sobota, 18 października 2014

Zrobiona z powietrza



Gdybym miała wybrać jedną tylko włoską piosenkę, najpiękniejszą ze wszystkich, nie miałabym nawet cienia wątpliwości. Compagna di viaggio. Słowa: zmarły w tym roku Giorgio Faletti, śpiewa: Mina. Prosiła mnie jedna z Czytelniczek jakiś czas temu o trochę muzyki, ten utwór już wprawdzie kiedyś na blogu prezentowałam, ale to właśnie z tą muzyką w uszach wyszłam wczoraj z domu. 



Z Nowego Toskańskiego Notesu, 17 października 2014,

Zjadam samotnie przygotowany z serca obiad i ruszam w góry, znów góry na ukojenie. Niebo nie zachęca do spaceru nic a nic, mimo że ciepło nieprzyzwoite jak na drugą połowę października, to jednak popaduje od rana, chmury ołowiane gnają po niebie smagane biczem przez rozwścieczony wiatr. Kiedy dochodzę do stacji Biforco, zaczyna padać na poważnie. Chowam się w małym domeczku, który jest azylem podróżnych i czekam. Il treno regionale numero ... proveniente da Firenze ... informuje głos przez megafon a zaraz potem znów: il treno regionale numero ... proveniente da Faenza ... Przyjechały, pojechały... Przestało padać. 



Ruszam na szlak. Szlak zielony i zarośnięty jakby dawno nikt tędy nie szedł, po bokach pajęczyny i resztki poobjadanych przez ślimaki grzybów. Co kilka kroków zatrzymuję się, by popatrzeć z wysoka, Biforco moje ukochane. Tam dom, tam kościół na Cardeto, tam boisko. Potem jeszcze kilka kroków wyżej na mojej wysokości po przeciwnej stronie wzgórz - Pianorosso. 





Buty mam dziś z ołowiu, zwyczajnie nie mam siły! Każdy krok taki mozolny, zupełnie jak nie ja! Zachciało mi się wczoraj klasy i po lecie pierwszy raz w szpilki zakryte się zestroiłam, wariatka. A że dystanse jakie codziennie pokonuję liczone są w kilometrach, zatem wróciłam do domu z piętą krwawiącą i teraz czuję ją boleśnie, ale zęby zaciskam i idę. Nie będę Achillesem! Masz nauczkę elegantko, ganię się w myślach.



Widać już wieżę, tuż, tuż, jeszcze kilkaset metrów, przecież się teraz z drogi nie zawrócę, to byłby afront wobec samej siebie!!!




Ostatnie schodki i jestem na szczycie! Wiatr taki, że głowę urywa, chowam się w zagłębieniu wejścia. Wdech - wydech, wdech - wydech. Nie taki znowu zły ten wiatr, całkiem ciepły. Tylko znów horyzont pochmurnieje złowrogo, czas wracać do domu. 



Selfie nie ma, nie ten moment, nie ta twarz, ale dowód, że byłam być musi. Sono fatta d'aria... Taki dzień.


ARIA to znaczy POWIETRZE (wym. aria)

2 komentarze:

  1. Co tam pięty! Wygoją się, za to widok, jakim nas raczysz, bezcenny. Trzymaj się Kasiu, pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Lubię takie wędrówki, jak opisujesz, czerpię z nich siłę i radość. A piosenki nie znałam, bardzo liryczna, ale tekst ciekawy. Pozdrawiam z Veneto.

    OdpowiedzUsuń

Drukuj