niedziela, 2 listopada 2014

Przerażający łowcy słodkości


Już od dwóch tygodni Tomek przeżywał zbliżające się "helołin". Okazało się, że mam w domu wielkiego organizatora! Nigdy bym nie przypuszczała, że ma taki potencjał, nie podejrzewałam go o zdolności przywódcze. Żartowaliśmy w domu, że jest z niego "kaowiec" pierwsza klasa. To on rzucił hasło, zebrał grupę, wyznaczył miejsce i godzinę spotkania, obmyślił punkty strategiczne, które koniecznie musieli odwiedzić i zorganizował opiekę pod postacią osoby dorosłej. 



Ja sama - tak jak pisałam już rok temu - do samego "święta" mam stosunek ambiwalentny, podobnie jak i do innych temu podobnych, choćby do walentynek. Nie odmawiam jednak dzieciom zabawy i pomocy. Jak zwykle więc pojawiły się na stole paluchy wiedźmy, z których Mario zaraz zmontował upiorną dekorację, a Tomek dołączył bilecik. Mała rzecz, a radości co niemiara!



W piątkowy wieczór ruszyli w miasto, poprzebierani, wymalowani, każdy ze swoim workiem na słodyczowe zdobycze. - Dolcetto o scherzetto?! - krzyczeli dzwoniąc i pukając do kolejnych drzwi. Odwiedzili swoje nauczycielki, bary - gdzie zostali szczególnie hojnie obdarowani, sklepy, domy znajomych i przykościelny budynek. 
Podejście do imprezy jest tu różne, tak jak w Polsce - jedni sami się bawią tak jak dzieci, poddając się z zapałem nowej tradycji, inni pozostają obojętni, nie odbierając jednak radości dzieciakom, ale są i tacy, którzy nie zawsze grzecznie, zamykają małym przebierańcom drzwi przed nosem. 



- A zatem ... scherzetto! - skwitowały dzieci, kiedy starsza pani zawarczała na nich pod nosem i kazała zmykać. Nie były jednak przygotowane na takie sytuacje i obiecały sobie w następnym roku zabrać ze sobą mąkę. Jak scherzetto to scherzetto! 
Hipokrytą okazał się właściciel jednego ze sklepików, który wcześniej zarzucił wystawę gadżetami "helołinowymi", ale kiedy dzieci, niektóre mające na sobie drobiazgi z jego sklepu, przyszły po dolcetto, zostały zrugane i odesłane z niczym. To były na szczęście pojedyncze przypadki i straszliwce wróciły do domu każde z workiem pełnym niezdrowych, psujących zęby słodyczy!      
Wieczorem Paw, który pełnił rolę ochroniarza i kierowcy opowiadał, że najbardziej rozbrajający okazali się ludzie mieszkający przy kościele, różne dziwne przypadki, poddane swego rodzaju resocjalizacji. Byli autentycznie przejęci, że niczym dzieciaków nie mogą obdarować, bo nie mają w domu nawet jednego cukierka, po czym ktoś chwilę pomyślał, zerknął do spiżarni i przyniósł paczkę sucharków, zachwalając, że są prawie tak dobre jak klasyczne słodkości.   

SPAVENTARE - to znaczy PRZERAŻAĆ (spawentare)

Nalot na bar!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj