poniedziałek, 24 listopada 2014

Mały myśliwy



Polowanie to - jak wiecie - nie jest mój ulubiony temat, pamiętam, że również wśród Was budzi różne emocje. Jednak jakby nie było, polowanie w Marradi - o czym nie raz pisałam - jest częścią życia, czymś tak naturalnym jak jedzenie czy oddychanie. Z racji tego, że wielu spośród naszych znajomych należy do myśliwskich drużyn, chcąc nie chcąc jesteśmy w tym temacie na bieżąco. 

Okoliczności przyrody

Przebywając często wśród myśliwych obudziła się pasja również w Mikołaju. Przy każdej okazji podpytywał, kiedy będzie mógł pójść na polowanie. O tyle mnie to zdumiewa, że generalnie jest typem strachliwym i czasem nawet na widok szczeniaka wpada w panikę, a przecież jak wiadomo, psy są nieodłącznym elementem polowania na dzika. 
W minioną niedzielę Mikołaja marzenie się spełniło! Poszedł na swoje pierwsze w życiu polowanie. Od razu uprzedzę pytania i podkręślę, że jego rola nie wiązała się z żadnym niebezpieczeństwem. Od broni był daleko, a jego zadaniem - uwaga! - było właśnie pilnowanie części psów! Zaskakują mnie zmiany jakie w nim zachodza, jak dojrzewa z dnia na dzień, niby jest jeszcze małym chłopcem z misiem pod pachą, który boi się trzęsienia ziemi, a z drugiej powoli zaczyna stawać się taki dorosły i poważny. Wolałabym zatrzymać czas, ale nie mam takiej mocy!


Kościół na Gamogni w listopadowy poranek




Paw i Mikołaj w niedzielę o 7.00 rano byli już w barze, gdzie spotkała się myśliwska drużyna i gdzie dopełniano formalności. Potem ruszyli w góry, w miejsce dobrze nam znane, które tu na blogu nie raz prezentowałam - na Gamognę. Tam do popołudnia ganiali po górach w te i we wte. Bez jedzenia, jedynie o samej wodzie. Jak opowiadał Paw mieli w nogach jakieś 15 kilometrów. Jak to moje dziecię dało radę, kiedy spacer na Monte Lavane, zdawał się nadludzkim wysiłkiem?? 


Tylko woda i nic więcej



Muszę przyznać, że mi zaimponował. Nie skarżył się, nie marudził, że głodny, że chce wracać, że zmęczony. Dojechali na Cavallarę do domu Lorenzo około 16.00, od rana nic nie jedli. Rzucili się więc wygłodniali na chleb i kiełbasę, a wieczorem już wszyscy razem usiedliśmy nad potrawką z dzika, która jest popisowym daniem naszego przyjaciela. Mikołaj mimo, że po kolacji już opadł z sił i zmęczenie dało o sobie znać, odważnie deklarował, że znowu za tydzień chce iść na polowanie. 

- Tato a będą dziki? 
- Pewnie tak. 
- Bo ja się boję dzików. 


- Tato uciekły nam wszystkie psy i co będzie jeśli teraz dziki przyjdą?
- Nie bój się. Psy właśnie ganiają teraz dziki.
Przybiega jeden z psów. 
- O teraz znacznie bezpieczniej!


Wieczorem kiedy już dzieci spały Paw zdawał mi relację z całego dnia. Opowiadał o cierpliwości Lorenzo, który uczył Mikołaja rozpoznawać tropy dzika, o mgle, która spowiła kościół, o nawoływaniach przez radio i o "bambino polacco", które budziło podziw wśrod dorosłych myśliwych. 
bambino polacco

BRANCO - to znaczy STADO (wym. branko)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj