niedziela, 23 listopada 2014

Wśród dobrych ludzi



W ostatnich dniach często zastanawiałam się, czy gdybym trafiła do innego włoskiego miasteczka nasze życie potoczyłoby się tak samo. Marradi jest chyba rzeczywiście wyjątkowe. Dopiero tu, powolutku, dzień po dniu zaczęło się odbudowywać, utracone w Warszawie moje poczucie bezpieczeństwa. Każdego dnia mam dowody na to, że ludzie w Marradi, to jak jedna wielka rodzina. Oczywiście ludzie są tylko ludźmi - są więc spory, niesnaski, ten się nie lubi z tamtym, jeden z drugim nie rozmawia, ale jak przychodzi co do czego - są razem. Ten "dobry duch" w powietrzu jest wszechobecny.



Cieszę się, że w takiej atmosferze mogą dorastać chłopcy. Bycia z ludźmi naprawdę nie zastąpią telefony, komputery, fejsbuki, mam wrażenie, że to umiejętność, która zaczyna się zacierać. Mogłoby się wydawać, że na obczyźnie poczujemy się samotni, opuszczeni, oderwani od rodziny i znajomych, od korzeni. Jednak paradoksalnie stało się na odwrót - to tu poczuliśmy się jak w domu, przytuleni do serc marradyjczyków. To tu właśnie zaczyliśmy żyć naprawdę. 


To tu ktoś nas odwiedza ot tak po prostu, bez liczenia na jakieś profity, to tu ktoś zaprasza do siebie i przygotowuje specjalnie danie, które lubimy. To tu mieszkańcy wystawiają sztukę dla siebie samych (o tym wkrótce!), to tu ludzie dzielą się czym mają i pomagają sobie jak tylko potrafią. Ta atmosfera bliskości, rodzinności jest obecna wszędzie. Mam wciąż te same odczucia czy po meczu piłkarskim, czy po szkolnych zebraniach, w każdej niemal chwili.
Jak dobrze, że z całej niezliczoności wakacyjnych ofert wyłowiłam kiedyś agriturismo w Marradi.




Wczoraj Mikołaj rozgrywał kolejny mecz, tym razem w Granarolo, to jakieś 50 kilometrów od nas. Tomkowi oczywiście nie uśmiechało się siedzieć na trybunach całe popołudnie. Pozwoliłam mu zatem zostać w domu, ale poprosiłam Mario, żeby przyszedł i dotrzymał mu towarzystwa. A potem bezczelnie pomyślałam, że skoro już będzie, to może dla zabicia nudy przygotowalby pizzę na kolację? 
Przyjechał natychmiast nim zdążyliśmy wyjść i drzwi nawet jeszcze za sobą nie zamknął, a tu Tomek:
- Zrobisz mi budyń czekoladowy?
Zrobił i budyń i pizzę i w kominku rozpalił.  
To niby drobiazgi, ale właśnie takie drobiazgi sprawiają, że codzienność staje się milsza.

Dziś pojedziemy do Lorenzo, zjemy dzika, usiądziemy przy kominku, wysłuchamy myśliwskich anegdotek. Potem, kiedy będziemy wracać przez kasztanowe gaje, będę się wpatrywać w ciemności nocy i znów się będę roztkliwiać nad tym, co jest mi dane ...

CIEPŁY, PRZYTULNY, MIŁY, GOŚCINNY to po włosku ACCOGLIENTE (wym akkoliente)

5 komentarzy:

  1. Kasiu, jaki spokój emanuje od Ciebie.

    OdpowiedzUsuń
  2. To przeznaczenie... Tak musiało być :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. ach miło być w takim miejscu gdzie ludzie są od tak po prostu mili uczynni, a nie myślą by cos komuś zabrać zazdrościć itp.... myślę że takie miejsce daje bezpieczeństwo Być pewnym że w razie wu... ma się oparcie nie tylko w najbliższych ale też i w np. sąsiadach...

    OdpowiedzUsuń
  4. Następnym razem zapraszam na kawę! Z Granarolo to tylko parę kilometrów...

    OdpowiedzUsuń

Drukuj