sobota, 1 listopada 2014

Bez dławiącego smutku

 
W pierwszym roku wszystko tutaj albo prawie wszystko było dla mnie nowością. Opisywałam Wam ze szczegółami większe lub mniejsze wydarzenia, różnice kulturowe - jak chociażby te w obchodzeniu świąt najróżniejszych. Rok minął, to co było nowe, teraz jest znajome i oczywiste, trudno mi zatem uniknąć powtórzeń, ale też kilka słów napisać muszę. 
Wczoraj kiedy dzieci były w szkole, pojechaliśmy na cmentarz. Potrzebowałam tego, pobyć chwilę w ciszy, poczuć atmosferę. 




Słońce jaskrawe, cisza, połacie kolorowych chryzantem, na grobach w większości zdjęcia uśmiechniętych osób. Uwielbiam cmentarze, bo gdzie indziej, jeśli nie tam znajdziemy niezliczone historie do opowiedzenia. Cmentarze włoskie są szczególne, są ... nie chcę by zabrzmiało to irracjonalnie - ale dla mnie są takie radosne. Groby są dużo mniejsze, skromniejsze, nie licząc oczywiście grobowców zacnych rodzin, które bardziej przypominają kaplice. Wszystkie udekorowane kwiatami, oświetlone zazwyczaj jedną lampeczką, zatem coś takiego jak zniczowy biznes nie istnieje. A jeśli chodzi o marketing cmentarny - to jeszcze dwa słowa, zniczy nie ma, nie ma też żadnych innych straganów, przed wejściem na cmentarz ustawili swoje stoiska jedynie marradyjscy kwiaciarze - chryzantemy, kalie, anturium. Pięknie wyglądają te kolory jesieni na tle starych murów otoczonych strzelistymi cyprysami. 



Przeszliśmy się wszerz i wzdłuż, a że cmentarz malutki, w godzinę można odwiedzić wszystkie groby. Wysłuchał Paw moich opowieści zasłyszanych u Mario: o Teresinie, o srogim nauczycielu, a błądząc tak natrafiliśmy na grób malarza, o którego wystawie tak niedawno się rozpisywałam. 





Zatrzymaliśmy się oczywiście dłużej przy grobie mamy naszego przyjaciela i dziś za pewne wrócimy tam z dziećmi. Mieli wczoraj swoje "halołin", dziś zatem czas na odrobinę powagi.

W Polsce biegałam na cmentarz dosyć często, zawsze kiedy było mi źle, przy każdej najdrobniejszej okazji i bez okazji. Nie jest mi przykro, że właśnie dziś nie mogę tam być, bo jestem z obozu, że o najbliższych, którzy odeszli trzeba pamiętać cały rok, a nie tylko 1 listopada, ale jest mi czasem ciężko, że nie mogę tam iść, kiedy czuję potrzebę. Na pewno będzie mi przykro 18 listopada. Pocieszam się tym, że są w Warszawie osoby, które pamiętają, i które też w moim imieniu zostawią zapalone światełko (dziękuję Aniu).





Listopad to dla mnie najtrudniejszy miesiąc. Mam nadzieję, że jakoś uda mi się go przetrwać nie tracąc na dłużej uśmiechu. Tak jak rok temu - tu jest mi o wiele łatwiej. I choć uwielbiam polskie cmentarze, za nostalgię, za dym unoszący się wieczorem, za tysiące światełek, to zawsze po tych dniach zostawał mi w środku smutek. Smutek przygniatający, dławiący, smutek, który budził dawne lęki, smutek traumatyczny, nie do zniesienia...



ANGOSCIA to znaczy LĘK, SMUTEK, NIEPOKÓJ (wym. angoszia) 

4 komentarze:

  1. Postaram się aby tegoroczny listopad podczas lekcji był może ciut weselszy :) Nicko

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętaj, że z rozbawianiem mnie - ostatnim występem bardzo podniosleś sobie poprzeczkę:) Ściskam!

      Usuń
  2. ja zdecydowanie wolę takie podejście, w Polsce wszystko zawsze jest takie pompatyczne, napuszone, na pokaz. Nie wiem czemu, ale w naszym narodzie nie ma za grosz uśmiechu, poczucia radości - wczoraj to mi się nawet nie chciało dłużej buszować po sieci, gdy zobaczyłam kolejny raz dyskusje na temat czy świętować Halloween czy nie i jakie to złe święto a te nasze jakie wspaniałe...Tak mało kto rozumie, że to dwie różne rzeczy na przestrzeni dwóch dni i jedno nie wyklucza drugiego... Pozdrawiam ciepło i niech ten listopad będzie "odczarowany". Ola z Irlandii

    OdpowiedzUsuń
  3. O, groby jak w Polsce. Tu przyzwyczaiłam się raczej do domków grobowych i jednego wielkiego, przerażającego kilkupiętrowego bloku z grobami podświetlonego na jeden kolor.

    OdpowiedzUsuń

Drukuj