zachętę mają obiecaną gorącą czekoladę, więc dwa razy im powtarzać nie trzeba, a mi wystarczy możliwość zrobienia nowych zdjęć, uchwycenia nieznanych kadrów, choćby szarych i mglistych, zapukania do kolejnych wiekowych drzwi.
I tak w niedzielne popołudnie, paskudnie deszczowe pojechaliśmy do Brisighelli, a przez całą drogę rozprawialiśmy o okolicznych opactwach, o których wciąż jeszcze za mało opowiedziałam.



Brisighella choć tak mała i wydawało się dobrze znajoma, znów zakamarki nowe pozwoliła odkryć. Na jednej ulicy dwa kościoły, jeden obok drugiego, zamknięte na głucho, kilkusetletnie, samotne, podparte rowerem, też samotnym i opuszczonym. Dalej kwiaciarnia z półkami prymulek we wszystkich kolorach, im deszcz nie straszny.



Wchodzimy do baru na obiecaną czekoladę. Mimo pustych ulic, w barze pełno i gwarnie. Ktoś popija rozgrzewające trunki, mężczyźni wpatrzeni w ekran śledzą mecz. Wyrazy twarzy napięte, rozemocjonowane, że aż mam ochotę zrobić im zdjęcie, nie sądzę jednak, by byliby tym zachwyceni. Chciałoby się rzec - klasyka włoskiego popołudnia.

Na koniec wstępujemy do głównego kościoła. Nie wiem jak to się stało, ale nigdy go wewnątrz nie sfotografowałam. Nawet jeśli sama osobiście bardziej zachwycam się wiejską "pieve", to jednak i tej świątyni nie można odmówić uroku. Historia sięgająca siedemnastego wieku, witraże, ołtarze, ławki tradycyjnie opisane i nawet polski akcent, z resztą nie jedyny w Brisighelli. 

Dobrego tygodnia Wam życzę, a sama dalej idę walczyć z przeciwnościami losu. 


 JESZCZE to po włosku ANCORA (wym. ankora)

niedziela, 22 lutego 2015

Być jak Lucio Battisti...



W sobotni ranek dom wypełnia się muzyką Lucio Battisti. Z pokoju chłopców dochodzą tak uwielbiane przeze mnie dźwięki i słowa, a w tle pobrzmiewa gitara Mikołaja. Mój mały muzyk słucha i gra razem z jednym z moich ukochanych artystów. Łzy cisną mi się do oczu. Niesamowite, że dzieciak z innego kraju żyjący w zupełnie innej epoce, spośród wszystkich płyt, które mamy, wybiera właśnie te. Emozioni, Giardini di marzo, Acqua azzurra, acqua chiara, Fiori rosa, fiori di pesco ... ecc...

Dwa słowa o samym muzyku. Lucio Battisti był jednym z najważniejszych, a może nawet najważniejszym artystą, który wywarł ogromny wpływ na współczesną muzykę włoską. Dla statystycznego Polaka, jak już kiedyś pisałam, włoska muzyka to Romina i Al Bano, Drupi, ewentualnie Laura Pausini i Eros. Tymczasem, przez scenę przewinęli się naprawdę wielcy, których już nikt nie zastąpi. Lucio Battisti tworzył w latach 60, 70, 80 i 90 tych. Niezwykle wszechstronny, multiinstrumentalista, tekściarz, a przy tym tak skromny, że w ostatnich latach swojego życia zrezygnował w ogóle z koncertowania, zaszywając się w studio. Zmarł w wieku 55 lat, a okoliczności jego śmierci nie są jasne, pozostają jedynie przypuszczenia i domysły.  

Italia lat 60 i 70 to moja wielka fascynacja. Fascynacja, której towarzyszy żal, że nie dane mi było żyć właśnie wtedy. To może wydać się absurdalne, ale tak mam. Tamta epoka brzmi dla mnie muzyką Lucio. Tak, jak dawniej, jako dziecko słuchałam z otwartą buzią opowieści cioci Sabinki o czasach wojny, tak teraz słucham opowieści moich włoskich przyjaciół, ich wspomnień. Żyję nimi jakby były moje, kradnę je i przechowuję w sercu, mieszanka iluzji, impresji. I budzi się tęsknota, tak silna, że aż boli i sama nie umiem powiedzieć za czym. Za niewidzianym? Za nieprzeżytym? Za tym, co nie było mi dane...
Poniosły mnie sentymenty, a wszystko to wina Lucio Battisti, tak działa... 
Wracając do Mikołaja... Robi widoczne postępy, teraz kiedy nauczył się wydobywać z gitary prawdziwe dźwięki, coś więcej niż brzdękanie, o wiele chętniej ćwiczy i widzę, że daje mu to ogromną satysfakcję. A ja mięknę kiedy słyszę Marcowe ogrody...

VIVERE to znaczy ŻYĆ (wym. wiwere)

sobota, 21 lutego 2015

Prowincjusze



- Wiesz mamusiu, być może na długą wycieczkę w tym roku pojedziemy ... - Tomek patrzy na mnie wyczekująco - no zgadnij!
- Nie wiem. Do Rzymu?
- Nie! Jak się uda to może pojedziemy nad.... Lago di Garda! - aż rumieńców dostaje na samą myśl o tym. - Niektórzy byli zawiedzeni, woleli do Rzymu, ale ja wiesz jaki jestem, miasto to chaos, ja jednak zdecydowanie naturę wolę! Ale byłoby pięknie, gdybyśmy rzeczywiście nad Gardę pojechali!




Patrzę na niego i myślę sobie - rozumiemy się bez słów, czujemy podobnie, tak nas ta natura i prowincja omotały, że już rytm metropolii zniechęca nas na odległość. I pomyśleć, że z dużo większego miasta niż Rzym nas tu przywiało, pomyśleć, że kiedyś, dawno temu nawet Wrocław czy Kraków były dla mnie prowincją. A teraz ... nawet jeśli oficjalnie, urzędowo nasza "provincia" nazywa się Firenze, to i tak dzikusy z nas pełną gębą, jesteśmy prowincjuszami, trudno temu zaprzeczyć. I tak nam z tym dobrze. 




Życie na prowincji to oczywiście nie tylko piękne widoki i natura za płotem, to też zgoda na pewne niedogodności. Ale jeśli dzieciom to nie przeszkadza, to tym bardziej mi. Wystarczy nauczyć się żyć innym rytmem, docenić to i pokochać. 


naturalny prymulkowy dywan

Nasza prowincja wiosennie się stroi. Czuć wiosnę w powietrzu, w porannym gruchaniu, miga fioletami, bielą, słońcem oślepia. Nawet pierwsze dzikie drzewa kwiatami odważnie się obsypują, jakby miały pewność, że zima już nie wróci. Przedwiośnie na prowincji - co jasne - też jest dużo ładniejsze...

WIOSENNY to znaczy PRIMAVERILE

Drukuj