niedziela, 30 listopada 2014

Wawel, Szymborska, szkolne dialogi, list do św. Mikołaja i inne

- Mikołaj - wołam, przeglądając "diario" tuż przed ich wyjściem do szkoły i ciśnienie mi się podnosi - ty miałeś się nauczyć angielskiego! Uczyłeś się??
- Ale ja wszystko umiem!
- A ja nie widziałam, żebyś się uczył!
- Ale umiem!
- Taak? To jak jest kuzyn po angielsku?
- Cousin.
- Hm. A jak będzie ciocia?
- Aunt. Ty mnie nie pytaj po polsku!
- No tak masz rację! Zio?
- Uncle.
- Fratello?
- Brother.
.... Itd! Poległ dopiero na pradziadku. Czasem nie doceniam swoich dzieci. I coraz częściej wydaje mi się, że są mądrzejści ode mnie. Mądrzejsi ogólnie, życiowo, emocjonalnie....
_________________________________________________________________

Pora obiadu. 
- ....
- Nie, nie! To będzie modo congiuntivo. 
- A no tak masz rację. Che io parlassi, che tu parlassi ....
- ... 
- Ale to imperfetto? 
- Czy ja mogę wiedzieć o czym wy rozmawiacie?? - Pyta w końcu zagubiony Paw. 
- Takie tam gramatyczne duperele. - Śmieję się ja i śmieją się chłopcy, bo rzeczywiście, dla kogoś kto po włosku mówi tyle o ile, taka dysputa jest zawiłą łamigówką. 

_________________________________________________________________


- Mamusiu! - woła Tomek już od wejścia - a my dziś znów z panem Francesco sprawdzaliśmy co słychać u naszych szkół zaprzyjaźnionych i zaraz dostaliśmy wiadomość od dzieci w Polsce! I wiesz co nam przysłali? - buzia mu się nie zamyka, monolog bez końca - Legendę o Smoku Wawelskim! I zdjęcia Krakowa i Wisły, a ja potem dużo opowiadałem. I wiesz, że Pan Francesco ładnie przeczytał "Wawel", nie tak jak niektórzy "łałel". 
Chwila oddechu. 
- A tu popatrz co mam! Otwiera podręcznik do włoskiego: 


Nasza kochana Pani Szymborska po włosku. Aż mi się ciepło na sercu robi. W Italii jest bardzo ceniona, w pierwszej lepszej księgarni znajdziemy choć jeden tomik jej poezji, jest w "wielkiej trójce" Polaków na włoskich księgarnianych półkach - wraz z Miłoszem i Kapuścińskim. Zaskakuje mnie jednak to, że znajdujemy ją we włoskim podręczniku do piątej klasy. To miłe!
_________________________________________________________________

 - Mamusiu a co ty byś chciała od świętego Mikołaja?
- Ja? Ja bym chciała tylko, żebyście byli zdrowi i jeszcze odrobinę świętego spokoju. Żeby nam się niektóre problemy wreszcie skończyły. Nic więcej nie chcę!

Jak widać, obudził się w Tomku umiar i trzecia pozycja została starta, a co najważniejsze również w moim imieniu zwraca się do "wyższych instancji", na błędy przymknijcie oko, "muj" został poprawiony chwilę po zdjęciu, po samodzielnej analizie - "aj! mój, bo moje!"

Umiera czasem we mnie wiara w ludzi. Zastanawiam się jak to jest, czy na każdego dobrego człowieka przypada jeden zły? A może proporcje są jeszcze smutniejsze. Chciałabym myśleć, że nie ma na świecie złych ludzi, chciałabym bardzo, ale chyba nawet moja naiwność ma swoje granice. Chciałabym wiedzieć czy jest jakiś limit na niepowodzenia i problemy. Dłubię przy tym moim kalendarzu adwentowym i tak mi się smutno robi, jak sobie pomyślę, ile jest jednak w ludziach nieżyczliwości, egoizmu i zła. I niestety wciąż Polskę mam na myśli...



Ci dobrzy, z sercem na dłoni pocieszają i dodają sił. Wszystkie niepowodzenia kiedyś się kończą. A Ty jesteś silna i dasz radę... Pewnie dam, zawalczę jeszcze nie raz, nie dwa, po czym znów opadnę z sił, a potem kolejny raz podniosę się z kolan i będę szła dalej. Bywa jednak i tak, że jestem już bardzo zmęczona. Czasem sama się zastanawiam skąd biorę w sobie siłę?


CATTIVO to znaczy ZŁY (wym. kattiwo)

sobota, 29 listopada 2014

Narzeczony dla dwóch córek! - czapki z głów przed marradyjczykami!



- Narzucił byś jeszcze ten lekki szaliczek.
- Mamusiu!! Może jeszcze cylinder?
- Idziemy do teatru...

IDZIEMY DO TEATRU!
I teraz nie wiem od czego zacząć. Paradoksalnie dużo łatwiej mi opisywać banały, kwiatki, pajęczynki i inne duperele, a wobec rzeczy naprawdę wielkich słów mi czasem brak!
Jak tylko zobaczyłam ogłoszenie o spektaklu - wiedziałam, że choćby nie wiem co, muszę go obejrzeć, co za radość zasiąść wreszcie na widowni tak podziwanego przeze mnie marradyjskiego teatru!

"Oskar, un fidanzato per due figlie". 
Przede wszystkim dwa słowa o samej treści - "Oskar, narzeczony dla dwóch córek" to przezabawna komedia, w klimatach mafijno - rodzinnych, z pokręconą intrygą, tak zawiłą, że gdy wyszliśmy już z teatru i dzieliliśmy się wrażeniami, Tomek powiedział - Mamusiu w pewnym momencie to ja już się całkiem pogubiłem - jak to jest z tymi córkami.  



Ubawiliśmy się setnie i choć sztuka raczej dla dorosłych, to jednak nie zabrakło dzieci na widowni. Moi chłopcy bawili się setnie, a ja nacieszyć się nie mogłam, kiedy widziałam jak przede mną Tomka głowa podskakuje ze śmiechu. Siedzieliśmy niestety rozproszeni, bo bilety były już na wykończeniu. To był trzeci spektakl z przewidzianych czterech i wspaniałe jest to, że marradyjczyków do teatru nie trzeba było długo zparszać, ruszyli szturmem spragnieni rozrywki wyższych lotów.  



A teraz kwestia najważniejsza - aktorzy!
Aktorzy - laicy. Wspaniali! Słów mi brak!
Jakiś czas temu utworzono w Marradi - grupę teatralną "Campagna per non perire d'inedia" - aby nie zemrzeć z nudów. To mieszkańcy, którzy co jakiś czas przygotowują występy na deskach tutejszego teatru, bawiąc się przy tym świetnie - co widać - i oczywiście dając przy tym wiele przyjemności mieszkańcom. 
- Mamusiu - odwracał się Tomek co jakiś czas - to ten pan, co kieruje szkolnym busem... A tego to ja znam, on uczy w "media"! Mamusiu a z tamtym Mikołaj miał lekcje pływania! 
Rzeczywiście każdy z aktorów znany był nam z codziennego życia miasteczka, tym większą radością i zaskoczeniem było zobaczenie ich w kostiumach, wcielających się w inne postacie. 
Wrażenia niezapomniane! I co za talenty!!! Kolejny raz powtórzę - Marradi to rzeczywiście miasteczko szczególne!  Szczególne, bo ma teatr, szczególne, bo tu ludzie żyją z pasją, szczególne, bo jego mieszkańcy robią wszystko, by nie zemrzeć z nudy. Ileż niebanalnych ludzi na tak małym kawałku ziemi!?
Marc, Marco, Maurizio i wszyscy pozostali - byliście niesamowici!!!
Nie mogę się doczekać kolejnych spektakli!

Zdjęć z przedstawienia oczywiście nie mam. Jako rekompensata - oficjalny plakat. 

