niedziela, 25 stycznia 2015

Fido


- Wiesz mamusiu, że w Toskanii żył taki pies, który wychodził po swojego pana nawet jak tamten już nie żył?
- Kochanie, to nie w Toskanii, to w Japonii, w Tokio, pomyliło ci się. Nawet film został nakręcony na podstawie tej historii. Nazywał się Haichiko, z tego co pamiętam.
- Nie, nie. W Toskanii też był, w Borgo San Lorenzo - upierał się przy swoim Mikołaj. - pani nam dziś w szkole opowiadała.
- Naprawdę? A opowiedz coś więcej!


Nie mógł sobie Mikołaj przypomnieć szczegółów, ale obiecał na drugi dzień wypytać swoją maestrę. Tak czy inaczej ja musiałam wiedzieć od razu. Wpisałam w wyszukiwarkę długą, nieprecyzyjną frazę i oto mam! Mikołaj się nie mylił. Italia też ma swojego Haichiko.
A to było tak....

Pewnego wieczora 1941 roku, Carlo Soriani, robotnik pracujący w Borgo San Lorenzo, wracając do domu, zauważył w przydrożnym rowie zranionego szczeniaka. Zabrał go ze sobą, wykurował i postanowił, że psiak zostanie u niego na stałe. Nazwał go FIDO.


Między mężczyzną, a psem nawiązała się bardzo silna więź. Każdego ranka Fido odprowadzał swojego pana na plac główny skąd Carlo odjeżdżał do pracy i każdego wieczora oczekiwał go w tym samym miejscu, by towarzyszyć mu w drodze powrotnej do domu.

30 grudnia 1943 roku, kiedy na świecie szalała wojna, na malutkie Borgo San Lorenzo spadły bomby. Zginęło wielu robotników pracujących w Fornaci Brunori. Niestety wśród ofiar znalazł się również Carlo Soriani.
Tego samego wieczora na placu w Luco tak jak zawsze na swego pana czekał wierny Fido. Jak wiadomo, już nigdy go nie zobaczył. Pies powracał każdego dnia, tak jak zwykle przez kolejnych czternaście lat, w sumie ponad 5000 razy, zawsze z nadzieją, że jego pan powróci.

Historia wiernego Fido zaczęła zataczać coraz szersze kręgi, zainteresowal się nią najpierw burmistrz Borgo San Lorenzo, a potem prasa. Pies zakończył swój żywot 9 czerwca 1958 roku, do ostatniej chwili czekając na swego pana.

 Na pamiątkę tamtej historii w Borgo na Piazza Dante ustawiono pomnik podpisany: "A FIDO, esempio di fedeltà". (Fido, przykładowi wierności)

FIDARE to znaczy UFAĆ (wym. fidare)

13 komentarzy:

  1. Piękna historia - dzięki - doszedłem do wniosku, ze czytając Twój blog Kasieńko nawet przy robieniu niedzielnych kotletów wzruszyć się można
    Nicko

    OdpowiedzUsuń
  2. Zawsze płaczę gdy słyszę takie historie...
    Piękna. Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
  3. Witaj! Zaproponuję Wam historię polskiego pieska Dżoka. To opowiadanie o krakowskim pomniku na Plantach i jego pierwowzorze. Kasiu, twoje dzieci są bardzo rezolutne i na pewno w delikatny sposób będą umiały opowiedzieć rówieśnikom zaznaczając jednocześnie swoją polskość. Pozdrawiam, ja też kocham Włochy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super! Poszukam i im opowiem! Dziękuję!

      Usuń
  4. Kasiu, ja też się wzruszyłam. Przypomniała mi się opowieść" O psie który jedździł koleją". To jest lektura klas 3. Pamiętam jak czytaliśmy tę lekturę wraz z moim synem i oboje płakaliśmy. Niesamowita, piękna, wzruszająca, pełna miłosci opowieść o przyjaźni psa z człowiekiem. Akcja utworu również dzieje się we Włoszech:) Koniecznie przeczytaj ją chłopcom. A może już ją znają:)) Buziaki. Dziękiuję za ten post:))
    Muzien

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, że znają!! Mamy w naszej biblioteczce:) Czy można przy tej książce nie płakać?:) Chyba nie! Ściakam!

      Usuń
  5. kolejna piękna historia o wierności i miłości, gdy oglądałam film Haichiko łzy same kulały sie po policzkach, teraz znów...