COMMEDIA - to znaczy KOMEDIA (wym. kommedia)


piątek, 28 listopada 2014

W świątecznym nastroju




Marradi zaczyna stroić się świątecznie. To znaczy tak naprawdę to stroi się już od miesiąca, bo iluminacje zaczęto wieszać zaraz po 1 listopada. Lada dzień pewnie wszystko się rozświetli. Przed teatrem stanęła już wielka choinka. Udekorowano główny most. Zmieniają się witryny sklepów, a niektóre są tak fantazyjne, że właściciele musieli chyba poświęcić całe miesiące, by przygotować taką scenografię. I to mnie zawsze tu zdumiewa!  Nie wiem czy to cecha marradyjczyków, czy w innych mieścinach jest podobnie. Ale tu ma się wrażenie, że każdy dwoi się i troi, że każdy jest maksymalnie zaangażowany w to, by miasteczko błyszczało, zachwycało, by nawet ten, co tylko przejazdem zauroczony zatrzymał się choć na chwilę.  




Tak dzieje się nie tylko w okresie Bożego Narodzenia. Marradyjczycy pamiętają też o innych pomniejszych świętach i wydarzeniach i zawsze dekoracjami wpisują się w klimat danej chwili, czy to noc czarownic, czy święto kasztanów, czy dni sportu, czy turniej złotego rusztu. Już kiedyś o tym pisałam, że tu nie ma nic "byle jak", nie wiem czy w ogóle to określenie funkcjonuje we włoskim słowniku. Mam wrażenie, że tutaj nawet takie drobiazgi, a może zwłaszcza te drobiazgi zrobione są z sercem, z pełnym zaangażowaniem i niezmierzoną fantazją, a nie po łebkach. 




Już za tydzień pierwsze bożonarodzeniowe mercatino, znów będzie kolorowo, zapachnie grzanym winem, na saniach usiądzie Mikołaj, a dzieci na placu będą śpiewać kolędy. Jakże inna ta przedświąteczna atmosfera od tej w wielkim mieście. Bez sztucznego rozdmuchania, bez ogłupiania ludzi, bez nakręcania wielkiej komercyjnej machiny. Będzie rodzinnie, ciepło, nawet jeśli zimno, pachnąco, swojsko, po prostu pięknie...



CURARE to znaczy DBAĆ (wym. kurare) 

czwartek, 27 listopada 2014

Dinozaury we Florencji - mały reporter notuje.


Dorastanie w Toskanii ma wiele uroku, tutaj chłopcy dostają to, o czym w Warszawie mogliby jedynie pomarzyć. I choć wiele z tego już im troszkę spowszedniało, to są jednak atrakcje, na które wciąż czekają gorączkowo. Do takich należy np. wycieczka klasowa do Florencji - do muzeum paleontologiczno - geologicznego. 

Już od tygodnia Mikołaj odliczał i doczekać się nie mógł. Choć w stolicy Toskanii był już tyle razy, to jednak klasowa wycieczka i dinozaury, to niecodzienne wydarzenie. Pojechali z samego rana pociągiem wraz z równoległą klasą z sąsiedniego Palazzuolo. 

Z okien naszego domu widać doskonale trasę kolejową, przyklejoną do wzgórz, wyszliśmy więc na taras, by z daleka pomachać Mikołajkowi, nawet jeśli my go nie widzieliśmy, to on nas - jak na talerzu. 

Wrócili wczesnym wieczorem, spóźnieni o jakieś dwie godziny, bowiem pociąg z racji problemów w jednym z tuneli - mówiono coś o gazie, zakończył trasę w innym małym miasteczku. Tam szkoła musiała wysłać busa, by dzieci bezpiecznie dowieźć do domu. Nawet nie zdążyłam się zdenerwować, bo o wszystkim dowiedzieliśmy się, jak już szczęśliwie wracali do Marradi.
Przy kolacji Mikołaj opowiadał o dinozaurach, szkieletach, mamutach i skamieniałościach. Chwalił się piórem do pisania, które kupił na pamiątkę, a na koniec dał mi garść zmiętych karteczek, by pokazać, że już w pociągu zrobił z niego użytek, opisując podróż z najdrobniejszymi detalami. Tak mu się to spisywanie wspomnień spodobało, że i o dawniejszej wycieczce do Oltre mare sporządził krótką notatkę.  

Czytając śmiałam się i zarazem nadziwić się nie mogłam! Niewiele błędów, tym bardziej jak na kogoś, kto po włosku mówi od roku i do tego swoboda w ujęciu myśli, jaką mamy zwykle w ojczystym języku. Zachwycam się! Karteczki wylądują oczywiście wraz z innymi moimi skarbami wśród najcenniejszych drobiazgów i pamiątek dla potomnych ... 



Dosłowne tłumaczenie niektórych notatek: 

W muzeum widzieliśmy kości mamuta. Świetnie się bawiliśmy. 
Poznałem nowego przyjaciela, nazywa się Filippo.
 Zorganizowali nam zabawy. 
Widzieliśmy także skamieniałości roślin, zębów i ryb. 
Jeden z mamutów nazywa się Pietro - to tak samo jak moje drugie imię. 

Wysiedliśmy z pociągu. Uprzedzono nas, że jest jakiś problem. Ludzie wydają się zdenerwowani. Alena płakała, ja i Emma szukaliśmy zaskrońców, a Leo krzyczał - umrzemy! Ja i Emma byłiśmy spokojni.  A potem przyjechał bus.

I samo mi się nasuwa - niedaleko pada jabłko od jabłoni:) 
I jeszcze na Mikołaja usprawiedliwienie - ma piękny charakter pisma, ale to zostało napisane w pociągu i autobusie na kolanie.  
DINOZAUR to po włosku DINOSAURO


środa, 26 listopada 2014

Jesienna słodycz Toskanii




Późna jesień w Toskanii karmi nas nieznanymi wcześniej owocami. O ile jeszcze kaki na polskich straganach widziałam, a poza tym poznałam je dobrze dawno temu w czasie pierwszych październikowych wakacji w Toskanii, o tyle już nespole czy giuggiole były dla mnie do niedawna absolutną nowością. Mnie osobiście ani jedne ani drugie nie zachwycają smakiem, natomiast Tomek oszalał na punkcie nespoli. 
Nespola - to po polsku nieszpułka. Być może Wy ją znacie i okaże się, że to ja jestem ignorantem. Wyczytałam, że samo drzewo występuje jako roślina ozdobna, jednak na owocowanie polski klimat jest zbyt chłodny. 
Tak czy inaczej po raz pierwszy z nespolą spotkałam się tutaj. Owoce zbiera się w październiku, ale nie nadają się jeszcze wtedy do jedzenia. Kiedy są twarde,  ich smak jest okropny. Zebrane nespole muszą leżakować do momentu aż zmiękną, a ich skórka się pomarszczy. Dla laika - z wyglądu będą przejrzałe, ale pamiętajcie, że dopiero taki owoc nadaje się do spożycia. 
Jego smak jest słodki i przypomina bardzo suszoną gruszkę. Najlepiej zrobić dziurkę w miejscu gdzie był ogonek i wyssać słodką zawartość, uważając na pestki. 

I na deser taka anegdotka z nespolami w roli głównej. 







Pamiętacie za pewne Lorenzo z Cavallary i szalonego kucharza. Otóż Lorenzo ustawił w cantinie skrzynkę z owocami, z zamiarem, że kiedy dojrzeją zrobi z nich likier. Bruno miał ich sumiennie doglądać, ale nasz przyjaciel od czasu do czasu sam też zerkał do skrzynki i nie mógł pozbyć się wrażenia, że owoców ubywa. Mineło odpowiednio dużo czasu i w końcu Lorenzo pyta kucharza - "no to jak tam nasze nespole? Dojrzały już?". 
Na co kucharz odpowiada - nie, nie dojrzały, ale niektóre się zepsuły, więc zaniosłem je dzikom.... 
Lorenzo się zabulgotał, ale kiedy już emocje w nim opadły zaczął zachodzić w głowę - jak to możliwe, że człowiek, który przejechał cały świat wszerz i wzdłuż, jadał rzeczy najdziwniejsze, chodzi po lasach, z których przynosi dziwne kwiatki i korzenie, a nie wiedział, że nespole je się dopiero wtedy, kiedy wyglądają na zepsute. Ignorancja Bruno tym bardziej zaskakująca, że przecież jest z Marradi, a tutaj te owoce były wielkim przysmakiem wszystkich dzieciaków, namiastką słodyczy.   