    OdpowiedzUsuń
  6. http://pl.wikipedia.org/wiki/Pomnik_psa_Dżoka
    To tak po krakowsku ;) Moje dzieci uwielbiają ten pomnik!

    OdpowiedzUsuń
  7. Eh Kasia, znów muszę się wypowiedzieć - przysięgam, że jak mnie zbanujesz to się nie obrażę :D
    Historię tego psa znam, Haichiko również, chociaż muszę przyznać, że film mam ściągnięty od kilku lat i do tej pory go nie obejrzałam, bo już przy czytaniu książki prawie pękło mi serce - może i zawodowo jestem twardzielem, bo widziałam już na prawdę wiele, ale za każdym razem gdy mowa o zwierzętach to po prostu wymiękam. Pisałam już u ciebie na blogu, że mam psa znajdę z prov. Arezzo. Prócz niego mam jeszcze 2 psy - wszyscy 3 uratowani czy ze schroniska czy od pewnej śmierci. Moją nianią z czasów niemowlęcych był właśnie pies, rudy mieszaniec nie wiadomo czego, który pilnował mnie gdy moi rodzice i dziadkowie pracowali na roli. Psy i w ogóle zwierzęta towarzyszyły mi od zawsze (nie jestem mieszczuchem, w dorosłym już życiu "zaadoptował mnie" na chwilę Wrocław i później Neapol, poza tym mieszkałam zawsze na wsi) - konie, krowy, psy, koty itp. I to właśnie chyba to powoduje, że gdy słyszę czy czytam o tym co w Toskani wyrabia się z psami, to poprostu mam ochotę tym ludziom zrobić to samo. Osobiście, gdybym jakimś cudem odnalazła tego ... (cenzura), który wyrzucił mojego obecnego psa zamkniętego w pudełku kartonowym w lesie kilka km od ostatniej wsi, to nie chcesz wiedzieć co bym mu zrobiła, a uwierz mi że jestem mega spokojnym człowiekiem. Nie zrozumiem chyba nigdy jak można porzucić kilku tygodniowego szczeniaczka na pewną śmierć, czy np wyrzucić psa na FIPILI z jadącego samochodu! Mojego uratowal mój zgubny nałóg palenia - jak widać są jakieś plusy mojego ex już nałogu :D Ogólnie duża część Włochów (nie tylko toskańczycy) źle traktuje psy - świadomie badź nie, ale taka prawda. Znam wiele osób które uważają, że jak pies ma michę z żarciem i wodą + ogród to już szczyt jego potrzeb i marzeń. Nie musi przecież wychodzić, bawi się z innymi psami, poznawać nowe miejsca, zapachy itp Albo psy pozamykane caluteńki dzień w domu i każdy dziwi się że non stop szczekają. W poprzednim miejscu zamieszkania bylo 4 psy w tym jeden mój - pomimo posiadania 2 ogródków tylko mój codziennie 2 x szedł na spacer do lasu, bawił się z psami myśliwych (jedyni kompani do zabaw) itp. Pozostałe 3 poza szczekaniem (sfrustrowane biedactwa niewolą) nie robiły nic, nie wychodziły, nie mogły się bawić, ba! nawet nie wolno się im było wąchać przez ogrodzenie. Niestety w kochanej Toskani najlepiej dbają o psy myśliwi - ich pies raz że kosztuje, później nauka trwa chwilę, no i trafić idealnego psa na polowania to sztuka. Mój weterynarz ciągle mi powtarza, że tak jak są wychowane psy obcokrajowców (okolice zamieszkuje na stałe dużo niemców) to włoskiego nie zna ani jednego. Za każdym razem gdy przychodzimy do niego nie może się nadziwić, że moje "12 kilo psitu" po wejściu do gabinetu siada i podaje mu łapę na powitanie :D
    Jak mawiał mój dziadek - człowieka poznasz po tym jak traktuje zwierzęta i słabszych od siebie. Idę obudzić moje chrapiące futro, co prawda byliśmy już na wieczornym spacerze, ale zaczął teraz sypać śnieg, więc nocny spacer jak najbardziej wskazany.
    Magda

    OdpowiedzUsuń
  8. aż się łezka w oku zakręciła:)

    OdpowiedzUsuń

Drukuj