MATURO - to znaczy DOJRZAŁY (wym. maturo)

wtorek, 25 listopada 2014

Kasia - Caterina


We Włoszech tak jak i w Polsce moda na imiona przychodzi i odchodzi. Po imieniu można czasem określić czyjś wiek. Nie zawsze oczywiście. 
Zadziwiał mnie zawsze fakt, że Caterina w Italii nie jest "młodym" imieniem, a co za tym idzie - nie jest obecnie bardzo popularne. Tym bardziej więc byłam zaskoczona, kiedy okazało się, że i w klasie Tomka i w klasie Mikołaja jest Caterina. To niecodzienne. Do niedawna w Marradi były tylko dwie kobiety o tym imieniu - jedna starusieńka i druga w średnim wieku. Teraz jest nas już pięć. Nie pięć na klasę, jak było w czasach mojego liceum - ale pięć na całe miasteczko! 

Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że w Italii w latach siedemdziesiątych, podczas gdy w Polsce rodziły się Kasie, Asie i Agnieszki, zapanowała moda na rosyjskie imiona. Poza Caterinami są więc w Marradi też trzy Katie, a może jest ich więcej. Ja w każdym razie osobiście znam trzy.

O swoim imieniu już kiedyś pisałam, o tym, że polubiłam je z czasem. Dopiero po latach nabrało dla mnie uroku. 
Tutaj dla większości marradyjczyków jestem Cateriną - bo tak im łatwiej, dla Mario Ka - bo tak krócej, dla Tiny i kilku innych Kate - bo tak wygodniej. Paw nazywa mnie czasem "PaniKa", to taka dobitna aluzja, że niby łatwo zaczynam panikować. 

Dla siebie samej ... zależy od dnia - najczęściej jednak czuję się Cateriną, ale że z natury jestem wrażliwcem i wciąż mam w sobie małą dziewczynkę z warkoczykami - nadal lubię być Kasią.


Kasie, Kaśki, Katarzyny, Kasieńki, Katie, Cateriny - wszystkim moim Czytelniczkom - imienniczkom -  dziś świętującym - wszystkiego co najlepsze!!! 

O imieninach już pisałam tu dwa lata temu - po włosku to onomastico, ale jest to dzień jak każdy inny, poza wzmianką w kalendarzu, nikt swoich imienin szczególnie nie świętuje.

IMIĘ to po włosku NOME

poniedziałek, 24 listopada 2014

Mały myśliwy



Polowanie to - jak wiecie - nie jest mój ulubiony temat, pamiętam, że również wśród Was budzi różne emocje. Jednak jakby nie było, polowanie w Marradi - o czym nie raz pisałam - jest częścią życia, czymś tak naturalnym jak jedzenie czy oddychanie. Z racji tego, że wielu spośród naszych znajomych należy do myśliwskich drużyn, chcąc nie chcąc jesteśmy w tym temacie na bieżąco. 

Okoliczności przyrody

Przebywając często wśród myśliwych obudziła się pasja również w Mikołaju. Przy każdej okazji podpytywał, kiedy będzie mógł pójść na polowanie. O tyle mnie to zdumiewa, że generalnie jest typem strachliwym i czasem nawet na widok szczeniaka wpada w panikę, a przecież jak wiadomo, psy są nieodłącznym elementem polowania na dzika. 
W minioną niedzielę Mikołaja marzenie się spełniło! Poszedł na swoje pierwsze w życiu polowanie. Od razu uprzedzę pytania i podkręślę, że jego rola nie wiązała się z żadnym niebezpieczeństwem. Od broni był daleko, a jego zadaniem - uwaga! - było właśnie pilnowanie części psów! Zaskakują mnie zmiany jakie w nim zachodza, jak dojrzewa z dnia na dzień, niby jest jeszcze małym chłopcem z misiem pod pachą, który boi się trzęsienia ziemi, a z drugiej powoli zaczyna stawać się taki dorosły i poważny. Wolałabym zatrzymać czas, ale nie mam takiej mocy!


Kościół na Gamogni w listopadowy poranek




Paw i Mikołaj w niedzielę o 7.00 rano byli już w barze, gdzie spotkała się myśliwska drużyna i gdzie dopełniano formalności. Potem ruszyli w góry, w miejsce dobrze nam znane, które tu na blogu nie raz prezentowałam - na Gamognę. Tam do popołudnia ganiali po górach w te i we wte. Bez jedzenia, jedynie o samej wodzie. Jak opowiadał Paw mieli w nogach jakieś 15 kilometrów. Jak to moje dziecię dało radę, kiedy spacer na Monte Lavane, zdawał się nadludzkim wysiłkiem?? 


Tylko woda i nic więcej



Muszę przyznać, że mi zaimponował. Nie skarżył się, nie marudził, że głodny, że chce wracać, że zmęczony. Dojechali na Cavallarę do domu Lorenzo około 16.00, od rana nic nie jedli. Rzucili się więc wygłodniali na chleb i kiełbasę, a wieczorem już wszyscy razem usiedliśmy nad potrawką z dzika, która jest popisowym daniem naszego przyjaciela. Mikołaj mimo, że po kolacji już opadł z sił i zmęczenie dało o sobie znać, odważnie deklarował, że znowu za tydzień chce iść na polowanie. 

- Tato a będą dziki? 
- Pewnie tak. 
- Bo ja się boję dzików. 


- Tato uciekły nam wszystkie psy i co będzie jeśli teraz dziki przyjdą?
- Nie bój się. Psy właśnie ganiają teraz dziki.
Przybiega jeden z psów. 
- O teraz znacznie bezpieczniej!


Wieczorem kiedy już dzieci spały Paw zdawał mi relację z całego dnia. Opowiadał o cierpliwości Lorenzo, który uczył Mikołaja rozpoznawać tropy dzika, o mgle, która spowiła kościół, o nawoływaniach przez radio i o "bambino polacco", które budziło podziw wśrod dorosłych myśliwych. 
bambino polacco

BRANCO - to znaczy STADO (wym. branko)

niedziela, 23 listopada 2014

Wśród dobrych ludzi



W ostatnich dniach często zastanawiałam się, czy gdybym trafiła do innego włoskiego miasteczka nasze życie potoczyłoby się tak samo. Marradi jest chyba rzeczywiście wyjątkowe. Dopiero tu, powolutku, dzień po dniu zaczęło się odbudowywać, utracone w Warszawie moje poczucie bezpieczeństwa. Każdego dnia mam dowody na to, że ludzie w Marradi, to jak jedna wielka rodzina. Oczywiście ludzie są tylko ludźmi - są więc spory, niesnaski, ten się nie lubi z tamtym, jeden z drugim nie rozmawia, ale jak przychodzi co do czego - są razem. Ten "dobry duch" w powietrzu jest wszechobecny.



Cieszę się, że w takiej atmosferze mogą dorastać chłopcy. Bycia z ludźmi naprawdę nie zastąpią telefony, komputery, fejsbuki, mam wrażenie, że to umiejętność, która zaczyna się zacierać. Mogłoby się wydawać, że na obczyźnie poczujemy się samotni, opuszczeni, oderwani od rodziny i znajomych, od korzeni. Jednak paradoksalnie stało się na odwrót - to tu poczuliśmy się jak w domu, przytuleni do serc marradyjczyków. To tu właśnie zaczyliśmy żyć naprawdę. 


To tu ktoś nas odwiedza ot tak po prostu, bez liczenia na jakieś profity, to tu ktoś zaprasza do siebie i przygotowuje specjalnie danie, które lubimy. To tu mieszkańcy wystawiają sztukę dla siebie samych (o tym wkrótce!), to tu ludzie dzielą się czym mają i pomagają sobie jak tylko potrafią. Ta atmosfera bliskości, rodzinności jest obecna wszędzie. Mam wciąż te same odczucia czy po meczu piłkarskim, czy po szkolnych zebraniach, w każdej niemal chwili.
Jak dobrze, że z całej niezliczoności wakacyjnych ofert wyłowiłam kiedyś agriturismo w Marradi.




Wczoraj Mikołaj rozgrywał kolejny mecz, tym razem w Granarolo, to jakieś 50 kilometrów od nas. Tomkowi oczywiście nie uśmiechało się siedzieć na trybunach całe popołudnie. Pozwoliłam mu zatem zostać w domu, ale poprosiłam Mario, żeby przyszedł i dotrzymał mu towarzystwa. A potem bezczelnie pomyślałam, że skoro już będzie, to może dla zabicia nudy przygotowalby pizzę na kolację? 
Przyjechał natychmiast nim zdążyliśmy wyjść i drzwi nawet jeszcze za sobą nie zamknął, a tu Tomek:
- Zrobisz mi budyń czekoladowy?
Zrobił i budyń i pizzę i w kominku rozpalił.  
To niby drobiazgi, ale właśnie takie drobiazgi sprawiają, że codzienność staje się milsza.

Dziś pojedziemy do Lorenzo, zjemy dzika, usiądziemy przy kominku, wysłuchamy myśliwskich anegdotek. Potem, kiedy będziemy wracać przez kasztanowe gaje, będę się wpatrywać w ciemności nocy i znów się będę roztkliwiać nad tym, co jest mi dane ...

CIEPŁY, PRZYTULNY, MIŁY, GOŚCINNY to po włosku ACCOGLIENTE (wym akkoliente)

sobota, 22 listopada 2014

Delta Po


To co najpiękniejsze pod względem geograficznym na Półwyspie Apenińskim, to bezdyskusyjnie wszechobecne góry. Morze jest piękne i wspaniałe, ale ja jednak zdecydowanie dla gór jestem stworzona. Tak czy inaczej dziś dla odmiany o równinie w kilku słowach, dla wszystkich tych, którzy wolą wodę i dla tych, którzy jako rozrywkę nade wszystko cenią sobie wędkowanie. 
Park Delty Po. 
Po to najdłuższa rzeka Włoch. Płynie przez Nizinę Padańską i uchodzi do Adriatyku kilkadziesiąt kilometrów na północ od Ravenny. Być może dla wielu z Was to znane tereny, bowiem wybrzeże usiane jest tu najróżniejszymi kąpieliskami i kampingami, na każdą kieszeń. Jeśli komuś niestraszne komary, na pewno nie będzie się nudził. 
By mieć jako takie wyobrażenie o krajobrazie wystarczy popatrzeć na mapę. Zieleń, nieliczne drogi, a przede wszystkim kanały, rozlewiska i morze. Dla zapalonych włoskich wędkarzy, to prawdziwa mekka. 


Nasz znajomy Lorenzo z Mulino już kilka lat temu na wędkowanie nas zapraszał. Zachwalał swój "szałas" opowiadał o rybach i dobrej zabawie, jaka wszystkiemu towarzyszy. Ponoć jego miejsce jest uprzywilejowane i takich domków jaki on ma, jest zaledwie kilka. Nie miałam precyzyjnego wyobrażenia, jak mogą wyglądać szałasy wędkarskie. Dopiero wycieczka do Pomposy zagnała nas w te strony i odkryła przed nami uroki rozlewiska Po. 
Krajobraz delty jest specyficzny, momentami może przywodzić na myśl rodzime Mazury. Lasy piniowe, bagna, sitowia, rozlewiska i kanały, wzdłuż których rozlokowane są małe domeczki, jedne ładniejsze, inne całkiem jak baraki. Przed nimi na palach porozciągane sieci, a przy pomostach zacumowane łódki.


W listopadzie, kiedy nas zagnało w te strony, panowała tu wszechobecna cisza, jedynymi żywymi stworzeniami wydawały się ptaki, których gatunków jest tu bez liku. Niektórych nie widziałam nigdzie indziej. Ba! Nie wiedziałam nawet o ich istnieniu, jak chociażby czapla biała. 



Park Delty Po będzie z pewnością ciekawym punktem wycieczki, dla tych którzy kochają ciszę, naturę, wodę i oczywiście wędkowanie. Latem niestety pamiętajcie o tym by wyposażyć się w środki przeciw komarom.



KOMAR to po włosku ZANZARA (wym. dzandzara)

piątek, 21 listopada 2014

Złośliwość rzeczy martwych



 Środa wieczór. 
Padam ze zmęczenia, zasypiam nim głowa dotknie poduszki, tym bardziej, że już o siódmej mam pierwszą lekcję. 
Bladym świtem zrywam się z łóżka na dźwięk budzika.
- Nie musisz się spieszyć - mamrocze obok Paw - internet nie działa.
- Cooooo??? Ale ja mam lekcję!!! Mało tego, dziś czwartek - najbardziej intensywny dzień "lekcjowy"!
- Do pierwszej w nocy próbowałem go naprawić i nic. 
Dzwonię, odwołuję pierwszą lekcję. W między czasie Paw zwleka się z łóżka i znów przy durnej skrzynce zaczyna majstrować. 
- Czekaj, czekaj! - woła po dwudziestu minutach - jest. Działa. Możesz mieć lekcję. 
Super! Znów dzwonię, odwołuję odwołanie. 
Człowiek bez internetu "na moim stanowisku" zachowuje się jak szalony desperat.
O 14.30 zaczynam ostatnią czwartkową lekcję. Kwadrans przed czasem sadowię się wygodnie, włączam skype i co??? Nie działa!!! Jasny gwint. Szybka próba reanimacji modemu. Udaje się! Pacjent przeżył! Lekcja będzie i jak nigdy - mamy wyjątkowo dobry sygnał, nawej jednego minimalnego zakłócenia.   
Po lekcji - relaks, chwila z głupotami na fejsbuku. Jednak już po piętnastu minutach, zabawa się kończy - modem wydaje ostatnie tchnienie. Wszystko świeci się na czerwono. Żadnego sygnału. Dla pewności telefon do "telekomu" czy to na pewno modem, a nie sieć. Nie - to na pewno modem. 
Kolejna próba reanimacji i następna i jeszcz jedna. Czas na mocniejsze argumenty. Z pięści go i z otwartej i nawet pada propozycja wrzucenia go do kominka, może nie od razu na trzy zdrowaśki, ale choć na chwilę, by nauczyć go pokory. 
Poddajemy się. Modem zakończył swój żywot. Ni go kijem, ni go pałką - jakby powiedziała moja mama. Dobrze, że dziś nie mam lekcji. 
W trzytysięcznym miasteczku znaleźć modem wcale nie jest łatwo. Paw z samego rana wyruszył na poszukiwania. 
A ja? Zajadam panettone i szykuję adwentowy kalendarz. Jednym okiem zerkam na zwłoki modemu, rozprute i wybebeszone. Czekaj, dam ci jeszcze jedną szansę - myślę sobie - maksymalnie dwie. Tikitiki tiki tiki, pyka strzyka, brzęczy i nagle... zapalają się zielone diody. Dlatego melduję się. Jestem. Na maile odpiszę. Ale poproszę o odrobinę tolerancji, nim Paw dotrze z nowym modemem, moje bycie w sieci jest bardzo niepewne.    
Tymczasem - częstujcie się i dobrego weekendu!
FUNZIONARE - to znaczy DZIAŁAĆ (wym. funcjonare)


Drukuj